Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Mieszkam tu od sześćdziesięciu lat i dotąd nie jeździłam łódką po stawie.
— Nigdy nie jest za późno na poprawę — rzekła Ania podstępnie. — Pojedź z nami jutro. Zamkniemy dom i spędzimy cały dzień na wybrzeżu zdala od trosk życia codziennego.
— Nie, dziękuję bardzo — rzekła Maryla z oburzeniem. — Maryla w łodzi na stawie! Wyobrażam sobie drwiącą minę Małgorzaty!... Oto pan Harrison gdzieś się wybiera. Czy wierzysz krążącej plotce, że stara się o Izabelę Andrews?
— Och, to nieprawda! Pewnego wieczora był u starego Andrewsa w sprawie czysto gospodarskiej. A pani Linde, zauważywszy jego biały kołnierzyk, orzekła, że pojechał w konkury. Nie wierzę, aby pan Harrison miał się kiedy ożenić; zdaje się, iż jest przeciwnikiem małżeństwa.
— E, kto odgadnie zamysły starego kawalera! A jeśli włożył biały kołnierzyk, zgadzam się z Małgorzatą, że to jest podejrzane, bo nigdy przedtem nie ubierał się tak starannie.
— Ja myślę, że pragnął ubić interes z Andrewsem. Mówił mi kiedyś, że tylko w takich okolicznościach mężczyzna powinien dbać o swą powierzchowność — liczą się z nim, jeżeli wygląda dostatnio. Doprawdy, żal mi go bardzo; nie jest chyba zadowolony z życia. Jeśli jedyną, bliską człowiekowi istotą jest papuga! Ale pan Harrison nie lubi, gdy się nad nim litują. Tego zresztą nikt nie lubi.
— Widzę, że Gilbert nadchodzi — rzekła Maryla. — Jeśli macie zamiar urządzić sobie przejażdżkę po jeziorze, nie zapomnij wziąć okrycia i kaloszy, bo rosa na dworze.