Ania na uniwersytecie/Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXI.
Róże wczorajsze.

Dwa tygodnie pobytu w Bolingbroke upłynęły, jak jedna chwila. Ania jednak od czasu do czasu uczuwała dziwny żal, myśląc o Gilbercie. Na szczęście myśli te nawiedzały ją rzadko, bo poprostu miała na to bardzo niewiele czasu. Rezydencja Gordonów, nosząca nazwę Mount Holly, odwiedzana była stale przez grono licznych przyjaciół Izy. Iza organizowała niemal codziennie przejażdżki, tańce, zabawy i wycieczki łódką, w których oczywiście zazwyczaj brali udział Anatol i Augustyn, tak, że nawet Ania zastanawiała się nad tem, czy ci obydwaj młodzieńcy poświęcili się tylko zawodowi ubiegania się o Izę. Obydwaj byli istotnie bardzo przystojni i nawet Ani trudno było powiedzieć, który z nich mógł się podobać lepiej.
— A ja byłam pewna, że ty wreszcie zadecydujesz, którego z nich mam wybrać, — żaliła się Iza.
— Sama musisz uczynić wybór. Wiem, że w stosunku do innych dziewcząt doskonale umiesz udzielać tego rodzaju rad, — odparła Ania z odrobiną ironji.
— Bo to zupełnie coś innego, — przyznała Iza ze szczerością.
Podczas swego pobytu w Bolingbroke, Ania odwiedziła miejsce swego urodzenia, a był nim mały, żółty domek, na odległej ulicy. Patrzyła nań z zachwytem, gdy obie z Izą weszły do bramy.
— Zupełnie tak samo go sobie wyobrażałam, — szepnęła. — Tylko powojów niema nad oknem, ale przy furtce rośnie za to cudowny krzak bzu, a okna przystrajają bieluteńkie firanki. Ogromnie się cieszę, że właśnie ten domek pomalowano na żółto.
Otworzyła im drzwi wysoka, szczupła kobieta.
— Tak, dwadzieścia lat temu mieszkali tu Shirleyowie, — odparła na zapytanie Ani. — Dom ten wynajęli wówczas od właściciela. Pamiętam ich doskonale. I on i ona umarli na febrę, osieracając jedyne swoje maleństwo. Przypuszczam, że dziecko już także umarło, bo było bardzo chorowite. Po śmierci rodziców zabrali je państwo Thomas, którzy własnych dzieci nie mieli.
— Widzi pani, że żyję jeszcze, — uśmiechnęła się Ania, — bo to ja właśnie jestem dzieckiem Shirleyów.
— Co pani mówi? Ależ pani wyrosła! — zawołała kobieta, nie wierząc własnym oczom. — Proszę, niech panie wejdą, chciałabym przyjrzeć się pani bliżej. Teraz dopiero widzę szalone podobieństwo. Ma pani cerę ojca, włosy także miał rude. Oczy i usta zupełnie przypominają matkę, zresztą była kiedyś bardzo ładna. Moja córka chodziła do jej szkoły i była w niej nazabój zakochana. Rodzice pani pochowani zostali w jednej mogile, a okoliczni nauczyciele wystawili im bardzo ładny pomnik. Proszę, niechże panie wejdą.
— Czy pani pozwoli obejrzeć dom? — zapytała Ania.
— Oczywiście. Jeżeli to pani sprawi przyjemność... Łatwo go można obejrzeć, bo jest bardzo nieduży. Ustawicznie męczę mego męża, żeby wybudował nową kuchnię, lecz on się jakoś nie śpieszy. Tu jest salonik, a tam na górze dwa pokoje. Może pani wszystko dokładnie obejrzeć, ja tymczasem muszę zajrzeć do dziecka. Wiem tylko, że się pani urodziła w pokoju, wychodzącym na wschód, bo pamiętam, że matka pani lubiła patrzeć na wschód słońca. Kiedyś nawet mówiła mi, że się pani urodziła o świcie i blask pierwszych słonecznych promieni padł na pani twarzyczkę zaraz po pani przyjściu na świat.
