Żywe grobowce/XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXV.

Minęła już dawno wiosna, przyszedł lipiec. Pewnego dnia przed samą kolacją wpuszczono do naszej celi świeżego więźnia, lat czterdziestu kilku. O d pierwszego spojrzenia poznałem, że to nie jest człowiek z naszej branży. Więźniowie w celi, jak zwykle gdy zobaczą nowicjusza, otoczyli go kołem, pytając skąd przybył i t. d. Gdy zaś usłyszeli, że przy# bywa prosto z wolności, padły ciekawe pytania.
Przybysz prosił, aby mu najpierw wskazano, gdzie ma położyć swój tłumoczek. Jeden z więźniów zawołał:
— Tam przy piecu siedzi starszy celi. Do niego się zwróć. Usłyszawszy to, zbliżyłem się i rzekłem:
— Tymczasem niech pan tu położy rzeczy. Później się zobaczy. Próżnych łóżek i tak niema.
W więzieniu starszy celi najpierw bada z kim ma do czynienia, a potem wyznacza miejsce według swego uznania. Naturalnie najgorsze miejsce musi być dla frajera.
Po chwili zawołano przybysza na korytarz. W celi zapanowało zdumienie, gdy wrócił z wielką wałówką, na której widok wszyscy poczęli ślinkę łykać. Rozłożył na stole różne najdroższe przysmaki, mięso różnych gatunków, czekoladę, a wszystko w obfitych ilościach. Zdziwiło to nas tem więcej, że nie był to dzień podaniowy. Jeden do drugiego mówił zachwycony:
— To musi być ważna gruba ryba. Patrz, jaką wałówkę przytachał. Dla burżuja zawsze przyjmują podania.
— Kolacja, kolacja, — zawołałem głośno. — Stawać w kolejkę!
— Panie dozorco, melduję, w celi czterdziestej więźniów 32. Do kolacji wszyscy obecni.
Więźniowie, wziąwszy kolację, stawali w szeregu, poczem dozorca liczył ich. Rzucił mi znaczące spojrzenie, wskazując oczami na przybysza. Zrozumiałem, że mówił mi oczyma: „Masz tłustego gościa, możesz się odreperować“.
Zasiadłem do kolacji. Piło nas herbatę razem czterech. Trzej moi koledzy byli warszawiakami i należeli do elity świata przestępczego. Dostawali wałówy od żon lub kochanek, a przyjęli mnie jako niemającego znikąd nic. Odreperowalem się przy nich tak, że nawet już dobrze wyglądałem.
Przybysz przy kolacji dzielił siedzącym bliżej niego chleb i po kawałku mięsa. Zbliżył się nieśmiało do mnie, położył kawał mięsa, sera, cukru i cztery jaja, mówiąc z poszanowaniem.
— Proszę bardzo, niech pan weźmie.
Spojrzałem na niego i odparłem:
— Dziękuję panu. Niech pan to da głodnym.
Zabrał zawstydzony i oddalił się patrząc z wyrzutem na mnie.
Po kolacji, jak to się często zdarzało, począłem spacerować rozmawiając z kolegą. Zauważyłem, że przybysz zbliżył się do jednego z moich kolegów i mówił:
— Proszę pana, dlaczego starszy celi gniewa się na mnie i nie chciał przyjąć ode mnie poczęstunku?
— Widzi pan, — odparł mu mój kolega, — u nas jest taki zwyczaj, jak się chce kogoś poczęstować, to się go prosi do stołu, a nie wydziela mu się części jak żebrakowi. Złodziej jest honorowy, nie tak jak pan to sobie wyobraża.
— Proszę pana, ja wcale o tem nie wiedziałem. Dziękuję, że mi pan o tem powiedział. Więc jak mam teraz zrobić?
Przybysz trafił akurat na najdowcipniejszego z więźniów. Po rozmowie z nim, nieśmiało zbliżył się do mnie.
— Pan jest Żydem, ja wcale nie poznałem.
— Pan także jest Żydem, a też nie poznałem, — odparłem, — Proszę pana, niech mnie pan nie zawstydza i podejdzie ze mną do stołu.
