Ania na uniwersytecie/Rozdział XXXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXXIX.
Karjera Janki Andrews.

Po powrocie na Zielone Wzgórze, Ania zdawała sobie dokładnie sprawę, że te ostatnie kilka tygodni były dla niej okresem przełomowym. Najbardziej tęskniła za wesołym nastrojem, który zazwyczaj panował w Ustroniu Patty. Wszystkie marzenia ostatniej zimy nie miały się już nigdy ziścić, teraz wołała nie snuć dalszych marzeń, bo ciągle jeszcze uczuwała dla siebie pogardę. Doszła do wniosku, że samotność tylko wówczas jest dobra, gdy się ją zapełnia marzeniami, zaś samotność bez marzeń staje się wkrótce bardzo przykra.
Po owem rozstaniu w pawilonie, nie widziała więcej Roberta, tylko bardzo często podczas ostatnich dni pobytu w Kingsporcie odwiedzała ją Dorota.
— Ogromnie mi przykro, żeś odmówiła Robertowi, — mówiła panna Gardner. — Tak marzyłam, że będę miała nową siostrzyczkę. Muszę ci jednak przyznać słuszność. Robert zanudziłby cię na śmierć. Kocham go, bo w gruncie rzeczy jest bardzo dobry, ale przyznaję, że jest wyjątkowo nieciekawy.
— Przypuszczam, że nie zaważy to na szali naszej przyjaźni, Doroto? — zapytała Ania lękliwie.
— Oczywiście, że nie. Zbyt cię pokochałam, abym cię miała teraz utracić. Skoro nie możesz zostać moją siostrą, to zostań chociaż serdeczną przyjaciółką. O Roberta się nie martw. Tymczasem bardzo cierpi, ale jestem pewna, że wreszcie zapomni, bo przecież zawsze tak było.
— Och, zawsze? — zawołała Ania ze zdziwieniem. — Więc takie rzeczy już przeżywał?
— Naturalnie, — odparła szczerze Dorota. — Nawet dwa razy. I za każdym razem zamęczał mnie swemi zwierzeniami. Tamte wybranki zasadniczo nie odmówiły mu zupełnie zdecydowanie, tylko zaręczyły się z kimś innym. Gdy się poznał z tobą, przysięgał mi, że dotychczas ani razu nie kochał prawdziwie, że tamto wszystko było tylko dziecięcą mrzonką. Przypuszczam, że nie powinno cię to martwić.
Ania istotnie postanowiła się uspokoić. W duszy jej ulga staczała walkę z ubolewaniem. Robert powiedział jej przecież, że była jedyną kobietą, którą kochał prawdziwie. Prawdopodobnie mówił szczerze, ale teraz była już prawie pewna, że zapomni o tem wszystkiem i weźmie się nadal do zdobywania serc kobiecych. W każdym razie ten jeden epizod zrujnował niemal wszystkie dziewczęce wierzenia Ani.
W kilka godzin po przyjeździe na Zielone Wzgórze, Ania ze smutkiem weszła do kuchni.
— Marylo, co się stało z Królową Śniegu?
— Wiedziałam, że cię to zmartwi, — odparła Maryla. — I mnie to zmartwiło. Pamiętam to drzewko jeszcze z najdawniejszych lat mojej młodości. Niestety, w marcu przyszła szalona wichura i wyrwała Królowę Śniegu z korzeniami. Właściwie okazało się potem, że korzenie były już nieco nadgniłe.
— Strasznie mi żal tego drzewa, — zawołała Ania ze smutkiem. — Bez tej jabłonki moja facjatka wydaje mi się jakoś obca. Już nigdy nie wyjrzę przez okno, bo zawsze przypomni mi się ta przykra strata. Diany także już niema.
— Diana ma teraz inne rzeczy na myśli, — rzekła pani Linde z naciskiem.
— Opowiedzcie mi wszystkie nowinki avonleyskie, — prosiła Ania, sadowiąc się na schodkach.
— Właściwie nowin jest niewiele, bo prawie o wszystkiem dowiedziałaś się z naszych listów, — uśmiechnęła się pani Małgorzata. — Sądzę, że nie wiesz jeszcze o tem, że w zeszłym tygodniu Szymon Fletcher złamał nogę. Rodzina oczywiście postanowiła z tego skorzystać, aby wykonać wiele rzeczy, które dotychczas staremu były nie na rękę.
— Ładną on ma rodzinę, — zauważyła Maryli.
— Ładną? No tak. Jego matka zazwyczaj podczas zebrań kościelnych wstawała z ławki i prosiła obecnych, aby się modlili za jej dzieci, które są szalonemi niezdarami. Wyobrażasz sobie, jak to na dzieci działało.