Po wąskich schodkach wbiegła Ania do małego pokoiku na górze z sercem przepełnionem uczuciem dziwnego rozrzewnienia. Pokoik ten wydał jej się teraz świątynią, bo wszakże matka jej tutaj właśnie przeżyła pierwsze swe chwile macierzyństwa. Tu, w chwili narodzin zajrzało purpurowe światło wschodzącego słońca, wreszcie tu matka umarła. Ania rozejrzała się po pokoju z oczyma pełnemi łez.
— I pomyśleć tylko, że w dniu moich urodzin matka moja młodsza była, niż ja jestem teraz, — wyszeptała.
Schodząc z góry, spotkała w sieni panią domu, która podała jej mały pakiecik, przewiązany wyblakłą, błękitną wstążeczką.
— To są listy, które znalazłam, gdy się wprowadziłam do tego domku. Treści ich nie znam, ale jeden jest zaadresowany do panny Berty Willis, a zdaje się, że tak brzmiało panieńskie nazwisko pani matki. Uważam, że pakiecik ten pani słusznie się należy.
— O, serdecznie pani dziękuję, — zawołała Ania z radością.
— To było wszystko, co tutaj znalazłam, — rzekła po chwili gospodyni. — Meble sprzedano, aby zapłacić lekarzowi, suknie zaś i drobiazgi, należące do pani matki, zabrała pani Thomas.
— Po matce mojej nie pozostała mi żadna pamiątka, — szepnęła Ania, tłumiąc łzy. — Nie wiem jak się pani odwdzięczę za te listy.
— Powiedziałam już, że słusznie się pani należą. Boże święty, ale oczy ma pani zupełnie podobne do oczu matki. Ojciec także był bardzo miłym człowiekiem. Ogólnie mówiono, że są w sobie szalenie zakochani. Ale niezbyt długo cieszyli się tem szczęściem. W każdym razie życie ich było, niby promienna gwiazda, która zgasła, gdy obydwoje przykryła mogiła.
Ania z niecierpliwością oczekiwała chwili, kiedy będzie mogła nareszcie przeczytać owe stare, pożółkłe listy. Przedtem jednak udała się na stary cmentarz i na grobie swych rodziców złożyła z czcią pęk białego kwiecia.
Znalazłszy się wreszcie w Mount Holly, zamknęła się w swoim pokoiku i drżącemi palcami zaczęła przerzucać jedyne ukochane pamiątki. Niektóre listy pisane były przez ojca, inne znów przez matkę. Było ich wszystkich niewiele, gdyż Walter i Berta Shirley rzadko się z sobą rozstawali podczas krótkotrwałego małżeństwa. Z pożółkłych kartek wiało prawdziwą serdeczną miłością i obopólnem zaufaniem. Matka Ani posiadała widocznie specjalny dar pisania listów, bo jeszcze dzisiaj, po latach dwudziestu, czytało się je jak wzniosły, pełen uroku poemat. Najbardziej podobał się Ani list, napisany do ojca po jej urodzeniu. Z listu tego przebijała prawdziwa macierzyńska duma i zupełne zaparcie się siebie.
— Jest śliczna, gdy śpi, ale jeszcze ładniejsza gdy się obudzi, — brzmiał dopisek Berty Shirley. Najprawdopodobniej było to ostatnie zdanie, jakie napisała w swem życiu, bo wkrótce potem przeniosła się już do wieczności.
— Dzisiaj przeżyłam naprawdę piękny dzień, — rzekła Ania tego wieczoru do Izy, — bo odnalazłam moich rodziców. Dzięki tym listom stali się oni dla mnie istotami realnemi. Przestałam być sierotą. Zdaje mi się w tej chwili, że otworzyłam starą książkę i znalazłam między kartkami zasuszone aksamitne róże wczorajsze...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.