Żywe grobowce/XXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXIII.

Minęły Święta Bożego Narodzenia, zbliżył się rok 1922. W celi panuje jeszcze jakiś dziwny nastrój świąteczny. Ja pocieszam się nadzieją, że i w tym dniu dobrze sobie podjem, jak i na Boże Narodzenie. W dni świąt człowiek nawet w więzieniu sobie podjadł. Nieraz myślałem o tem, że ten, który ustanowił dni świąteczne, był dobrym człowiekiem. W dni takie dawano gęsty ryż, tłustą grochówkę i kawał świńskiego mięsa. Jednakże nieraz, gdy przy tem obfitem jedzeniu świątecznem przypominałem sobie, że po świętach mojemu żołądkowi przyjdzie się skurczyć, traciłem apetyt.
Po świętach pracowałem jeszcze na koszykami ze trzy tygodnie; poczem znów tutaj ukoronowano mnie godnością starszego celi. Więzień, który był przedtem starszym celi, poszedł na „towarową stację“. Dozorca oddziału, wiedząc, że potrafię celę utrzymać w porządku, za zgodą więźniów zaszczycił mnie tą funkcją.
Sytuacja moja znów się poprawiła. Dwa litry zupy znowu wędrowały przy obiedzie do mego wygłodniałego żołądka. Jednakże dostawałem tylko wielkiego „maczka“ po takiej ilości zupy, a głodny byłem jak dawniej. Jedzenie bowiem po świętach ogromnie się popsuło i gotowano teraz tak, że więźniowie słusznie narzekali, iż dostają samą wachę.
Na drugi dzień po objęciu przeze mnie władzy, obudzono mnie nagle. Spojrzałem, nie mogłem jednak zrozumieć, co zaszło. Kilku więźniów, należących do śmietanki w celi, trzymało jednego więźnia za ręce. Ten wyrywał się, błagał o coś. Wszyscy naraz opowiadali mi, co tu zaszło. Nic nie rozumiałem. Usiadłem przecierając oczy i dopiero widząc krew płynącą strumieniem z nosa trzymanego więźnia, zrozumiałem wszystko.
— Kto go tak bił? — zawołałem groźnie.
— Prędzej, puśćcie go i dajcie mu mokry ręcznik do zatamowania krwi.
— Jakto puścić, — zawołał jeden z trzymających przybierając groźną minę. — To „szczur“. Myśmy już dawno szukali tego szczura, aż wreszcie go mamy. My go nauczymy, że więcej „po księżycu“ chodzić nie będzie.
— Co chcecie z nim zrobić? — zapytałem.
— Chcemy m u boki obić. Niech skituje, ale niech pamięta, że złodziejowi świsnąć nic nie wolno.
Rozciągnęli ofiarę na podłodze, okręcili mu głowę kocem, a jeden z więźniów schwycił taburet i już zamierzył się do uderzenia. Nie namyślając się długo, skoczyłem z łóżka i odepchnąłem tego co trzymał taburet z taką siłą, że uderzył głową o ścianę, a taburet wypadł mu z rąk. Reszta, widząc moją energiczną postawę, odsunęła się od ofiary. Ten korzystając z okazji zwolnił się z koca, zerwał się i błagalnie patrząc na mnie, chwycił mnie za koszulę. Był to strasznie wynędzniały więzień, wieśniak, który już odkiwał swoje kilka lat. Stałem jeszcze przez chwilę drżąc ze wzburzenia, poczem zawołałem:
— Chłopaki, co wam przyjdzie z tego, że mu zdrowie, którego i tak nie ma, odbierzecie. On i tak ledwie dycha. Zróbcie to dla mnie i dajcie mu spokój. Zaręczam wam, że i tak więcej po księżycu chodzić już nie będzie. Ja odpowiadam za to!
— Zabić go, zabić go! — ryczał ten, któremu ściągnięto kawałek chleba. — Niech do frajerów idzie kraść, a nie do mnie!
— A kim ty jesteś, pętaku, psia twoja mać, jak nie frajerem? — wtrącił się jeden z moich przyjaciół. — „Obszemrałeś“ się tu w Mokotowie. Zapomniałeś już, jak sam w Arsenale po księżycu chodziłeś. Teraz, jak masz „hydrę“ na wolności, która ci podaje wałówki, odrazu stałeś się fetniakiem! Leż w kącie i nie podnoś głosu, bo jak nie, to ja się do ciebie wezmę.
— Wszystko możesz powiedzieć, ale kapusiem nie jestem tak jak ty, coś dał dwa lata chleba wspólnikowi, — odparł napadnięty.
Nie zdążył skończyć zdania, kiedy tamten rzucił się na niego i bójka na dobre się rozpoczęła. Nikt już teraz w celi nie zważał na szczura, wszyscy z zainteresowaniem patrzyli na tych dwu, którzy walczyli z sobą zawzięcie.
