Ania na uniwersytecie/Rozdział XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIII.
Jasio nie może odnaleźć Skalnych ludzi.

Lato w Avonlea upływało bardzo przyjemnie, a tylko Ania w chwilach najweselszych zabaw pochmurniała nagle, jak gdyby tęskniąc za czemś, czego przy sobie nie miała. Jednakże nawet w myślach nie przyznawała się przed sobą, że powodem tego smutku była jedynie nieobecność Gilberta. Tylko gdy samotnie powracała do domu z jakiegoś przyjęcia, albo z któregoś z zebrań K. M. A. i, gdy inne pary szły szerokim gościńcem, wesoło gawędząc, ona uczuwała dziwny, wewnętrzny ból, którego nawet nie potrafiłaby wytłumaczyć. Zupełnie biernie przyjmowała głuche milczenie Gilberta, bo przecież przygotowana była na to, że nie będzie do niej pisywał. Wiedziała, że Diana od czasu do czasu otrzymywała od Gilberta listy, ale wołała na ten temat nie zadawać przyjaciółce żadnych pytań, bo przecież Diana była pewna, że Ania bardzo często koresponduje z przyjacielem i, że korespondencja ta jest nawet bardzo intymna. Tylko matka Gilberta, wesoła, szczera kobieta, nie posiadająca jednak zbyt wielkiego taktu, często wprawiała Anię w zakłopotanie, pytając ją przy wszystkich, czy miała jakąś wiadomość od Gilberta. Ania w takich wypadkach rumieniła się tylko i odpowiadała cichutko: „Miałam, ale nie ostatnio“; oczywiście odpowiedź tę wszyscy kładli na karb dziewczęcej wstydliwości.
Mimo wszystko, Ania nie mogła tego lata narzekać na brak rozrywek. W czerwcu przyjechała Priscilla, a po jej wyjeździe zjawili się w Avonlea państwo Irving, Jasio i Karolina Czwarta.
W Chatce Ech poczęły rozbrzmiewać znowu wesołe śmiechy, które echo w ogrodzie powtarzało po kilka razy.
Panna Lawenda nie zmieniła się prawie zupełnie, a tylko może wypiękniała i częściej uśmiech gościł na jej twarzy. Jasio ją ubóstwiał i ten ich przyjacielski stosunek wprawiał obojętnych widzów w kompletny podziw.
— Ale nie mówię do niej „mamo“, — zwierzył się Jasio Ani. — Tak można mówić tylko do własnej mamusi, a do obcych ludzi nie wolno. Pani mnie rozumie, prawda? Nazywam ją „mamą Lawendą“ i z wyjątkiem ojca, ją najbardziej kocham na święcie. Nie wiem nawet, czy nie kocham jej więcej od pani.
— Tak właśnie powinno być, — odparła Ania poważnie. Jasio miał już lat trzynaście i natura nie poskąpiła mu wzrostu. Odznaczał się wyjątkowo pięknemi oczami i wybujałą wyobraźnią, która poddawała się elastycznie wrażeniu każdego nowego przejawu życia. Często z Anią urządzali dalsze wycieczki do lasu, w pole i na wybrzeże. Sam Jasio mówił, że Ania jest jego bratnią duszą.
Karolina Czwarta stała się teraz dorosłą dziewczyną. Włosy upinała w wielki węzeł, chociaż nie dodawało to specjalnego uroku jej piegowatej twarzy, spłaszczonemu nosowi i szerokim ustom, które wydawały się jeszcze szersze w wesołym uśmiechu.
— Ale nie nabrałam chyba amerykańskiego akcentu, panno Shirley? — Pytała Anię z niepokojem.
— Ja osobiście nie zauważyłam tego, Karolino.
— Strasznie się cieszę. Podobno tam, w Bostonie, mówiłam bardzo dziwnie, ale teraz podejrzewam, że mi tem tylko chciano dokuczyć. Za nic na święcie nie chciałabym mieć amerykańskiego akcentu, chociaż Jankesi nic mi złego nie zrobili i muszę przyznać, że to naprawdę cywilizowani ludzie. Jednakże wyspa Ks. Edwarda jest mi zawsze najbardziej droga i bliska.
