Amerykanin

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Barszczewski
Tytuł Amerykanin
Pochodzenie Obrazki amerykańskie
Data wydania 1905
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
AMERYKANIN.
(Sylwetka charakteru).

W Londynie ukazało się dzieło znakomitego publicysty, gorliwego apostoła idei pokoju powszechnego i zapalonego wielbiciela Ameryki, Williama Steada, p. t.: Zamerykanizowanie świata (The Americanisation of the World). Autor dowodzi w niem, że Europa musi uledz wpływowi Stanów Zjednoczonych, amerykanin bowiem posiada szersze poglądy na sprawy świata, ma więcej ideałów, jest żywszy i energiczniejszy od europejczyka.
Praca Steada wywołała wielkie wrażenie w Anglji, która coraz bardziej odczuwa już i coraz bardziej ulega, pomimo oporu, wpływom amerykańskim, należy więc i nam zwrócić uwagę na tego przeciwnika, co wyrósł tak nagle za oceanem i z taką bezwzględnością rozpiera się po świecie, niosąc z sobą nowe zapatrywania, tak dla nas dziwne, a często nawet niezrozumiałe.
Europejczyk, stający z obawą o własnych siłach nawet wtedy, gdy posiada fach w ręku lub wykształcenie wyższe, zadający sobie przymus, gdy musi szukać pracy — z podziwem zaiste spogląda na amerykanina, którego nic nie zraża, nic nie powstrzymuje, nic nie osłabia.
Bo cechą zasadniczą charakteru amerykanina, to pewność siebie.
Nie znalazłszy odpowiedniego (koniecznie odpowiedniego) zajęcia lub straciwszy to, co posiadał — europejczyk gryzie się, wątpi, traci wiarę w siebie. Amerykaninowi zgryzota przez myśl nie przejdzie. On jest przygotowany na to, że pięścią drogę przez życie torować sobie musi.
Niedawno pewien polityk amerykański wyraził się o obecnym prezydencie Stanów Zjednoczonych, Teodorze Roosevelcie, że człowiek ten myśli pięściami. Określenie to da się zastosować łacno do wszystkich amerykanów.
My myślimy sercem. Pracę pojmujemy jako ofiarę. Amerykanin pojmuje ją jako towar niezbędny do życia.
Ta różnica zapatrywań odróżnia robotnika europejskiego od amerykańskiego.
Amerykanin uważa pracodawcę za kupca swej pracy, nie za pana swego. Z drugiej strony pracodawca amerykański, traktując pracę jako towar, jest bezwzględniejszy, wymaga więcej i otrzymuje więcej. Skutkiem takiego stosunku robotnik amerykański, pomimo że jest lepiej płatnym od robotnika europejskiego, kosztuje w rezultacie taniej. Pewny tego, co umie; pewny sił swoich; pewny, że jego zdolności będą zawsze ocenione; pewny, że nie pójdzie na marne myśl praktyczna przez niego spłodzona; zawsze zdający sobie sprawę z tego, co robi — amerykanin, straciwszy pracę lub majątek, zaczyna natychmiast, bez zniechęcenia lub przygnębienia przemyśliwać nad tem, jak stracone odzyskać i niema w życiu jego chwili, by powiedział sobie: jestem ofiarą.
I to od lat dziecinnych. Ze ździwieniem spogląda europejczyk na kilkunastoletniego dzieciaka amerykańskiego, jak śmiało kroczy od biura do biura, od fabryki do fabryki i szuka pracy. Nie ofiary, nie łaski, lecz pracy.
— Dajcie tyle, ile wart jestem, a jeżeli uznacie, że nic nie umiem, to mnie oddalcie. Jeżeli ja zaś uznam, że zapłata wasza nie jest dostateczną za pracę moją, to sobie pójdę gdzieindziej.
Te słowa biją z oczu malca amerykańskiego i tą wiarą w siebie on nas przygnębia.
Uśmiechamy się z politowaniem, gdy ujrzymy amerykanina, który wpadłszy w wir życia europejskiego, nie wie gdzie się obrócić, jak kogo tytułować lub jak się pokłonić. Istotnie, amerykanin w tem naszem targowisku próżności bywa czasem bardzo zabawny. Ale czy to życie?
Spójrzmy na europejczyka, który przybywszy do Ameryki, szuka tam pracy. Kto śmieszniejszy, czy amerykanin, co nie zna zasad etykiety europejskiej, czy też europejczyk nieśmiały, wystraszony, niezaradny, leniwy, gdy chodzi o to, by sam sobie dał radę? A praca, wszak to życie.
