Ani chwili spoczynku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Ani chwili spoczynku
Pochodzenie „Nowiny“, 1877, nr 39
Redaktor Erazm Piltz
Wydawca Erazm Piltz
Data wydania 1877
Druk Jan Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ANI CHWILI SPOCZYNKU.





Noc była.
Ta dobra, blada, posępna noc, która przynosi chłód i ciszę, knebluje usta druciarzom i handlarzom i usypia niezmordowane katarynki. Ta noc, co zmordowanym pracownikom pióra pomaga skupić rozstrzelone myśli, pomaga czytać, pracować lub też tworzyć fantastyczne obrazy...
Wiatr huczał posępnie, w szyby trącał i dzwonił, usiłował zrywać blaszane szyldy ze sklepów, lub też uwiązłszy w czarnej paszczy komina, żalił się, jęczał, płakał lub wybuchał szatańskim jakimś śmiechem, pełnym sarkazmu i goryczy...
Z ołowianych chmur pruszył deszczyk drobny, blade płomyki gazowych latarni swieciły jak złowrogie oczy wilka, ulice były puste, czasem tylko przesunęła się jakaś postać tajemnicza, oglądając się ostrożnie... może był to złodziej na polowanie idący, a może... kto wie co za może... trudno od każdego żądać karty wizytowej.
W suterenach spano, na parterze myszy gospodarowały w pozamykanych sklepach, w belle-etag‘ach, kosztowne lampy nocne rozlewały łagodne światła różnej barwy, a wysoko, wysoko, pod samym dachem prawie, migało światełko drżące, oświetlając zgarbioną nad stołem postać.
Ta postać, to znany dobrze kolega, pisze on o jaśminach i różach woniejących, o romansie oczu szafirowych z czarnemi, o poezyi, ogórkach, kolei nadwiślańskiej i innych drobnych nieprzyjemnościach życia ludzkiego...
Na szarem tle ściany przeciwległego domu zarysował się jakiś cień czarny, jakaś sylwetka o dziwacznych kształtach, przyjrzawszy się jednak bliżej, można było poznać że to nie cień, ale istota żyjąca. Na głowie tej istoty jest duża futrzana czapka, na grzbiecie kożuch stary i zniszczony, a na twarzy duże siwe wąsy, przystrzyżone po staroświecku.
Lokator trzeciego piętra od czasu do czasu wstawał, i przez okno obserwował tę postać przytuloną do muru. Domyślił on się, tak samo jak i wy zapewne, że tą postacią był stróż, zwykły stróż dużego domu. Z kolei przypadło mu pilnować ulicy, więc też stał pod ścianą i patrzył...
Zegary wydzwoniły północ. Stary stróż ustąpił z placówki i przeżegnawszy się poszedł spać.
Rozkoszny to musi być ten sen w bramie, próg służy za poduszkę, stary kożuch za nakrycie, a pisk szczurów hulających nad rynsztokiem usposabia do marzeń i wizyj czarownych.
Należał się też staremu wypoczynek, bo od 4-ej rano zamiatał ulicę i podwórze, nosił wodę, polewał bruk, wyprowadzał z bramy nadto wymowne kościarki, pracował nad przyprowadzeniem do porządku rynsztoka, chodził z meldunkami do cyrkułu, rąbał dla pani rządczyni drzewo i dostał trzy razy od pana rządcy po karku, potem zaś przypadła na niego kolej warty i do północy stał na ulicy. Dwadzieścia godzin z rzędu był na nogach, na tych nogach co go już przez lat sześćdziesiąt nosiły, — ba! ale gdzie nosiły, a raczej gdzie nie nosiły?
Chwała Bogu, że odpocznie już sobie nareszcie, myślał lokator z trzeciego piętra z przeciwka, dosyć napracował się i namarzł biedny starowina.
Istotnie też odpoczął „biedny starowina“, bo zaledwie zdołał zmrużyć powieki, w sąsiedniej uliczce zadudniła dorożka, i śpiewając jakąś aryę wyskoczył z niej lewek z przerzedzoną zębem życia grzywką i zaczął z całej siły szarpać za dzwonek, stary stróż wstał, otworzył, wpuścił lewka, zamknął drwi, poprawił knot u lampki co już zgasnąć miała i... zasnął.
