„Nie odchodź!...“ (Junosza, 1890)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł „Nie odchodź!...“
Pochodzenie Obrazki szare
Wydawca Salomon Lewental
Data wydania 1890
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


„NIE ODCHODŹ!...“



— Nie sądź mój kochany, że jestem bez praktyki, o nie! Wprawdzie tak utrzymują moi przyjaciele i współzawodnicy, ale to fałsz. Zaraz cię o tém przekonam. Mam pacyentkę jedną, jedyną, ale mam... Weź kapelusz, zaprowadzę cię do niéj. Powiadasz, że nie wypada? Dzieciństwo! Moja pacyentka już na formy towarzyskie nie zważa. Odwiedzam ją regularnie dwa razy tygodniowo, co środa i sobota, a dziś właśnie sobota, więc chodźmy.
Stary doktór przygładził resztkę siwych włosów na głowie, przetarł okulary chustką czerwoną, a zarzuciwszy na ramiona „almawiwę“ odwiecznego kroju, wyszedł na ulicę.
Nie znacie zapewne tego staruszka, bo i zkądby? Dziwak ten, oryginał i mizantrop, dziś już nie żyje; zakończył doczesną pielgrzymkę w małém miasteczku, gdzie się zagrzebał i od lat Bóg wié ilu wegetował biedaczysko. Długie życie było dla niego nieszczęściem.
Przed wieloma laty bowiem doszedł on do pewnego punktu i stanął, a świat podążył naprzód, nie oglądając się na marudera, nie dbając wcale o niego.
Nauka, ciekawa, badająca wszystko, co na drodze swéj napotyka, posuwała się olbrzymiemi krokami; za nią, niby ptaków przelotnych stada, niby sznury żórawi na jesieni, ciągnęły pojęcia; niejeden przesąd padał przy drodze i konał zapomniany, wyśmiany, a nawet potrzeby i obyczaje zmieniały się potrosze!
Stary doktor pozostał samotny na tém samém miejscu, na którém się zatrzymał...
I ludzie odbiegali od niego stopniowo, coraz rzadziéj po poradę ktoś przyszedł, aż wreszcie całkiém zapomniano o nim.
Zapewne gorzko mu to być musiało, ale nie skarżył się nigdy. Jako człowiek względnie zamożny, troski o chleb powszedni nie zaznawał, a na nową generacyę ludzi, na tych, co daleko już odbiegli od niego, spoglądał z lekceważeniem, wynikającém z przeświadczenia o wyższości osobistéj i wyższości tych czasów, w których jego młodość upłynęła.
Ubierał się zawsze, jak piérwszy elegant z roku... 1829-go, a co wieczór, na fortepianie antyku, wygrywał te walce i polki, przy których dźwiękach niegdyś poczciwe nasze babki puszczały się w pląsy... z dziadkami.
Biedny, samotny doktór... Świat przed nim uciekł i tylko wspomnienia, najwierniejsze druhy niedoli — zostały.
Szliśmy przez miasteczko, ciche i jakby uśpione.
Sklepy były pozamykane, ulice puste, tylko przed wielką bóźnicą stało kilku żydów w odświętnych racimorach i sajetach.
Minęliśmy kilka okazalszych kamieniczek, piękny kościół, otoczony lipami, i dostaliśmy się na uliczkę boczną, niebrukowaną wcale, gdzie domki kryły się wśród ogrodów, po za któremi rozciągała się szeroka płaszczyzna pól i łąk, ujętych w czarną ramę lasów...
— Zdaje mi się, że ta droga prowadzi na cmentarz? — rzekłem, ujrzawszy las krzyżów w ogrodzeniu.
Stary uśmiechnął się.
— Mój kochany — rzekł — wszystkie drogi prowadzą na cmentarz, i dawna poważna nauka, i... szarlatanerya dzisiejsza, ostatecznie do tego powszechnego rezultatu dochodzą... ale oto jesteśmy u celu, wejdź, proszę.
To rzekłszy, otworzył skrzypiącą furtkę w parkanie i weszliśmy na terytoryum, które nie było ani ogródkiem, ani dziedzińcem, ani podwórkiem nawet...
Badyle, osty i zielsko różne rozrastało się tam swobodnie. Kilka drzewek owocowych, opuszczonych i schorowanych, szemrało gałązkami, a krzaki zdziczałego agrestu i malin przepychały się wzajem, walcząc o miejsce, niby chłopi o miedzę.