Podczas pierwszych dwóch tygodni, Jasio mieszkał w Avonlea u babki swej, starej pani Irving. Ania spotkała go zaraz pierwszego wieczora i zwierzył jej się, że chciałby się wybrać na wybrzeża i odszukać Norę, Złotą Panią i żeglarzy Bliźnięta. Poprostu nie mógł się doczekać końca kolacji, bo był pewien, że nimfa Nora czeka go z utęsknieniem na szczycie skały. Lecz gdy po godzinie wrócił z wybrzeża, twarz miał smutną i patrzył na świat realniej.
— No jakże, odnalazłeś swych Ludzi Skalnych? — zapytała Ania.
Jasio potrząsnął przecząco głową.
— Złota Pani i Bliźnięta żeglarze wcale już nie przyszli, — odparł. — Tylko Nora była, ale jaka zmieniona...
— Jasiu, to ty się zmieniłeś, — rzekła Ania. — Dla Ludzi Skalnych jesteś już za dorosły, bo oni tylko z dziećmi potrafią się bawić. Lękam się, że Bliźnięta żeglarze nie przypłyną już do ciebie w swej perłowej łodzi, pchanej żaglem, tkanym z promieni księżycowych. Złota Pani także nigdy ci już nie zagra na swej złocistej harfie. Wątpię nawet, czy Norę będziesz widywał. Trudno, musisz ponosić konsekwencję tego, że jesteś dorosły i opuścić raz na zawsze krainę bajek.
— Słyszę, że obydwoje wróciliście do dawnych bredni, — wtrąciła babcia Irving pobłażliwie i karcąco zarazem.
— O nie, — odparła Ania, potrząsając głową z powagą. — Właśnie staliśmy się zbyt mądrzy i żal nam tego. Jesteśmy nieszczerzy od chwili, gdy nas nauczono, że mowę natura dała człowiekowi po to, aby najgłębiej ukrywał swe myśli.
— Mojem zdaniem mowa jest właśnie do wyrażania myśli, — odparła babcia Irving z dobrotliwym uśmiechem.
Pierwszą połowę sierpnia przepędziła Ania w Chatce Ech. Podczas tego pobytu usiłowała wywrzeć wpływ na Ludwika Speeda, który zdaniem jej zbyt długo przewlekał swe zaloty w stosunku do Teodory Dix. W tym samym czasie u państwa Irving gościł Arnold Sherman, stary ich przyjaciel, który jednak nie przyczyniał się zupełnie do ogólnego wesołego nastroju.
— Miłe było lato, rzekła pewnego dnia Ania. — Po pobycie tutaj czuję się naprawdę odświeżona. Za dwa tygodnie będę znowu w Redmondzie, a pociesza mnie tylko to, że będę jednocześnie w Ustroniu Patty. Niema pani pojęcia, panno Lawendo, jaki to bajeczny zakątek. Często myślę o tem, że mam właściwie dwa domy, jednym jest Zielone Wzgórze, a drugim Ustronie Patty. To lato jednak szalenie szybko minęło. Tylko w dzieciństwie wszystkie pory roku zdają się ciągnąć w nieskończoność. Potem, gdy człowiek dorasta, okres letni wydaj e się króciutką, prze-czytaną bajką.
— A czy z Gilbertem Blythe jesteś tak samo zaprzyjaźniona, jak dawniej? — zagadnęła panna Lawenda.
— Zawsze zostanę przyjaciółką Gilberta, panno Lawendo.
Panna Lawenda potrząsnęła niespokojnie głową.
— Ale Aniu, tam się coś zepsuło. Wybacz mi, że jestem taka niedyskretna i że cię zapytam o przyczynę. Czyście się posprzeczali?
— Nie, tylko Gilbert żądał ode mnie czegoś więcej, niż przyjaźni, a ja, niestety, darzę go uczuciem tylko przyjacielskiem.
— Aniu, czy jesteś tego pewna?
— Najzupełniej.
— Ogromnie mi przykro.
— Jestem ciekawa, dlaczego wszyscy uważają, że powinnam zostać żoną Gilberta? — szepnęła Ania w zamyśleniu.
— Bo tworzycie idealną parę. Nie gniewaj się, Aniu, że ja tak myślę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.