Widząc, że kolega mój jest przegrany, doskoczyłem do nich, mówiąc:
— Ja się z tobą biję, cwaniaku, jak taki mocny jesteś.
— Ja się z tobą nie chcę bić, on mnie obraził, więc z nim się biję.
— On ci prawdę mówił! — zawołało kilka głosów naraz. — A tyś go nazwał kapusiem, co nie jest prawda. Lej go, Nachalnik, na drugi raz będzie „jadaczkę“ trzymał. Tego już za dużo, żeby alfons obrażał prawdziwych złodziejów.
Jednakże nie biłem go. Nie mogłem bić się z takim, który się nie chciał bronić.
Po chwili dozorca już walił w drzwi, wołając:
— Co tu za hałasy po nocy! Raport napiszę na waszą celę! Co to jest! Starszy celi, chodźno tu!
Zbliżyłem się do drzwi.
— To nic, panie starszy. Tu jeden dostał choroby św. Walentego, musieliśmy go trzymać. Już teraz będzie cicho.
— Pamiętaj, żebym więcej nie potrzebował tu przychodzić, — powiedział dozorca i oddalił się.
Dziwna i pod tym względem jest psychologja więźniów. Gdy złapano szczura, wszyscy jak jeden mąż byliby za tem, żeby go zabić. Potem zaś, gdy ja stanąłem po jego stronie, wszyscy przeszli na moją stronę i chcieli już bić poszkodowanego. Do tego nawet stopnia wzbudziłem litość dla szczura, że częstowano go teraz w nocy czem kto mógł. Byli zachwyceni, patrząc jak szczur zjada łakomie wszystko, co mu podsuwali.
Gdy dozorca już odszedł, a wszyscy leżeli na swoich miejscach, z mojego łóżka przemawiałem im do serca:
— Chłopcy, powiedzcie sami, jacy my podli jesteśmy. Kiedy na wolności okradamy kogoś, pomyślcie tylko, w jaką rozpacz wpada taki człowiek, który pracował całe lata na to, co my zabieramy mu w jednej chwili. Wiele to razy się zdarza, że klawisznik wpadnie do jakiegoś smolucha i żabiera mu ostatnie nachy, albo też na lipku zabierają wszystkie czuchy. Jaka rozpacz ogarnia rodzinę, gdy się budzą i widzą, że nie mają nawet sukienki: wszystko sprzątnięte. Złodziej niesie wszystko do pasera, dostając za to grosze. Robimy ludziom szkodę na tysiące, a sami cholerę mamy zato. A złodziej jeszcze gniewa się, gdy go frajer cupnie i kości mu połamie, albo odda w ręce policji. A co ma frajer robić z rozpaczy? Patrzcie, kawałek chleba mu wziął, chcieliście go zabić za to. Złodzieje złodzieja chcieli zabić za marny kawałek chleba. Coby to było, gdyby mu naprzykład garnitur skradziono? Zabiłby bezwątpienia. Musimy się z tem pogodzić, że skoro my okradamy, tak samo i nas wolno okradać.
— Święta racja, — odparło kilka głosów naraz, tylko poszkodowany zawołał:
— Niech się uczy kraść na wolności, a nie w więzieniu. Złodziej złodziejowi kraść nie powinien. Ja, gdy mieszkałem na Czerniakowskiej, wychodząc z mieszkania nalepiałem wewnątrz na drzwiach kartkę z napisem: „Tu mieszka złodziej“. Raz przychodzę z miasta o późnej porze, — patrzę, zamek wyłamany, a drzwi otwarte. Wchodzę, — wszystko leży spakowane i nietknięte. Widać złodzieje dopiero przy wyjściu zauważyli kartkę na drzwiach i odeszli bez niczego. Prawdziwy złodziej złodziejowi nie ukradnie.
— Co tam zalewasz, — zawołał mój przyjaciel. — Zapewne twoje rzeczy były cholerę warte i dlatego je zostawili. Co tam gadać, jabym chciał zobaczyć, gdybyś ty był goły, przyszedł gdzieś i zobaczył, że robota stoi. Trynisz się do środka, zyrkasz, — kartka wisi: „Złodziej tu mieszka“. Zapewne plunąłbyś na kartkę i swoje zrobił. Nie wierzę ci zupełnie.
— Tak, tak, — potwierdzili inni. — On buja i chce się pokazać, że jest taki „grojse ganew“.
Poszkodowany więcej się już nie odezwał, tylko przyglądał się z nienawiścią, jak częstowano szczura. Ktoś nawet wziął od niego kawałek sera i dał szczurowi, mówiąc:
— Masz, wcinaj, a później zadeklamujesz nam swój wiersz, który napisałeś na imieniny żony. Co, kochasz żonę?
— O, tak, kocham, — odparł wieśniak. Przestał jeść, obejrzał się po obecnych, a widząc, że nikt nie zaprzecza, zaczął deklamować:

