Strona:Klemens Junosza - Ani chwili spoczynku.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sze on o jaśminach i różach woniejących, o romansie oczu szafirowych z czarnemi, o poezyi, ogórkach, kolei nadwiślańskiej i innych drobnych nieprzyjemnościach życia ludzkiego...
Na szarem tle ściany przeciwległego domu zarysował się jakiś cień czarny, jakaś sylwetka o dziwacznych kształtach, przyjrzawszy się jednak bliżej, można było poznać że to nie cień, ale istota żyjąca. Na głowie tej istoty jest duża futrzana czapka, na grzbiecie kożuch stary i zniszczony, a na twarzy duże siwe wąsy, przystrzyżone po staroświecku.
Lokator trzeciego piętra od czasu do czasu wstawał, i przez okno obserwował tę postać przytuloną do muru. Domyślił on się, tak samo jak i wy zapewne, że tą postacią był stróż, zwykły stróż dużego domu. Z kolei przypadło mu pilnować ulicy, więc też stał pod ścianą i patrzył...
Zegary wydzwoniły północ. Stary stróż ustąpił z placówki i przeżegnawszy się poszedł spać.
Rozkoszny to musi być ten sen w bramie, próg służy za poduszkę, stary kożuch za nakrycie, a pisk szczurów hulających nad rynsztokiem usposabia do marzeń i wizyj czarownych.
Należał się też staremu wypoczynek, bo od 4-ej rano zamiatał ulicę i podwórze, nosił wodę, polewał bruk, wyprowadzał z bramy nadto wymowne kościarki, pracował nad przyprowadzeniem do porządku rynsztoka, chodził z meldunkami do cyrkułu, rąbał dla pani rządczyni drzewo i