Strona:Klemens Junosza - Ani chwili spoczynku.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


fartuch, przywdziewa pogięty i połamany kapelusz i idzie na godzinkę do kościoła, aby jako dobry chrześcianin podziękować Bogu za swój los...
Wraca wreszcie do domu... przed domem zastaje gromadkę rozprawiających kumoszek...
Praczce z suteryny ukradziono szaflik. Któż temu winien? — stróż, bo żeby był od bramy nie odchodził, toby szaflika nie skradziono. Gromada kumoszek krzyczy, stróż się tłómaczy, tłum się zbiera i idą wszyscy do cyrkułu szukać sprawiedliwej pomsty.
Załatwiwszy się w cyrkule, wraca zadyszany do domu, i tu przed bramą zastaje stójkowego, który w nie zbyt parlamentarny sposób stara go się przekonać o okropnych skutkach niepolania ulicy w czasie oznaczonym.
Dalejże więc do wodociągu po wodę, a od wody do miotły, od miotły do wody, aż do wieczora, do otwierania bramy wieczorem, aż do rana i tak aż do... śmierci.
Są jednak pozycye towarzyskie i stanowiska społeczne wyjątkowo po warszawsku i z warszawskim komfortem urządzone... chociaż z drugiej strony, nie brak nam anielskiej filantropii i filozotyi nawet. Gdyby naprzykład ktoś chciał przerywać spoczynek psa drzemiącego na placu publicznym i co dziesięć minut ciągnął go za ogon, to mógłby być pociągniętym przed sędziego pokoju i skazanym byłby