Już dziesięć razy okwitły krzewy,
A ja nie widzę swej drogiej żony,
Nie widzę swego Anioła, Ewy,
Bo siłą losu jestem więziony.

Jestem dla Ewci cały wylany.
Bo jestem od niej izolowany,
Ale w uczuciach serca mojego
Nie słyszę też jej głosu dźwięcznego

Ewuś, tyś dla mnie wszystkiem na świecie...
Ewuś, tyś moich marzeń ostoją...
Tyś moją żoną, tyś moje dziecię,
Tyś mojem życiem, tyś panią moją!

Duszą i sercem kocham cię, Ewo;
Pieścić cię wciąż to mój cel jedyny.
Twe imię słodkie, jak rajskie drzewo...
Więc chcę je uczcić w twe imieniny.

Niech ci na ziemi Bóg stworzy raj...
Niech ci wciąż kwitną róże i bzy,
Do snu kołysze szumiący gaj,
A w oczach błyszczą radości łzy.

Niech cię Bóg, Ewo, obdarzy zdrowiem,
I niech ci długich lat życia udzieli,
A resztę moich życzeń dopowiem,
Przy jakiejś tam szczęśliwej niedzieli!

Niech ci też życie słodko płynie,
Niech wciąż kwitnie szczęścia kwiat,
Mojej i twojej rodzinie,
Jak za dawnych młodych lat!

Te życzenia śle wam z poza krat
Mąż, syn, zięć, szwagier, wujek i brat.


Gdy skończył, upadł głową na słomianą poduszkę. W celi panowała przykra cisza. Nikt nie śmiał pierwszy się odezwać. Zapewne niejednemu przypomniał się dom rodzinny i najbliżsi. Po chwili ja pierwszy zawołałem:
— No, chłopcy, widzicie, ktoby się spodziewał, że szczur potrafi takie uczuciowe wiersze układać!
— On stale te wiersze klepie, — odparł jeden z więźniów. — Musi jeszcze ułożyć coś o szczurach, będzie ładniejszy niż do żony. Szczurem jest doskonałym, — żartował.
Ten szczur był skazany za wymordowanie całej rodziny z zemsty. Stale ukradkiem układał wiersze do żony, która pogardziła nim i nie przyszła ani razu go odwiedzić. Szczur żony nigdy już nie zobaczył, bowiem zmarł na gruźlicę wkrótce po opisanym wypadku.