— Nie mówiłaś Ani jeszcze o Jance, — wtrąciła Maryla.
— Ach, o Jance, — parsknęła śmiechem pani Linde. — Wyobraź sobie, — dodała po chwili z przekąsem, — że Janka Andrews w zeszłym tygodniu wróciła do domu i podobno ma wyjść zamąż za jakiegoś miljonera z Winnipeg. Oczywiście matka rozniosła zaraz tę wiadomość po całej wsi.
— Kochana Janka. Ogromnie się z tego cieszę, — zawołała Ania serdecznie. — Warta jest wielkiej karjery.
— Nie przeczę. Janka jest naprawdę bardzo miła. Ale uważam, że nie nadaje się na żonę miljonera, jestem pewna, że ten kandydat na męża nic nie posiada oprócz pieniędzy. Pani Andrews twierdzi, że to Anglik, właściciel kilku kopalń. Ja jednak jestem pewna, że to zwykły Jankes. Napewno ma dużo pieniędzy, bo obsypał Jankę klejnotami. Podarował jej zaręczynowy pierścionek, który wielkością swą przypomina plaster na odciski.
Panią Linde poniosło rozdrażnienie. Taka gąska, jak Janka zaręczyła się z miljonerem, gdy tymczasem Ania nie miała jeszcze właściwie żadnego konkurenta.
— Co to się stało z Gilbertem? — zagadnęła Maryla. — Spotkałam go w zeszłym tygodniu i nie mogłam go poznać, tak zeszczuplał i zbladł na twarzy.
— Ogromnie pracował ostatniej zimy, — odparła Ania. — Wiesz przecież, że zdobył nagrodę Coopera, której w ciągu pięciu lat nikt nie mógł zdobyć. Nic dziwnego, że jest taki wyczerpany, zresztą wszyscy jesteśmy zmęczeni.
— Ty, chociaż skończyłaś uniwersytet, a Janka Andrews nawet go nie widziała, — oznajmiła pani Linde ze złośliwym uśmiechem.
W kilka dni potem Ania udała się z wizytą do Janki, lecz pani Andrews oznajmiła z dumą, że Janka jest w Charlottetown, bo musi sobie przecież sprawić trochę nowych rzeczy. W obecnych warunkach trudno, żeby szyła suknie u jakiejś miejscowej szwaczki.
— Doszły mnie o Jance przyjemne nowiny, — rzekła Ania.
— Tak. Janka zawsze była bardzo mądra, chociaż nie skończyła uniwersytetu, — odparła pani Andrews wyniośle. — Pan Inglis jest naprawdę miljonerem. W podróż poślubną wybierają się do Europy. Po powrocie zamierzają zamieszkać w prześlicznym pałacu w Winnipeg. Janka martwi się tylko, że mąż nie pozwoli jej zająć się gospodarstwem. Przecież stać go na służbę. Mają przyjąć kucharza, dwie pokojówki, stangreta i lokaja. Aniu, a co u ciebie słychać? Nie słyszę o twojem zamążpójściu.
— Och, — zaśmiała się Ania, — na pewno zostanę starą panną. Jakoś nie mogę sobie znaleźć odpowiedniego kandydata.
Słowa te wymówiła ze specjalnym naciskiem, aby dać do zrozumienia pani Andrews, że, jeśli zostanie starą panną, to tylko dlatego, że nie może z pośród wielu konkurentów żadnego wybrać. Ale pani Andrews nie pozostała jej dłużna.
— Wybredne dziewczęta zawsze zostają na koszu, — rzekła. Czy to prawda, że Gilbert Blythe zaręczył się z panną Stuart? Karol Slone mówi, że to jest skończona piękność.
— Nie wiem, czy to prawda, że Gilbert się zaręczył, — doparła Ania spokojnie. — Istotnie, panna Stuart jest bardzo ładna.
— Kiedyś miałam wrażenie, że Gilbert ożeni się z tobą. Uważaj, żeby ci wszystkich adoratorów nie zabrano.
Ania postanowiła zaprzestać tej walki, bo trudno przecież walczyć z tym, kto na uderzenie rapierem odpowiada ciosami topora. — Pójdę już, — rzekła, wstając z miejsca. — Przyjdę kiedyś odwiedzić Jankę.
— Koniecznie, koniecznie, — zawołała pani Andrews z serdecznością. — Janka wcale nie jest dumna, nawet niema zamiaru zrywać z dawnemi przyjaciółkami. Ogromnie się ucieszy, jak przyjdziesz.
Przy końcu maja przyjechał miljoner Janki, przywożąc narzeczonej nowe klejnoty. Jedyną pociechą dla pani Linde było to, że Inglis nie był już taki młody, bo miał nawet siwawe włosy.
