Żywe grobowce/XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXIV.

Przemęczyłem już dziewięć dni kary, która mnie tak wyczerpała, że nie miałem sił się podnieść. Dziesiątego dnia przy obiedzie dozorca Radecki otworzył drzwi karceru, uwolnił mi ręce z kajdan i podał mi obiad. Przeleciało mi przez myśl, że pomylił się zapewne, gdyż tego dnia zgodnie z karą nie należał mi się obiad. Znając tego klawisza, nie posądzałem go wcale, że zrobił to z litości. Przywarłem prędko ustami do miski; wtem drzwi nagle otworzyły się i dozorca krzyknął:
— Oddaj, psiakrew, zupę, tobie się dziś nie należy! Nie słuchając go wcale, tak prędko wciągałem zawartość miski, że o mało się nie udusiłem. Dozorca chciał wyrwać mi miskę; jedną ręką broniłem mu dostępu, a drugą trzymałem miskę. Dozorca groźnie ryknął:
— Rozkazuję wam oddać miskę natychmiast!
Nic nie odpowiedziałem, tylko w dalszym ciągu starałem się bronić mu dostępu do miski, którą postawiłem już w kącie. Dozorca groził, a wreszcie widząc, że nic nie wskóra, trzasnął drzwiami, odgrażając się, że mnie nauczy. Teraz prędko zjadłem resztę zupy. Po chwili przybył znowu, a ja z ironją zawołałem, podając mu miskę:
— Teraz może pan wziąć. Dziękuję za tak smaczny obiad. Może pan jeszcze ma? Proszę, jestem bardzo głodny.
— Cholerę ci dam, nie zupę. Ty to u mnie odchorujesz. Pamiętaj, gdy będzie ci się należał obiad, ode mnie go nie dostaniesz. Ja cię tu wypasę, zbrodniarzu!
Zakuł mi ręce tym razem tak mocno, że czułem jak krew przestaje krążyć. Trzasnął drzwiami tak silnie, że aż podskoczyłem. Po chwili z całych sił waliłem w drzwi wołając ratunku. Na moje szczęście akurat zmienili się dozorcy, ten bowiem poszedł na obiad. Trafiłem na porządnego człowieka, których czasami i pomiędzy dozorcami więzienia można spotkać. Ten rozluźnił mi kajdany, a nawet rzucił mi dwie kromki chleba.
Dozorca zresztą nie dotrzymał swojej groźby wiedząc, że w dniu, kiedy mi się należy ciepła strawa, dać mi ją musi.
Wieczorem tego dnia, kiedy tak niespodzianie los uśmiechnął się do mnie, obdarzając mię obiadem, o którym nawet nie śniłem, drugi raz jeszcze mi się poszczęściło. Leżąc na tapczanie myślałem o mojem okropnem życiu; doszedłem do przekonania, że nie warto o nie wałczyć. Ramiona i piersi bolały mnie, a z ran od kajdan sączyła się wodnista krew. Prosiłem za dnia dozorcę, by zaprowadził mnie do felczera, ale on odparł:
— Za cztery dni skończysz karcer, wtenczas sobie pójdziesz do felczera.
Leżałem więc na tapczanie, czując wstręt do samego siebie. Byłem zły na własne ręce, że należą do mnie. W tem usłyszałem, że do mojego karceru zbliżają się kroki kilku ludzi naraz. Natężyłem słuch i zadrżałem na myśl, że idą mnie teraz mordować. Drzwi karceru uchyliły się. Światło z korytarza uderzyło do celi. Oczy przyzwyczajone do ciemności nie mogły nic zobaczyć.
— Baczność! — usłyszałem głos starszego dozorcy.
Nie ruszyłem się z miejsca.
— Baczność! Wychodź na korytarz! Próbowałem tym razem się podnieść, lecz upadłem bezwładnie na tapczan.
— Wychodź, co ci jest?
Oczy oswojone już ze światłem spojrzały w stronę drzwi i zauważyły wysoką, dostojną postać pana radcy Bugajskiego, którego dobrze znałem z czasów, gdy — jak to już wspomniałem — był tu naczelnikiem. Wytężyłem wszystkie siły i wywlokłem się na korytarz.
Na korytarzu stał jeszcze jakiś dostojnik; gdy mnie zobaczyi, zawołał wzruszony:
— O, Boże, jak to można, jak to można!
Pan radca, marszcząc groźnie czoło, ujął mnie za ręce, obejrzał rany i krzyknął do starszego, który wyprężył się na baczność:
— Co to jest? Dlaczego podkładek niema? Za co go tak skuto? Rozkuć go natychmiast!
— Rozkaz, panie radco, tylko to jest największy rozbójnik, nie można sobie z nim poradzić. Bije wszystkich w celi. Teraz rozbił kilku więźniom głowy.
— Marsz natychmiast po kluczyki. Zdjąć mu kajdany i wypuścić z karceru. Dosyć ma już tej kary. Zobacz pan, jakie ma ręce spuchnięte i skrwawione.
— Rozkaz!
Starszy pobiegł po kluczyki, a pan radca zaczął mnie wypytywać, za co mnie skazano. Cywil, który, jak się później dowiedziałem, był także wyższym urzędnikiem Ministerstwa Sprawiedliwości, załamując ręce, wciąż wykrzykiwał:
— Jak to można, jak to można!
Opowiedziałem wszystko szczerze, o co się pobiłem. Pan radca, gdy usłyszał prawdę o złotych zębach, zlitował się nade mną i obiecał zaraz mnie uwolnić. Starałem się też poskarżyć na administrację, korzystając z tego, że nikogo obok nas nie było.
Po chwili przybiegł starszy z kluczami. Z nienawiścią rozkuł mnie, poczem kazał mi zaczekać, aż wyprowadzi gości i wróci do mnie.
Czekałem na korytarzu chwilę; poczem przybył starszy, otworzył drzwi karceru i rzekł szyderczo:
— Jazda do budy!
— Jakto, panie starszy, — próbowałem zaprotestować, — pan radca kazał mnie puścić do celi...
— Rozkazuję ci dobrowolnie wejść do karceru, jak nie, to zaraz sam cię wprowadzę...
Oczy nasze spotkały się nienawistnie. Rzuciwszy nagłos kilka przekleństw pod jego adresem, wszedłem do budy. Co miałem robić? Byłem wtedy, podług jego mniemania, tylko psem, który na rozkaz swego pana do budy wejść musi.
Na odchodnem rzucił mi jeszcze:
— Kasztan musi cię stąd wywieźć, zbrodniarzu.
— Ciebie, psie, kasztan prędzej stąd wywiezie, jak mnie! — zawołałem w rozpaczy. Ale on tylko roześmiał się nagłos, zabrał ze sobą kajdany, trzasnął drzwiami i oddalił się.
Gdym się zpowrotem znalazł w mej smutnej norze, począłem biegać po celi i uderzać głową o mur. Biegałem tak długo, aż osłabłem zupełnie i upadłem na tapczan. Zasnąłem tym razem tak twardo, że cały dzień przespałem. Obudziłem się dopiero na odgłos spuszczania łóżek przez więźniów na górze do spania. Po omacku odnalazłem moją porcję chleba, którą rano wrzucono mi do karceru jak psu. Jak wielka była moja rozpacz, gdy przekonałem się, że porcja chleba wpadła do nocnika, który stał w kącie...