Długo jednakże starszym celi i tu nie byłem. Potrzeba było więźniów małowyrokowych do pracy na papierni. Mając już tylko kilkadziesiąt miesięcy do odbycia, zostałem również zabrany do papierni. Przeznaczono mnie do pracy w rezerwie. Rezerwa na papierni składała się z 15 najsilniejszych więźniów. Mieli oni za zadanie wyładowywać i naładowywać platformy z papierem, opróżniać wagony z węglem i surowemi materjalami do wyrobu papieru. Kolej dochodziła do papierni, która mieściła się w samym Mokotowie, przegrodzona tylko murem od głównego więzienia. Pracowało tam na trzy zmiany około 300 więźniów; każda zmiana pracowała po osiem godzin. Najgorsza była praca na szmaciarni: tu trzeba było przebierać brudne gałgany, sortując każdy gatunek osobno. Następnie darto je na drobne strzępy i niesiono do gotowania. Kurz w szmaciarni był taki, że jeden drugiego nie widział. Więźniowie obwiązywali sobie nosy i usta gałganami, aby kurz nie przedostawał się do płuc, mało to jednak pomagało. To też często, po kilku miesiącach pracy tam, więźniowie dostawali suchot i umierali. Każdy początkujący, przeznaczony na papiernię, musiał najpierw przejść przez szmaciarnię; stąd dopiero brano do lepszej pracy, jak do sali maszyn, sortowania gotowych wyrobów i t. d. Za karę także z lepszych robót przeznaczano do szmaciarni. Więźniowie woleli za odmowę pracy w szmaciarz ni iść do karceru, niż tam pracować. Rzecz naturalna, że pracowało tu więcej chamów i frajerów niż cwaniaków; przeważnie byli to „pogromcy11 z bandy wspomnianego Józka i ci też najwięcej wymierali w Mokotowie. Byli to górale, wychowani i przyzwyczajeni do górskiego powietrza i to było właśnie przyczyną, że nie było prawie dnia, by któryś z nich nie umarł. Tylko najodporniejsze jednostki z nich ujrzały wolność.
Najlepsza praca na papierni była przy maszynach i w rezerwie. Tutaj można było robić różne kombinacje z cywilami, których bardzo dużo pracowało na papierni. Cały handel przechodził przez więźniów pracujących przy maszynach i w rezerwie. Grypsy na lewo, wódkę i inne zakazane owoce — wszystko załatwiano przez papiernię. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że pracę tę wykonywali wyłącznie cwaniaki.
Wyrabiano też w Mokotowie papier banknotowy. Więźniowie pracujący przy tym papierze byli ściśle do naga rewidowani po skończeniu pracy przez kontrolerów i dozorców. A jednak niejedna paczka papieru banknotowego została przeszmuglowana na wolność i użyta do wyrobu fałszywych pieniędzy. Mogę śmiało powiedzieć, że fałszywe banknoty wyrabiane na prawdziwym papierze banknotowym z całą pewnością pochodziły ze szmuglu z papierni mokotowskiej.
Każdy zrozumie, że więzień sam nie mógł wynieść tego na wolność; musiał to wynieść blatny dozorca, którzy są i będą po wszystkich więzieniach. Naturalnie, ci dozorcy zgarniali 99% zysków płynących ze szmuglu.
W więzieniu niemal każdy palący więzień gotów jest skraść najbardziej wartościowe rzeczy, by je oddać za papierosa. Winę za to, że podobne rzeczy dzieją się po więzieniach, ponoszą nieuczciwi dozorcy, którzy odbierają więźniom wszystko. Gdyby takich dozorców po więzieniach nie było, nie działyby się podobne rzeczy.
W ostatnich czasach więźniowie zostali zupełnie wyrugowani od pracy przy banknotach, gdyż często przyłapywano podobne szmugle. Miejsce ich zajęli cywile. Czy oni także kradną, tego już nie wiem...
Pragnę też zamieścić tu wiersz, który ułożyłem podczas mojej pracy na papierni. Wiersza tego nauczyli się ode mnie więźniowie na pamięć i często śpiewali go po celach.

Opowiem wam, panowie,
Z moich wrażeń w Mokotowie,
Jak więźniowie tam żyją,
Co też jedzą i piją.

Rano dzwonek na wstawanie,
Za pół godziny śniadanie,
Więc pośpiesznie wszyscy wstają
I sienniki układają.

Kocem nakrywają dziury,
Aż się kurz wzbija do góry.
Jedni usta zatykają,
Drudzy do kroty zmykają.

Starszy celi krzyczy: okna otwierać!
Pomocnik woła: Hej, śmiecie zbierać!
Gdy zaś okna się otwierają,
Cwaniaki pierwsze się pchają.

Poprzez cele wieje wiater,
Galicjak klnie: Naser mater,
Cwaniak myje sobie gębę,
Frajer pucuje zęby.

Wtem dzwonek na modlitwę się rozlega,
Frajer z siennikiem po celi biega,
Tak pchają się pospołu
I stają wokoło stołu.

Po modlitwie wielka wrzawa.
Na śniadanie czarna kawa,
Kto ma cukier, ten ją słodzi,
A kto nie ma, z losem się godzi.


Po śniadaniu, choć też z bieda,
Lecz do pracy wszyscy idą,
Bo warsztatów jest tam moc,
Praca wre tam dzień i noc.

A kto chce pracować wiernie,
Tego dadzą na papiernię,
Tam pracować to nie bajki:
Płacą za to cztery fajki.