Może nie zasnął jeszcze, gdy znów zajechała dorożka, a z niej wytoczył się papa, mama, synek i cztery córki, powracające z wizyty, stary znowuż wstawać i znowuż otwierać musiał.
Lokator z przeciwka przerwał pracę, bladą twarz przyłożył do szyby i myślał:
— Zkąd w człowieku tak prostym to wielkie poczucie obowiązku, zkąd w starcu taka siła niespożyta? I my pracujemy, lecz dlaczego? nas popycha naprzód żądza lepszego bytu i wygód, nas pali ambicya... chęć zdobycia sobie imienia i rozgłosu... on zaś wie, że będzie stróżem aż do śmierci, nie marzy nawet o skromnem, chociaż zaszczytnem, stanowisku stójkowego, nie — jego ambicya tak daleko nie sięga... Gdzież więc szukać bodźca, który go do tej pracy popycha?
Jak obserwujący z przeciwka zauważył, ów stary stróż w przeciągu czterech godzin trzydzieści ośm razy (!) wstawał do otwierania bramy, a o godzinie 4-ej rano stanął już z miotłą do roboty.
Kto wymyślił urząd kamienicznego stróża w Warszawie? czy widziano kiedykolwiek coś podobnego? Wszak francuzki „conciérge“ jest odźwiernym tylko, siedzi w ciepłej stancyi i żyje sobie szczęśliwie niby klasztorny furtyan. W Petersburgu tak zwany „dwornik“ jest również szwajcarem tylko, nie zamiata on ulic i nie pełni warty po nocach. Niemieccy stróże nocni mają dnie wolne do spania, a u nas dziesięć obowiązków, dziesięć rodzajów pracy ciężkiej wkładają na jednego człowieka. Do niedawna jeszcze ludzie ci sypiali pod schodami, lub w półrozwalonych budach na podwórzach, i nie ma więcej jak dwa lata temu, kiedy skutkiem reklamacyi prassy, władza miejska zobowiązała właścicieli domów, aby stróż miał opalaną stancyjkę...
Lecz i „opalana stancyjka“ nie pomoże wiele, gdy człowiek przeciążony jest nadmiarem pracy i skazany na wieczną bezsenność...
Czy ma on chwilę wytchnienia? czy ma przyjemność jaką lub rozrywkę? Jeżeli nie jest pijakiem i jeżeli nie zalewa się gorzałką, aby sobie sztuczny spoczynek wyrobić, to w niedzielę, zamiotłszy ulicę, odpasuje fartuch, przywdziewa pogięty i połamany kapelusz i idzie na godzinkę do kościoła, aby jako dobry chrześcianin podziękować Bogu za swój los...
Wraca wreszcie do domu... przed domem zastaje gromadkę rozprawiających kumoszek...
Praczce z suteryny ukradziono szaflik. Któż temu winien? — stróż, bo żeby był od bramy nie odchodził, toby szaflika nie skradziono. Gromada kumoszek krzyczy, stróż się tłómaczy, tłum się zbiera i idą wszyscy do cyrkułu szukać sprawiedliwej pomsty.
Załatwiwszy się w cyrkule, wraca zadyszany do domu, i tu przed bramą zastaje stójkowego, który w nie zbyt parlamentarny sposób stara go się przekonać o okropnych skutkach niepolania ulicy w czasie oznaczonym.
Dalejże więc do wodociągu po wodę, a od wody do miotły, od miotły do wody, aż do wieczora, do otwierania bramy wieczorem, aż do rana i tak aż do... śmierci.
Są jednak pozycye towarzyskie i stanowiska społeczne wyjątkowo po warszawsku i z warszawskim komfortem urządzone... chociaż z drugiej strony, nie brak nam anielskiej filantropii i filozotyi nawet. Gdyby naprzykład ktoś chciał przerywać spoczynek psa drzemiącego na placu publicznym i co dziesięć minut ciągnął go za ogon, to mógłby być pociągniętym przed sędziego pokoju i skazanym byłby na areszt, z mocy artykułu mówiącego o karach za udręczanie zwierząt...

Klemens Junosza.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.