To też europejczyk, na lądzie amerykańskim szukający szczęścia, ciężką moralną walkę z sobą toczyć musi. Walkę opłacaną nieraz życiem. Oburza się, narzeka, wyśmiewa, czuje się sponiewieranym i zapoznanym. Dopiero gdy wszystkie te uczucia przefermentuje w sobie, gdy widzi w ciągu lat obserwacji, jacy ludzie wyrastają z ulicznych urwisów, tak rażących jego pojęcia europejskie o wychowaniu dzieci — wtedy sam się wyzbywa owych form, które nakazywały mu koniecznie dbać o powierzchowność, szukać tylko odpowiedniego swej dumie zajęcia — uzdrawia się, że tak powiem.
Nie dosyć na tem, autor „Zamerykanizowania świata” twierdzi, że wychodźca europejski, przejmuje na gruncie amerykańskim zalety amerykanina, tak, jak gdyby samo powietrze amerykańskie w ten sposób oddziaływało na ludzi. Porównywa więc Amerykę do olbrzymiej retorty, w której wszystkie narodowości napływowe przegotowują się, dystylują na korzyść nowego świata. Kto tylko przebywał dłuższy czas w Ameryce i badał życie tamtejsze, musi przyznać, że spostrzeżenie Steada jest trafne, że niema kraju, któryby posiadał tak potężną siłę asymilacji, jak Stany Zjednoczone.
Na pieniądzach swych bije amerykanin hasło: In God we trust (Wierzymy w Boga). I wierzy. Uznaje dwie rzeczy, że Bóg jest i że Pismo święte, to księga boża, wynik objawienia. Środki, za pomocą których objawia tę wiarę swoją, wydają się częstokroć nam, europejczykom, profanacją wiary, grzeszną poufałością stworzenia dla Stwórcy, bądź co bądź jednak wiara naiwna i głęboka — bez względu na wyznanie — istnieje w amerykaninie, bodaj czy nie w większym stopniu i czy nie głębsza, niż w przedstawicielach innych narodów, rzekomo bardzo religijnych.
Pomimo to nie jest fanatykiem. Zasada: nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni — nigdzie może nie jest tak obszernie zastosowywaną, jak w Ameryce. Pobłażliwość i wyrozumiałość na cudze wierzenia, zapatrywania lub błędy, jest u amerykanina wprost zadziwiającą.
Przebacza nie przez sentymentalność, nie przez łzawe, tak nam właściwe, rozczulenie, lecz poprostu z poczucia, że sam błądzić może. Choć więc dąży do wszystkiego z uporem, „myśli pięścią”, to jednak nie mści się, nic miażdży, nie ogranicza. Poczucie siły nie dopuszcza tego.
Dwa lata temu zmarły ewangielista, apostoł — także wytwór życia amerykańskiego — Dwight Moody, którego jedynym celem życia było krzewienie wiary, wpajanie jej w umysły bierne, rozbudzanie jej w umysłach zobojętniałych, gdziekolwiek przybył, znajdował tłumy żądne nauk jego, uwielbiające w nim prostotę, wiarę, siłę przekonań.
Ale i głośny agnostyk Ingersoll, zmarły także w roku pozaprzeszłym, znajdował słuchaczów uważnych i cierpliwych.
Ci sami ludzie, co z uwielbieniem słuchali Moodego i pod wpływem nauki jego czuli w sobie wiarę odrodzoną, czuli iskrę bożą — słuchali też często Ingersolla, pobłażliwie sądząc przekonania, a zachwycając się wymową jego, był bowiem jednym z najświetniejszych mówców w Ameryce.
Zdarza się atoli niejednokrotnie w naszych czasach indyferentyzmu religijnego, że ci sami ludzie, którzy słuchają z olimpijskim spokojem sporów w kwestjach religijnych — wybuchają płomieniem, gdy mowa o sporach politycznych. Wtedy umiarkowanie, spokój, panowanie nad sobą niknie, natomiast otwierają się na ściężaj wrota duszy namiętnościom.
Amerykanin prawie że nie zna tego. Nieraz, podczas najgorętszej kampanji przedwyborczej, mówcy różnych obozów — występują na jednej i tej samej estradzie, prowadząc wobec publiczności dyskusję pro publico bono, a publiczność słucha i darzy to jednego, to drugiego oklaskami — stosownie do upodobania.