Jedynie kilka zagonów warzywa świadczyło, że ludzie na tém pustkowiu mieszkają...
Domowstwo również było opuszczone, jak i ten dziedziniec, czy ogród niegdyś...
Ściany ongi malowane, deszcz powymywał a czas potężnemi pazurami i zębami obgryzł komin, pokąsał okiennice, podrapał filarki, na których ganek się wspierał.
— Więc to tu pańska pacyentka! — zapytałem — w téj ruderze?!
— Tak, w ruderze, mój kochany, bo téż i ona sama istny obraz rudery... Ciało jeszcze jak ciało, rusza się niby wóz zdezelowany i skrzypiący... ale z duchem całkiem jest źle... Piérwsze podtrzymuję jako tako.. drugi... ano zobaczysz. Wojciechowa! Wojciechowa! — zawołał, stukając laską w podłogę ganku.
Na to hasło z pomiędzy kopru i maków, wybujałych na grzędach, wychyliła się głowa staréj kobiety w żółtéj chustce.
— O la Boga! anim widziała, kiedy wielmożny konsyliarz przyszedł.
— Cóż, pani?
— Siedzi se chudziątko, jako i zawdy siaduje. Panna Jantonina poszła do miasta...
— Więc pani sama została? — spytał tonem wymówki.
— Gdzie zaś wielemożny konsyliarzu, gdzież jabym bez pomocy samą mogła zostawić niebogę?
— A któż tam jest?
— Je kot, panie...
— Kot?
— A dyć kot... Sama go zaniosłam do pokoju, wyszłam trochę pietruszki narwać do obiadu.
— Chodźmy — rzekł do mnie staruszek...
W pokoiku zastawionym staremi, odwiecznego fasonu meblami, siedziała kobieta, szczupła, blada, w czarnéj sukni i w czepku, z pod którego wychylały się promienie białych włosów.
Spłoszony najściem naszém kot zerwał się z jéj kolan i wyskoczył przez okno...
W téj chwili staruszka powstała, wyciągnęła ręce błagalnie, a w szeroko otwartych jéj oczach malowały się naprzemian rozpacz, gniew, prośba, błaganie...
— Nie odchodź! — krzyknęła rozdzierającym głosem, wyciągając ręce w stronę okna — nie odchodź!
Tyle bólu, żalu, tyle skarg i jęków mieściło się w tych wyrazach, że mimowoli cofnąłem się przerażony.
Doktór zbliżył się do niéj, położył rękę na jéj ramieniu i rzekł:
— Jestem, matko.
Ten jeden wyraz wywołał magiczny skutek. Odrazu uspokoiła się, uśmiechnęła i rzekła szeptem:
— Jesteś, Amelciu?! to ślicznie, to bardzo dobrze, że tu jesteś.
Twarz jéj przybrała wyraz obojętny, apatyczny prawie.
Doktór usiadł przy niéj, wziął za rękę i zaczął zadawać pytania, jak spała i co jadła, czy jéj co nie dolega? czy nie życzy sobie świeżych owoców, albo kieliszka wina?
Odpowiadała krótko, jedném tak albo nie, patrząc w sufit, potém zaczęła głaskać rękę doktora i cichym, pieszczotliwym głosem szeptała:
— Bo ty nie myśl, że ja ciebie za mąż nie wydam... Nie myśl!... wyprawę już szyją, srebra dostaniesz i jedwabną suknię... Wyjdziesz, Amelciu moja, ale nie za niego, nie!... Bo jakże można? jak można?
Tak mówiła urywanemi wyrazami, bez związku, nie patrząc ani na doktora, ani na mnie.
Utkwiła wzrok w sufit, wzrok przygasły i bezmyślny, zdawało się, że w tych źrenicach ani jedna iskierka życia nie tleje, że to są oczy umarłego...
Mój towarzysz podniósł się z krzesła...
W téj chwili przygasłe oczy zapaliły się i mignęły straszną błyskawicą gniewu.
I znów ten przeraźliwy, rozdzierający serce krzyk:
— Nie odchodź!...
Wojciechowa nadbiegła i wzięła nieszczęśliwą za rękę, wyrzekła magiczne „jestem“ i w téj chwili stan poprzedniéj apatyi powrócił.
Wyszliśmy...
Nieodzywałem się wcale. Widziałem wciąż przed sobą te niebieskie oczy przygasłe, w których jedna myśl jakaś pioruny umiała zapalać; w uszach brzmiało mi ciągłe przerażające:
— Nie odchodź...
