Strona:Klemens Junosza - Ani chwili spoczynku.djvu/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Noc była.
Ta dobra, blada, posępna noc, która przynosi chłód i ciszę, knebluje usta druciarzom i handlarzom i usypia niezmordowane katarynki. Ta noc, co zmordowanym pracownikom pióra pomaga skupić rozstrzelone myśli, pomaga czytać, pracować lub też tworzyć fantastyczne obrazy...
Wiatr huczał posępnie, w szyby trącał i dzwonił, usiłował zrywać blaszane szyldy ze sklepów, lub też uwiązłszy w czarnej paszczy komina, żalił się, jęczał, płakał lub wybuchał szatańskim jakimś śmiechem, pełnym sarkazmu i goryczy...
Z ołowianych chmur pruszył deszczyk drobny, blade płomyki gazowych latarni swieciły jak złowrogie oczy wilka, ulice były puste, czasem tylko przesunęła się jakaś postać tajemnicza, oglądając się ostrożnie... może był to złodziej na polowanie idący, a może... kto wie co za może... trudno od każdego żądać karty wizytowej.
W suterenach spano, na parterze myszy gospodarowały w pozamykanych sklepach, w belle-etag‘ach, kosztowne lampy nocne rozlewały łagodne światła różnej barwy, a wysoko, wysoko, pod samym dachem prawie, migało światełko drżące, oświetlając zgarbioną nad stołem postać.
Ta postać, to znany dobrze kolega, pi-