Najgoręcej obchodzącemi w ostatnich czasach ogół amerykański sprawami były: przed wyborem Mac Kinleya sprawa wolnego bicia srebra, po wojnie z Hiszpanją sprawa imperjalizmu. Ileż to razy byłem świadkiem gorącej wymiany zdań, szermierki słów nad temi sprawami, nietylko w halach i teatrach, ale także na rogach ulic — ani razu jednak nie zdarzyło mi się widzieć bijatyki lub słyszeć wymyślań.
Niema reguły bez wyjątków. I w Ameryce istnieją miejscowości, gdzie zimna krew i wyrozumiałość ustępują zapalczywości w sprawach politycznych. Mianowicie niektóre stany południowe, a zwłaszcza stan Kentucky, zwany krwawym (the bloody Kentucky), odzywa się tam bowiem dotychczas krew owej awanturniczej, wykolejonej szlachty angielskiej, która od 1607 r. kraj ten opanowała, przekazując potomkom dumę, zawziętość i pochopność do wybryków.
Europejczycy, pisząc o amerykanach, potępiają ich nieraz w czambuł za postępowanie z murzynami. Zwłaszcza ostatniemi czasy oburzenie wywołane w pewnej części prasy amerykańskiej, z powodu przyjęcia przez prezydenta Roosevelta w Białym Domu działacza społecznego krwi murzyńskiej Washingtona Bookera, wywołało w całej prasie europejskiej wydrwiwania z urządzeń, pojęć i rzekomej hipokryzji amerykanów.
Należy więc stosunek ten murzynów do amerykanów krwi białej wyjaśnić.
Działają tu trzy czynniki:
Pierwszym jest rozpowszechnione nietylko w Stanach Zjednoczonych, ale we wszystkich krajach zamieszkałych przez przedstawicieli rasy białej i czarnej, poczucie wyższości intelektualnej rasy białej nad czarną.
Drugim — stosunek białych do murzynów w południowych stanach Unji, gdzie biali potomkowie butnej szlachty angielskiej (Kentucky, obie Wirginje i Maryland) oraz francuskiej (Luiziana) byli właścicielami wielkich obszarów ziemi, a murzyni niewolnikami, sprowadzonymi z puszcz afrykańskich. Brak zupełny przemysłu, plantatorzy bowiem przemysłem gardzili, podtrzymywał taki stan rzeczy w przeciągu niemal dwustu lat, skutkiem czego tak przywyknięto w południowych Stanach do uważania murzyna za bydlę robocze, że potrzeba było, jak wiadomo, długoletniej krwawej wojny, by tym murzynom wywalczyć prawa obywatelskie.
Niewolnictwo zniesiono, ale południowcy dotychczas jeszcze czują wstręt do murzyna, traktują go zawsze, jako byłego niewolnika.
Trzecim wreszcie czynnikiem, — to czterdziestoletnie doświadczenie, które wykazało, że ogromna większość murzynów przyjęła tylko powierzchowne cechy cywilizacji, że za mało jeszcze oddaloną jest od swej przeszłości dzikiej, by mogła być uważaną za obywateli, równych białym. Przy lada sposobności, dziki, zwierzęcy charakter pierwotny wypływa na wierzch u murzynów. Istnieją tego tysiączne dowody.
Wszystko to powoduje, że amerykanin czuje niechęć do murzyna, że nie może przyzwyczaić się do myśli, iż ten czarny człowiek jest jego współobywatelem.
Na północy Stanów Zjednoczonych niechęć ta nie występuje tak jaskrawo, owszem, sądy biorą zawsze w opiekę murzynów; na południu zato istnieje w całej pełni, a każdy objaw przychylności dla rasy czarnej, choćby taki, jak przyjęcie murzyna w Białym Domu, wywołuje oburzenie. Tradycja przeszkadza zbliżeniu, tembardziej, gdy w grę wchodzą uprzedzenia rasowe.
O ile jednak z biegiem czasu niechęć ku murzynom, przebywającym bądź co bądź już od wielu pokoleń na lądzie amerykańskim, osłabnąć musi — o tyle z drugiej strony — wzrastać będzie wśród amerykanów niechęć ku obcym przybyszom, wychodźcom ze starej Europy.
Niechęć ta już obecnie mocno odczuwać się daje. Jest to objaw całkiem naturalny.
