Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ROZDZIAŁ XVIII
Przygoda na drodze.

— Aniu — mówił Tadzio, siedząc w łóżeczku z główką, wspartą na rączkach. — Powiedz mi, gdzie jest sen? Każecie mi co wieczór układać się do snu, i ja wiem, że to jest tam, gdzie mi się śni. Ale gdzie to jest? Jak ja się tam dostaję i jak stamtąd wracam, nie wiedząc nic o tem?
Ania klęczała u okna facjatki, przyglądając się zachodzącemu słońcu, co skrywało się za horyzontem podobne do ognistego słonecznika. Na pytanie Tadzia odwróciła głowę i zadeklamowała rozmarzona:
„Ponad górami księżyca, w głębiach dolin cieniów...“
Jaś Irving byłby to zrozumiał lub wytłumaczył po swojemu, lecz praktyczny Tadzio, który, jak Ania kilkakrotnie już z przykrością zauważyła, nie posiadał ani krzty wyobraźni, był zdumiony i urażony.
— Aniu, ty chyba mówisz głupstwa?
— Zapewne, drogi malcze. Tylko bardzo głupi ludzie mogą zawsze mówić o mądrych rzeczach.
— Mogłabyś nie żartować, kiedy się ciebie pytam o mądre rzeczy — niecierpliwił się Tadzio.
— Jesteś za mały, żeby to zrozumieć — odparła Ania, ale zawstydziła się tej odpowiedzi. Świeżo jeszcze miała w pamięci podobne pytania z własnego dzieciństwa i swe uroczyste postanowienia, iż nigdy nie odpowie żadnemu dziecku, że jest za małe, „aby coś zrozumieć“. I oto postąpiła wbrew swej zasadzie — tak wielką bywa często przepaść pomiędzy teorją a praktyką.
— Przecież ja staram się prędzej być dorosłym, ale nic na to nie mogę poradzić. Gdyby Maryla nie była taka skąpa