W milczeniu powróciliśmy do mieszkania doktora.
Stary zdjął płaszcz, złożył go bardzo starannie i schował do szafy; przetarł okulary chustką i zapaliwszy cygaro, zapytał:
— No, i cóż moja pacyentka? Jakże ci się podoba?
— Nieszczęśliwa!
— Mój kochany, ściśle biorąc, to dyabli wiedzą co jest szczęście i kto jest szczęśliwy na świecie? Ona bo widzisz...
— Obłąkana jest — przerwałem — i już przez to jedno pozbawiona warunków szczęścia na ziemi...
Doktór się uśmiechnął.
— Obłąkana — powtórzył — zapewne... Tak się to nazywa... Myśmy wszyscy potrosze obłąkani... A ostatecznie, gdzie masz taki „mózgometr“, któryby wskazał, że dane indywiduum ma tyle a tyle stopni wyżéj, lub niżéj normalnego poziomu zdrowego rozumu? Jakże tę linijkę nakreślisz?
— Czy znana jest panu historya téj biedaczki? — spytałem.
— Naturalnie, że znana... Zwyczajna to historya, i jeżeli sądzisz, że znajdziesz w niéj coś bardzo szczególnego, to się grubo zawiedziesz... Tam szło wszystko w logicznym porządku, skutki wynikały z przyczyn tak samo, jak starość z młodości, śmierć z życia...
— Ależ przyczyna, jaka była przyczyna? — spytałem.
— Naturalnie, że była przyczyna, bo cóż bez niéj? Otóż ja tę moją pacyentkę znam oddawna, od bardzo dawna ją znam. Panną ją jeszcze pamiętam, bywałem w domu jéj rodziców. Mieli oni mały folwarczek. Nie fortuna to była, nie majątek, ale żyli jakoś... W dworku u nich było czysto i powiem nawet, że dostatnio. Ojciec napoleończyk, kochał się w książkach historycznych i w sztychach, któremi wszystkie ściany poobwieszał... Matka lubiła znów nadewszystko pieśni i te jedynaczce swojéj śpiewała... Cóż tak patrzysz na mnie? chcesz zapewne powiedziéć, że nudzę i od przedmiotu odbiegam?...
— Ależ bynajmniéj.
— Wiem ja co mówię i dlaczego mówię. Chciałeś poznać przyczynę, do niéj właśnie idziemy. Książkami, sztychami, pieśnią i tém żywem słowem, co bywało wieczorami przy kominku z ust ojca płynęło, karmiła się dusza dziewczyny, a obecnie złamanéj cierpieniem staruszki... Lata szły, dziewczyna rosła i wyrosła na pannę co się zowie. Dziś już takich nie ma...
— Trochę to za śmiałe twierdzenie.
— Nie ma! powiadam, że nie ma i dosyć... Juścić są na świecie jakieś cudaki, ale ani się umywały do panien z przed lat piędziesięciu...
To rzekłszy zamyślił się stary.
— Więc mówi pan, że ładna była? — odezwałem się, chcąc go do dalszego opowiadania zachęcić.
— O tak! Nic téż dziwnego, że prędko za mąż poszła... Za naszych czasów panny nie starzały się mój dobrodzieju... Poszła panna Franciszka za mąż i doskonale poszła, ale cóż, nie cieszyła się długo swojém szczęściem... straciła męża. Biedny człowiek zginął w pełni życia i sił — zmiotła go burza, jak liść z drzewa.. Już wtenczas obawiałem się o jéj umysł, ale jakoś przebolała ten cios, przeniosła. Zresztą i to ci trzeba wiedziéć, że człowiek to bardzo wytrwałe zwierzę, nieraz więcéj zniesie, więcéj udźwignie, niż sobie wyobraża nawet... Moja pacyentka miała dla kogo żyć.
— Zostały dzieci?
— Jedna tylko córka... Ta była dla matki szczęściem, skarbem, celem życia, światem całym... Wszystko co miała w duszy matka kochająca, starała się w córkę przelać, chciała w niéj widziéć wcieloną cnotę, pragnęła, aby jéj własne wierzenia, przekonania, ideały, jak droga spuścizna rodzinna, przeszły na dziecko. Niezbadane jest serce ludzkie, niezbadane...
— Zamąż powtórnie nie wyszła?
