Strona:Klemens Junosza - Ani chwili spoczynku.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dostał trzy razy od pana rządcy po karku, potem zaś przypadła na niego kolej warty i do północy stał na ulicy. Dwadzieścia godzin z rzędu był na nogach, na tych nogach co go już przez lat sześćdziesiąt nosiły, — ba! ale gdzie nosiły, a raczej gdzie nie nosiły?
Chwała Bogu, że odpocznie już sobie nareszcie, myślał lokator z trzeciego piętra z przeciwka, dosyć napracował się i namarzł biedny starowina.
Istotnie też odpoczął „biedny starowina“, bo zaledwie zdołał zmrużyć powieki, w sąsiedniej uliczce zadudniła dorożka, i śpiewając jakąś aryę wyskoczył z niej lewek z przerzedzoną zębem życia grzywką i zaczął z całej siły szarpać za dzwonek, stary stróż wstał, otworzył, wpuścił lewka, zamknął drwi, poprawił knot u lampki co już zgasnąć miała i... zasnął.
Może nie zasnął jeszcze, gdy znów zajechała dorożka, a z niej wytoczył się papa, mama, synek i cztery córki, powracające z wizyty, stary znowuż wstawać i znowuż otwierać musiał.
Lokator z przeciwka przerwał pracę, bladą twarz przyłożył do szyby i myślał:
— Zkąd w człowieku tak prostym to wielkie poczucie obowiązku, zkąd w starcu taka siła niespożyta? I my pracujemy, lecz dlaczego? nas popycha naprzód żądza lepszego bytu i wygód, nas pali ambicya... chęć zdobycia sobie imienia i rozgłosu... on zaś wie, że będzie stróżem aż do śmierci, nie marzy nawet o skromnem, chociaż zaszczytnem, stanowisku stójkowego, nie —