— Nic dziwnego, że musi przynęcać dziewczęta pieniędzmi, — mówiła z uśmiechem.
— Zdaje się, że to bardzo miły człowiek, — broniła go Ania. — Jestem pewna, że naprawdę Jankę pokochał.
— Co to można wiedzieć, — odparła pani Małgorzata.
W następnym tygodniu miał się odbyć ślub Izy Gordon, więc Ania pojechała do Bolingbroke, aby być druchną przyjaciółki. W ślubnym stroju Iza sprawiała wrażenie zaczarowanej księżniczki z bajki, a wielebny Jerzy promieniał ze szczęścia.
— Jak para kochanków będziemy kroczyć przez krainę Ewangelji, — mówiła Iza, — aż wreszcie osiądziemy na ulicy Pattersona. Matka uważa, że Jurek powinien się przynajmniej postarać o probostwo w jakiemś większem mieście, ja jednak uważam, że i w robotniczej dzielnicy przy boku Jurka będę się czuła doskonale.
Anię radowało ogromnie to szczęście przyjaciółki, lecz chwilami na samą myśl o swej samotności, uczuwała dotkliwy ból w sercu. Ból ten nie minął nawet po powrocie do Avonlea. W międzyczasie Diana powiła maleństwo i oczywiście radość jej wzmogła się jeszcze bardziej. Ania patrzała na młodą matkę z dziwnym szacunkiem, jakby matką tą nie była jej ukochana Diana. Samotność coraz bardziej dawała jej się we znaki i chwilami miała wrażenie, że kartki jej życia zamknęły się na stronicy, na której była spisana przeszłość.
— Czyż on nie jest cudowny? — spytała Diana z dumą.
Mały tłuścioch był zupełnie podobny do Alfreda. Ania przyznawała, że jest miły i prześliczny i że patrząc nań, chciałoby się go ciągle całować.
— Dawniej marzyłam o córce, aby jej móc dać imię Ania, — uśmiechała się Diana. — Ale teraz mego małego Alfreda nie oddałabym za tysiąc dziewczynek.
— Każde niemowie jest najmilsze i najpiękniejsze, — wtrąciła wesoło pani Allan. — Ręczę ci, że maleńką Anię kochałabyś tak samo, jak tego grubaska.
Pani Allan po raz pierwszy po długiej nieobecności przyjechała do Avonlea. Była tak samo, jak dawniej wesoła i miła. Dziewczęta powitały ją z radością, bo żona obecnego pastora jakoś z nikim zżyć się nie potrafiła.
— Kiedy on wreszcie zacznie mówić? — westchnęła Diana, pieszcząc ciągle swego pierworodnego syna. — Oszaleję chyba, jak usłyszę z jego ust słowa „mama“. Musi mieć o mnie miłe wspomnienie, tak, jak ja mam miłe wspomnienie o swojej matce.
— Ja o swojej matce mam tylko jedno wspomnienie i jest ono dla mnie najdroższe, — uśmiechnęła się pani Allan. — Miałam wtedy pięć lat, jak poszłam po raz pierwszy do szkoły z siostrami. Po skończonej lekcji siostry wróciły z koleżankami, zapomniawszy o mnie zupełnie. Ja tymczasem z jakąś małą dziewczynką zaczęłam robić na drodze babki z piasku. Nagle ujrzałam przed sobą zagniewaną starszą siostrę. „Ty paskudna“, zawołała, chwytając mnie za rękę. — „Chodź zaraz do domu. Zobaczysz co cię tam czeka. Mama jest ogromnie zła. Dostaniesz baty“. Dotychczas nigdy mnie nie bito, więc przeraziłam się ogromnie. Przecież właściwie nie chciałam być niegrzeczna. Po powrocie do domu, siostra zaciągnęła mnie do kuchni, gdzie siedziała matka. Nogi mi drżały i poprostu nie mogłam się na nich utrzymać. Tymczasem mama przyciągnęła mnie do siebie i serdecznie ucałowała. „Lękałam się, że zabłądzisz, kochanie,“ — rzekła czule. Ujrzałam w jej oczach prawdziwą miłość. Zrozumiałam w owej chwili, że nie powinnam się nigdy oddalać bez pozwolenia. Matka moja wkrótce potem umarła i to jest jedyne wspomnienie, jakie mi po niej zostało.
Ania najbardziej odczuwała swą samotność, gdy powracała do domu przez ścieżkę Brzóz i Szum Wierzb. Już od kilku miesięcy ani razu nie przechodziła tą drogą. Pragnęła teraz, żeby lato minęło, i żeby mogła znowu rozpocząć dawną pracę. Może praca stałaby się dla niej niejakiem wypełnieniem życia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.