— Ani słyszéć nie chciała, choć trafiali się ludzie dobrzy i zacni. Ona żyła dla córki. Kupiła oto ten dworek, któryś widział, kapitalik złożyła do banku i miała dość na życie i na kształcenie córki... Tak szło wszystko spokojnie, póki dziewczyna nie dorosła... Miasteczko nasze leży blizko granicy, trakt duży przez nie przechodzi, więc téż mnóztwo obcych ludzi włóczy się tutaj; otóż przywlókł się za innymi jakiś niemiec, wojskowy podobno, i tu się osiedlił czasowo... Zaczął bywać, panna mu się podobała... i romans! Matka nie wiedziała o niczém, bywali młodzi ludzie, bywał i ten, trudno było drzwi przed nim zamykać... Zresztą téj nieszczęśliwéj na myśl nawet nie przyszło, żeby jéj córka chciała porzucić kraj, matkę, kąt rodzinny i pójść z obcym człowiekiem gdzieś nad Ren, czy nad Bałtyk, a jednak...
— Poszła?
— A poszła — rzekł, machnąwszy ręką niechętnie. Obecnie, o ile mi wiadomo, mieszka ze swoim szwabem gdzieś na Pomorzu, robi mu bawełniane szlafmyce i nie pamięta nawet, jak się jéj rodzinna wioska nazywa... Mamże ci opowiadać co tam było naówczas pomiędzy matką i córką...? Dość, że w ostatniéj chwili, w chwili rozstania, z piersi matki wyrwał się ten fatalny okrzyk: „nie odchodź!” i powtarza się ciągle, aż po dzień dzisiejszy... Wszystkie myśli w téj głowie umarły, zabite zostały nagle, w jednéj chwili, jak od uderzenia piorunu.... to tylko nieszczęsne: „nie odchodź“ zostało. Tak mówi ona do sługi, do kuzynki, do kota, do mnie... i aby jéj ktokolwiek powiedział tylko: „jestem”, wnet się uspokaja, i wpada w stan apatyi... Próbowałem badać, czy rozumie swoje położenie i kiedyś spytałem czy ma córkę...?
— I cóż?
— Odpowiedziała, patrząc w sufit, że nie.
Zamyślił się stary. Po chwili zerwał się nagle z krzesła, położył mi rękę na ramieniu i wybuchając śmiechem, rzekł:
— Słuchaj, czy ty wiesz, że oni ją leczyli!
— Któż to oni?
— Ano... ci... doktorzy tutejsi. Jeden mieszka w rynku, drugi w Lejzora domu — mądrzy ludzie!...
— Dlaczegóż? Próbowali...
— Ha! ha! a wiesz-że ty, że i serce, i mózg ludzki krajano na drobne kawałeczki po dziesięć tysięcy razy, że nie masz tam odrobiny najmniejszéj, któraby nie była opisana, wystudyowana, nazwana, po sto razy odrysowana w książkach i atlasach; a pomimo tego, czyż poznał kto sferę ducha i uczuć ludzkich, czy znalazł te struny tajemnicze z których życie częstokroć piekielne akordy dobywa? Delikatne struny, nawiązane w sercu téj biednéj obłąkanéj, brutalna ręka losu, szarpnęła tak silnie, że pękły wszystkie odrazu, wszystkie, prócz jednéj, w któréj zaklęta jest nuta wiecznie drgająca żalem i boleścią niezmierną... Ha! cóż na to poradzić... co zrobić?... Słuchaj! — rzekł po chwilowéj przerwie — oni mi zabrali wszystkich chorych... lecz téj nie trzymali długo w opiece, oddali mi ją po kilku niefortunnych próbach. Zwątpili o swoich siłach widocznie — lecz w tym razie i ja w swoje siły nie wierzę.
— Panie! — rzekłem — nauka idzie naprzód, może przyszłość...
Uśmiechnął się gorzko.
— Mój drogi — odrzekł — zanim jaki mędrzec rozwiąże te niezbadane zagadki, moja pacyentka zmieni mieszkanie i przeniesie się o kilkaset kroków daléj... na cmentarz.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Miał racyę dziwak. Jego jedyna pacyentka umarła, krzyknąwszy po raz ostatni: „nie odchodź!”
Nie długo poszedł za nią także stary doktór. Wyprzedzony przez rówieśników w gonitwie do grobu, prześcignięty przez młodszych w wyścigu życia, a przez to właśnie smutny i osamotniony, przestał cierpiéć i spoczął pod płaczącą brzozą cmentarną.

KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.