W ciągu całej nocy nie zmrużyłem oka. Byłem wyspany, zresztą głód nie pozwalał mi powtórnie zasnąć. Błąkałem się po celi. Chcąc sobie skrócić czas, układałem w głowie wiersze. Jeden z wierszy, które zostały stworzone owej strasznej nocy, mam zaszczyt tu umieścić:

MODLITWA WIĘŹNIA

Boże! Kiedy będę wolny?
Jak ten ptak polny
Pokaż Ty Swą moc,
Błagam w dzień i w noc!

Mury mi zdrowie zabrały,
Wzamian suchoty dały.
Siedzenie mnie już nudzi...
Chcę do świata i ludzi!

Boże! Czekam od Ciebie śmierci lub wolności,
Już zadość się stało sprawiedliwości,
Dłużej cierpieć nie jestem już w stanie...
Niech się skończy to wolne konanie!


Czternaście dni karceru skończyło się. Przesadzono mnie zpowrotem do celi kartoflarzy. Fed... ucieszył się z mojego przybycia do celi. Zaraz na wstępie dał mi kilka porcyj chleba, abym się odreperował. Więźniowie obiecali mi, ze mnie znów ogłoszą starszym celi. Tak też się stało. Po kilku dniach zostałem znowu uhonorowany tytułem starszego celi.
Życie znowu powoli się wlokło. Starałem się utrzymać najlepszy porządek w celi. Władza, która nienawidziła mnie, także była zadowolona z wzorowego porządku, jaki u mnie panował. Dostałem raz nawet pochwałę od prokuratora, który zwiedzał cele. Pamiętam, że ów pan prokurator na każdą prośbę lub zażalenie dawał wykrętne i dowcipne odpowiedzi. Jeden z więźniów na jego pytanie, czy dobrze tu karmią, odpowiedział:
— Panie prokuratorze, źle nas karmią. Ja mam 15 lat wyroku, jak mnie będą tak karmić, to nie wytrzymam.
— Co wy sobie myślicie, — odparł prokurator. — Dali wam 15 lat poto, żebyście wyszli na wolność? Duży wyrok daje się dlatego, żeby więcej na wolność nie wypuścić. Wytrzyma który, to jego szczęście. M y wcale nie wymagamy od was, żebyście wytrzymali te 15 lat, które wam dano. Możecie zostać nam winni parę lat... Nic nie szkodzi. Żołnierze nie mają lepszego jedzenia od was.
Więźniowie widząc, jak odpowiada, o nic go więcej nie prosili i nie skarżyli się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.