Gdy się, bracie, masz na kancie,
To pracujesz przy „golancie",
Jak nie będziesz przytem głupi,
To ci majster flachę kupi..

A gdy masz za długie palce,
To ci je ukrócą walce,
I tak nawpół tłuczesz z biedą,
Aż zostaniesz inwalidą.

Jak się czujesz, bracie, marnie,
To cię pchają na szmaciarnię,
Tam będziesz miał życie cudne.
Bo będziesz darł szmaty brudne.

Gdy dostaniesz już suchoty,
To cię zwolnią od roboty,
Bo przecie gdy więzień chory,
Są felczery i doktory.

Gdy więzień się do nich melduje,
Co jest — felczer groźnie zapytuje,
Bada z miną wielkiego medyka
I palce za kołnierz wtyka.

A żalisz się na ból głowy,
Da ci olej rycynowy,
A gdy cię coś w boku kluje,
Brzuch jodyną ci smaruje.


Gdy uznaje: masz suchoty,
Pisze ci proszki na poty,
Jak ręka lub noga boli,
To ci daje gorzkiej soli.

Gdy choroba się utrwala,
To cię biorą do szpitala,
Tam się, bracie, wykurujesz,
Do prosektorjum powędrujesz.

Jak kto mądrze symuluje,
To na urlop maszeruje,
Wypadki takie bywają,
Że z urlopów nie wracają.

Lecz co teraz — to nie kpinki,
Dają klapsy i jarzynki,
Ale teraz już nie dają,
Bo im kotły wciąż pękają.

A te klapsy to też plaga,
Gdy go zjesz, to piecze zgaga,
Lecz i tych już dziś nie dają,
Bo w Polsce kotłów nie mają.

Więc oszuści i złodzieje,
Tak się w Mokotowie dzieje.
Lecz niech was nie boli głowa:
Pchajcie się do Mokotowa!

Za pracę dawano dwa papierosy, przezwane przez więźniów „świnkami". Dawano również bochenek chleba czarnego raz na tydzień. Ja codziennie sprzedawałem swoje dwie świnki za porcję chleba. Nieraz po ukończeniu pracy ledwie nogi wlokłem za sobą do celi. Zdarzały się dni, że trzeba było naładować i wyładować dziesiątki wagonów węgla i surowców. Skrzynie papieru i paki surowców nieraz ważyły po dziesięć pudów i więcej. Często trzeba je było dźwigać wysoko wgórę i układać. Ciężka była praca tragarska, ale za to po całych dniach odbywała się na powietrzu; dlatego też chętnie pracowałem w „rezerwie“.
Do rezerwy każdy palący starał się dostać. Po pierwsze zawsze „z boku“ wpadło po parę fajek dziennie: to od furmanów przyjeżdżających po towary, to od jakiegoś dozorcy, któremu wyświadczono przysługę. Często też przywożono całe platformy prasowanych bali odpadków papierowych z fabryk tytoniowych i tu często znajdowano tytoń i papierosy, nieraz nawet całe paczki. Gdy taki transport przybywał, więźniowie-palacze zakradali się do niego i rozrywali bale, grzebiąc w śmieciach, przebierali odpadki i wybierali każde ziarnko tytoniu. Dozorca groził, bił nawet gdy kogo nakrył zagrzebanego w tych śmieciach; ale to nic nie pomagało, zawsze tam było pełno „poszukiwaczy tytoniu“.
Największego spustoszenia w tych śmieciach dokonywała nocna zmiana. Rano znajdywaliśmy wszystkie bele porozrywane. Dozorca rezerwy stawiał wówczas mnie jako niepalacza i kazał przez drucianą siatkę przesypywać odpadki, a tytoń zbierać do worka. Jednego razu zebrałem do dziesięciu kilo takiego tytoniu. Dozorca tytoń ten zamykał do magazynu i dzielił łaskawie potrochu dla swojej rezerwy.
Tytoń ten miał zapach zgnilizny, a jednak dla więźniów-palaczy był bardzo pożądanym artykułem, artykułem, za który więzień nieraz oberwał w ucho, a często dostawał parę dni karceru.