W przeciągu trzechset lat trwania kolonizacji amerykańskiej, wytworzył się typ amerykanina z dziada pradziada. Amerykanin ten utworzył państwo oryginalne, ustrojem wewnętrznym całkiem różne od państw europejskich; z ustroju tego wyłoniły się też instytucje, zwyczaje, zapatrywania odrębne. Dopóki trwał okres organizacji państwa i dopóki brak mu było rąk do wypełniania celów swoich, do eksploatacji bogactw, dopóty każdy nowy przybysz był widziany przychylnie. Brakło czasu dla zastanawiania się nad wpływem tych gości na ustrój państwa i jego instytucji. Gdy jednak po wojnie secesyjnej nastąpiło skonsolidowanie państwa zupełne; gdy spory polityczne skurczyły się tak, że istnieją tylko pod postacią krzykliwych, zaciętych, ale bezkrwawych, nigdy nie przekraczających granic porządku społecznego walk przedwyborczych; gdy wreszcie na plan pierwszy wystąpiły zagadnienia ekonomiczne, dążące do polepszenia bytu klas pracujących — wtedy amerykanin spostrzegł, że owe tłumy emigrantów, wciąż napływających do kraju, którego ustrój, instytucje, ideały i dążenia są im całkiem obce, wytwarzają żywioł szkodliwy dla moralnego rozwoju państwa, a pod względem ekonomicznym rozwijają pauperyzm i niezdrowe współzawodnictwo, obniżające zarobki robotnika amerykańskiego.
Przybysze ci stają się w krótkim czasie, dzięki łatwości praw naturalizacyjnych, obywatelami Stanów Zjednoczonych, korzystają z ich praw, ale w znacznej większości nie znają i poznać nie chcą obowiązków, jakie to obywatelstwo pociąga. Z jednej strony nadużywają więc swobód swych osobistych, z drugiej zaś stają się łupem polityków zawodowych, dbających li tylko o swą kieszeń, przez co utrudniają wprowadzenie reform pożytecznych, a nawet zbawiennych dla kraju. Najlepszy tego dowód mamy w wielkich miastach, posiadających przeważające masy proletarjatu kosmopolitycznego, jak Nowy York i Chicago. Istnienie np. tak korupcyjnej organizacji politycznej, jak Tammany Hall w Nowym Yorku, lub znany w całych Stanach Zjednoczonych bezrząd miasta Chicago, przypisać należy przeważnie owym naprędce upieczonym, ciemnym niepoczuwającym się do żadnych obowiązków, obywatelom amerykańskim.
Stąd pochodzi, że amerykanin prawdziwy, miłujący gorąco kraj swój i jego instytucje, coraz częściej stosuje zasadę „Ameryka dla amerykanów”, występuje z propozycjami ograniczenia emigracji, stara się utrudnić prawa naturalizacyjne.
Typowym przedstawicielem tego kierunku jest w kongresie Stanów Zjednoczonych senator H. C. Lodge z Massachusetts, którego projekt do prawa, skierowanego przeciwko emigracji, nie uzyskał przed paru laty większości w kongresie jedynie dzięki protestom i petycjom Niemców, Irlandczyków, Polaków, Węgrów, Włochów i t. d., osiedlonych na ziemi amerykańskiej. Niewątpliwie jednak stanie się prawem w niedalekiej przyszłości i granice Stanów Zjednoczonych zamknięte będą dla proletarjatu europejskiego tak, jak przed laty dwudziestu dla podobnych przyczyn zamknięto je przed napływem Chińczyków.
Kilka lat temu zaledwie amerykanin był dla nas jeszcze postacią legendową, o której z zajęciem ale też z powątpiewaniem słuchaliśmy opowieści. Przywiązany do zasad ogłoszonych w deklaracji niepodległości z dnia 4 lipca 1776 r., wierny ostrzeżeniu zawartemu w adresie pożegnalnym pół-boga swego, Jerzego Washingtona[1], związany wreszcie dobrowolnie doktryną Monroego — trwał w granicach swych naturalnych prawie lekceważony. Ogromna moc energji wrzała w nim, tętnice huczały życiem, krew zdrowa rozsadzała arterje, ale trwał.
W końcu jednak siły długo krępowane wybuchnąć musiały. Iskrą, która wybuch spowodowała, była wojna z Hiszpanją. Nie wzięcie Santjago lub bitwa w porcie Manili — zwycięstwa łatwe i podrzędne w dziejach wojen świata — były tego wybuchu wyrazem, ale skutek ich, to olśnienie świata tak długo ukrywanym skarbem zasobów, który raz mimowoli prawie przeparłszy tamę polityki odosobnienia, rozlewa się dziś coraz szerzej, wprawiając w podziw nawet Anglję, ową dumną królowę wód i lądów, tak pewną sił swoich.
Zadrżało jej ręku berło przemysłu do owego czasu z taką mocą dzierżone, a po przemyśle może przyjść kolej na inne działy pracy ludzkiej.
