Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

szczęściem. W każdym razie życie ich było, niby promienna gwiazda, która zgasła, gdy obydwoje przykryła mogiła.
Ania z niecierpliwością oczekiwała chwili, kiedy będzie mogła nareszcie przeczytać owe stare, pożółkłe listy. Przedtem jednak udała się na stary cmentarz i na grobie swych rodziców złożyła z czcią pęk białego kwiecia.
Znalazłszy się wreszcie w Mount Holly, zamknęła się w swoim pokoiku i drżącemi palcami zaczęła przerzucać jedyne ukochane pamiątki. Niektóre listy pisane były przez ojca, inne znów przez matkę. Było ich wszystkich niewiele, gdyż Walter i Berta Shirley rzadko się z sobą rozstawali podczas krótkotrwałego małżeństwa. Z pożółkłych kartek wiało prawdziwą serdeczną miłością i obopólnem zaufaniem. Matka Ani posiadała widocznie specjalny dar pisania listów, bo jeszcze dzisiaj, po latach dwudziestu, czytało się je jak wzniosły, pełen uroku poemat. Najbardziej podobał się Ani list, napisany do ojca po jej urodzeniu. Z listu tego przebijała prawdziwa macierzyńska duma i zupełne zaparcie się siebie.
— Jest śliczna, gdy śpi, ale jeszcze ładniejsza gdy się obudzi, — brzmiał dopisek Berty Shirley. Najprawdopodobniej było to ostatnie zdanie, jakie napisała w swem życiu, bo wkrótce potem przeniosła się już do wieczności.
— Dzisiaj przeżyłam naprawdę piękny dzień, — rzekła Ania tego wieczoru do Izy, — bo odnalazłam moich rodziców. Dzięki tym listom stali się oni dla mnie istotami realnemi. Przestałam być sierotą. Zdaje mi się w tej chwili, że otworzyłam starą książ-