Na papierni także długo nie popasałem. Los mój już był taki, że nigdy długo nie mogłem wytrwać na jednem miejscu. Pewnego dnia po świętach Wielkanocnych do celi, gdzie mnie przesadzono (wszyscy stąd chodzili na pracę do papierni), przybył nowy więzień. Pochodził on z miasta Łodzi i nazywał się Holc. Od pierwszej chwili zaprzyjaźniliśmy się. Holc stał się moim najlepszym przyjacielem. Był to wykształcony chłopiec, lat 26, o inteligentnym wyglądzie. Wieczorem tego samego dnia, gdy przybył, ująłem się za nim, aby mu dano dobre miejsce do spania i od tej chwili nie pozwalałem mu krzywdy wyrządzić, co nie spodobało się kilku cwaniakom w celi.
Holc pochodził z dobrej zamożnej rodziny. Do więzienia dostał się, jak to w życiu bywa, przez zbieg okoliczności. Był w Legjonach, walczy! o Niepodległość Polski, a potem przy wojsku został oskarżony o udział w napadzie i skazany na osiem lat ciężkiego więzienia.
Przyczyną jego zguby moralnej i fizycznej były, jak mi sam opowiadał, kobiety i karty. W naszej celi zwąchano zaraz, że jest to chłopiec zamożny, gdyż otrzymywał dobre wałówki od rodziny; starano się też wciągnąć go do gry w karty. Ja pijąc z nim razem herbatę (gdy dwu więźniów żyje ze sobą w przyjaźni i dzieli się pomocą materjalną, określa się to „piją herbatę razem“), ostrzegłem go, aby się nie wdawał z lobuzerją, gdyż używają oni różnych sztuczek w grze i t. d. On jednak prosił mnie abym mu pozwolił się zabawić, mówiąc:
— Ja i tak umrę w więzieniu, trzeba się zabawić. Doktor mówił mi, że mam suchoty. Na inne zabawki tu liczyć nie mogę, więc niech przynajmniej w karty pogram. Będę ostrożny.
Nie pomogły moje przestrogi. Holc grał codzień do późnej nocy i przegrywał wszystko, co miało w obrocie więziennym jakąkolwiek wartość. Przegrywał wałówki, zanim jeszcze je otrzymał z domu; na słowo przegrał już wałówki, które miał otrzymać w przeciągu trzech miesięcy. We środy, gdy otrzymywał wałówki, nie tknął ich nawet, tylko płacił długi. Gracze zaś, jedząc jego wałówki, naigrywali się dwuznacznie z nas, mówiąc do siebie:
— Felek, smakuje ci kiełbasa Holca?
— O tak, frajerska kiełbasa zawsze smakuje.
— A jaka doskonała szynka, i ciasto! Tylko w mieście Łodzi potrafią takie smaczne rzeczy robić. Prawda?
— Masz rację, jak żyję takiej smacznej kiełbasy nie jadłem. — Tu nachylał się jeden drugiemu nad uchem udając, że mówi cicho, abym ja nie usłyszał. — Patrz, jak Nachalnik ślinkę łyka, gdyby nie my, Żydby sobie podgryzł.
Ja, spacerując z Holcem po celi tam i zpowrotem, udawałem, że nie słyszę. Jednakże rozmawiali tak głośno, że nie było sposobu udawać. Zbliżyłem się do nich i wzburzony zawołałem:
— Nie dosyć, że wymaniliście od chłopca wszystko, jeszcze się wyśmiewacie? Pętaki potrafią tylko tak robić, a nie złodzieje.
— Nie trzeba większego pętaka, jak ty jesteś, — odparł Felek.
— Prawdziwy złodziej nie piłby herbaty z frajerami i nie upominałby się o nich.
— A jednak frajerska wałówka pachnie wam, co? Jak będziecie dużo gadać, to ja już będę w tem, że nigdy nic od niego nie dostaniecie.
— No, no, nie bądź taki ważny, bo my z tobą sobie poradzimy. Przegrał, to płacić musi.
Mało brakowało, bym się rzucił do bójki, ale Holc błagalnie wziął mnie za rękę i odciągnął od stołu przy którym siedzieli. Padło jeszcze kilka wzajemnych pogróżek, poczem udałem się na spoczynek.
Rano zauważyłem, że Holc mnie unika, a więźniowie-gracze szepcą coś między sobą. Zbliżyłem się do Holca, ten jednak odwrócił się do mnie plecami, prosząc, abym mu dał spokój. Po chwili wszystko zrozumiałem: podczas gdy ja spałem, Holc przegrał swoje sześć złotych zębów, które też zaraz mu wyrwano. Wstydził się mnie teraz i dlatego unikał mego wzroku. Zbliżyłem się zdecydowany do graczy i zażądałem zpowrotem złotych zębów. Ci jednak wyśmiali mnie. Nie namyślając się długo, chwyciłem za taburet i począłem uderzać naoślep gdzie popadło.
Kilku naraz rzuciło się na mnie, wyszedłem jednak z tej bójki bez szwanku. Powstał też harmider i po chwili wyprowadzono mnie z celi, a za mną kilku więźniów z rozbitemi głowami.
Nie przyznałem się, tak samo, jak i tamci, na jakiem tle wynikła bójka. Tłumaczyliśmy się zgodnie, że jeden drugiego obraził i nic więcej. Ja za tę bójkę otrzymałem tylko 14 dni karceru i kajdany sztywne na ręce i nogi, prócz tego co czwarty dzień zwykła więzienna instrukcja, a w pozostałe dni jak zwykle chleb i woda.
W karcerze starałem się zmusić całą siłą woli, by spać jak najwięcej. To też pierwsze trzy dni całkowicie przespałem. Tylko od czasu do czasu, gdy kajdany wżerały się w ciało, a twardy tapczan zaczynał dolegać, przewracałem się i znów gorączkowo zapadałem w półsen. Takie sztuczne spanie pozwalało mi zapomnieć o smutnej rzeczywistości i wejść w świat snów. Dopiero na czwarty dzień przebudziłem się wyczerpany i bez sił. Cały ten dzień wlokłem się po celi tam i zpowrotem pobrzękując kajdanami. O czem też człowiek w takich chwilach nie myśli! Myślałem o wszystkiem na świecie, ale o wszystkiem bez ładu i składu. Nad wszystkiemi myślami górowała myśl o dniu, gdy mnie zwolnią z Mokotowa. Co wtedy uczynić, żeby mokotowskie cierpienie było ostatniem w mojem nędznem życiu? Różowa moja karteczka wyrokowa stała mi zawsze przed oczyma. O, ta karteczka, — za każdym razem, gdy więzień na nią spojrzy, śmiertelne dreszcze go przejmują. Na tę karteczkę więzień patrzy codziennie niezliczone razy, myśląc w duchu, — kiedy przyjdzie termin, aby karteczka, która jest jakby wekslem na życie więźnia, stała się nieważna?
Treść różowej karteczki brzmi:

Nr. celi: 27
Nr. w księdze więźniów: 99
Nazwisko: X
Imię: X
Zawód: robotnik
Za co skazany: napad rabunkowy
Wymiar kary: 6 lat c. w.
od 1919 roku do 25 sierpnia 1923 roku.
Kier. dr. Administr.
Wzór Nr. 7 Min. Spr. Dep. Karny.

Szyldziki są ustawione pod szkłem w szafkach, które wiszą na ścianach korytarza przy każdej celi. Dla więźniów karnych szyldziki są różowe, dla śledczych zaś białe. Szczęśliwy jest ten, któremu wręczają już szyldzik do rąk w ostatnim dniu kary. Ale zdarza się też często, że szyldzik wędruje do aktów przekreślony czarnym atramentem: dłużnik figurujący na tym wekslu zmarł. Holca szyldzik także powędrował do aktów, bowiem, jak przewidywał, zmarł po kilku miesiącach.
W aktach więźnia opisane są najmniejsze szczegóły, które go dotyczą. Chcę też dla zaspokojenia ciekawości czytelnika podać i mój opis z aktów więziennych. Zarazem czytelnik będzie miał obraz mojej nędznej osoby:

OPIS OSOBY WIĘŹNIA:
Wiek: 27 lat
Wysokość: 1 m 72 om
Postać: silna
Włosy: gęste ciemnoblond
Zarost: ciemnoblond
Broda: golona
Twarz: blada
Czoło: wysokie
Oczy: niebieskie, normalne, głęboko osadzone
Brwi: gęste, czarne
Nos: mały
Uszy: średnie
Usta: średnie, warga dolna wysunięta
Zęby: brak 8
Ręce: średnie, ze średniemi palcami
Dłoń: szeroka
Nogi: średnie
Postawa i chód: prosty
Wymowa: normalna
Język: w łada polskim, rosyjskim, niemieckim, hebrajskim, żydowskim
Tatuowanie: żadne
Znamiona szczególne: okulary
Wykształcenie: średnie
(Własnoręczny podpis więźnia):




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.