Bo też amerykanin pracować umie. Podczas godzin biurowych niema dla niego rozrywki lub odpoczynku, gawędki, śniadanka. Cały zasób energji wkłada w pracę, wszystkie myśli kieruje do celu, którego dopiąć zamierza.
„New York Journal” podał niedawno zestawienie, dosadnie charakteryzujące różnicę pomiędzy pracą w Europie a w Ameryce.
Karol Frohman i Maurycy Grau, najruchliwsi a zarazem najbogatsi przedsiębiorcy teatralni w Stanach Zjednoczonych, posiadają biura swe w Ameryce i w Europie. W Londynie biura ich oddalone są o 1½ mili ang. jedno od drugiego, pomimo to pp. Frohman i Grau, przebywając w Londynie, schodzą się codziennie przy stole restauracyjnym. W Nowym Yorku zato, gdzie biura ich znajdują się na Broadwayu, tuż obok siebie, jeden drugiego nie widuje całemi miesiącami. Nie mają poprostu na to czasu.
Godzina śniadania, od 12-ej do 1-ej z południa, to w Ameryce tylko przerwa niezbędna dla odżywienia jako tako organizmu. Napawanie się całemi godzinami czarną kawą, likierami lub dymem cygara, jest tam nieznane.
Ale nawet podczas śniadania amerykanin myśli o interesie. W jednej z restauracji chicagoskich, najbardziej uczęszczanej w godzinach południowych przez businessman’ów, na stołach znajdują się telefony, aby każdy z jedzących mógł komunikować się z urzędnikami swymi, ajentami lub spólnikami bez straty czasu.
Amerykanin odpoczywa dopiero po godzinie 6-ej wieczorem, gdy cały ruch przemysłowy i fabryczny ustaje. I odpoczywa nie w mieście, śród dymu, kurzu i gwaru, lecz zdaleka od nich, w domku podmiejskim śród ciszy i świeżego powietrza, zimą i latem. Pora roku nie stanowi dla niego różnicy.
Jak najwięcej zrobić w jaknajkrótszym czasie, otrzymać jaknajlepsze rezultaty pracy przy jaknajmniejszym wysiłku, to hasło amerykanina, nad którego urzeczywistnieniem pracuje z energją niepożytą. Nie dziw więc, że wszystkie niemal pomysły i wynalazki, dążące do skrócenia czasu i ułatwienia pracy, dochodzą nas ostatniemi czasy z Ameryki.
Amerykanie dali nam telegrafy, telefony, maszyny do pisania, maszyny do szycia, żniwiarki, kosiarki, elewatory zbożowe, przyrządy wiertnicze, światło elektryczne i t. p.; a wieleż to jeszcze maszyn i przyrządów, skracających pracę ludzką, dziś powszechnie w Ameryce używanych, jak np. maszynę zecerską, dopiero od niedawna znaną w Europie? I na nie jednak czas przyjdzie, bo konkurencja amerykańska staje się coraz bardziej dotkliwą dla Europy. Aby zaś konkurencji tej podołać, nie pozostaje nic innego, jak tylko zastosować się do niej, przyjąć jej pomysły.
Jeszcze jedno.
Nie bez zasady przywykliśmy uważać amerykanów za czcicieli dolara. Wszak jeden z ich własnych pisarzy najwybitniejszych, autor „Życia Mahometa”, Washington Irving, nazwał swój kraj rodzinny krajem wszechmocnego dolara (The country of the almighty dollar). Istotnie, amerykanin wierzy w siłę dolara, dla niego pracuje gorączkowo, starzeje się szybko, denerwuje, cierpi na żołądek etc., (dyspepsja — to narodowa choroba amerykanów), za cel życia swego uważa zrobienie majątku. Jednocześnie atoli — rzecz dziwna — jest hojnym i ofiarnym w stopniu u nas nieznanym.
Wszystkie niemal wybitniejsze uniwersytety i zakłady naukowe specjalne, bibljoteki publiczne, muzea, galerje obrazów, zakłady dobroczynne, świątynie, powstały z ofiar publicznych bez udziału państwa. Dość powiedzieć, że suma ogólna znaczniejszych tylko zapisów, w wysokości co najmniej 5,000 dolarów, na cele naukowe i dobroczynne, dosięgła w Stanach Zjednoczonych w przeciągu ostatnich trzech lat olbrzymiej cyfry dwustu trzydziestu miljonów dolarów, t. j. 460,000,000 rubli!
Takim jest amerykanin.





Przypisy

  1. «Być z przyjaźnią dla wszystkich, nie wiązać się z nikim.»


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Barszczewski.