Zbliżył się jego informator, mówiąc nagłos:
— Ten pan nie wiedział, jak ma postąpić. Nic dziwnego, pierwszy raz jest w więzieniu, ale teraz już wie. Co, faterku, — poklepał go przyjaźnie po plecach, że ten aż jęknął. — Jak pobędzie z nami parę wiosenek, przestanie być frajerem.
— Co to znaczy wiosenek? — zapytał naiwnie frajer.
— Wiosenki, to znaczy łata, mój przyjacielu.
— Jak tak, to dziękuję. Wolę już być frajerem.
— No, no, tak nie mów, mój przyjacielu. Jak będziesz z nami trzymał sztamę, to się „wyszemrasz“ i będziesz „blatniakiem“.
— Doprawdy jakoś dziwnie u was tu mówią. Chętnie chciałbym się nauczyć waszego języka. Tym czasem zapraszam was wszystkich do stołu.
— Nie tak, frajerze, trzeba prosić. Musisz tak powiedzieć: Panowie złodzieje, mam zaszczyt zaprosić was na picie herbaty razem ze mną frajerem.
— No, pan żartuje.
— Ja wcale nie żartuję. Jak tak nie powiesz, nie będziesz należał do naszej ferajny.
Frajer żartobliwie powtórzył jego słowa.
— O, tak to rozumiem. Później dam ci lekcję naszego języka, nie będziesz już frajerem.
— Dobrze, dobrze, — zawołał mój drugi kolega. — Przestań już, Mieczek, żartować. Lepiej weźmy się do wcinania.
Po chwili nasza szanowna czwórka zasiadła do stołu; wałówa jego nikła w oczach. Frajer, chcąc udawać hojnego, zachęcał do jedzenia.
— Opowiedzno, brachu, — zawołał Mieczek, — za co cię też tu wtrynili. Wyglądasz na przyzwoitego buca.
— Nie rozumiem, proszę pana.
— U nas tu panów niema, — obraził się Mieczek.
— Powiedz: „brachu“ i nic więcej. Pijemy razem herbatę, więc jesteś już nasz. Muszę ci koniecznie dać lekcję naszego języka. Jak widzę, my się tak nie porozumiemy.
— Właśnie, właśnie, proszę pana.
— Co do cholery, znowuż pan?
— Ależ przepraszam pana, zapomniałem.
To frajer, nie może się odzwyczaić od tego pana, no! Tu u nas, po raz drugi ci mówię, panów niema. Wszyscy równi, rozumiesz?
— Rozumiem, proszę pa... O, przepraszam pana, znów się złapałem.
Daj mu już spokój, zawołałem, śmiejąc się razem z innymi z tej lekcji. — Niech lepiej opowie nam za co tu wpadł.
— Owszem, jak panowie pozwolą, to opowiem.
— Opowiadaj już, frajerze, — zawołał Mieczek, — ale bez tego proszę pana, proszę pana! U mnie służył taki pan, to mi skarpetki zjadł i uciekł.
— Ja sam, proszę panów...
— Nie mogę słuchać, — zawołał, zrywając się ze swego miejsca Mieczek. — Niech wam opowie, ja pójdę zagrać w karty. Jak on skończy, wezmę go do swojej szkoły. Muszę z tego frajera człowieka zrobić. Zaręczam wam, że jutro już nie będzie mówił proszę pana, proszę pana...
— Idź już do djabła, — zawołał kolega, — nie przeszkadzaj nam twojemi żartami.
— Ja wcale nie żartuję, muszę tego frajera wyćwiczyć, — odparł Mieczek, oddalając się i przygwizdując sobie melodję piosenki:

„Ach, dróżkarzu, psia cię mać,
Z moją małą wolno jadź,
Moja mała chora jest,
Bo wzięła sześćset sześć...“

— Świrek odknajał się już, może pan opowiadać, — zawołał kolega.
— Pierwszy raz w życiu, panowie, widzę takiego warjata, — zawołał frajer, na co wybuchnęliśmy śmiechem.
— Coś ty na mnie, frajerze, powiedział, że jestem warjatem? Wypluń prędko te słowa, — zawołał Mieczek, zbliżając się zpowrotem do stołu i chwytając frajera za gardło.
— Daj mu spokój, Mieczek, nie przeszkadzaj, — prosiłem go.
— Więc dobra, tym razem daruję ci. Jak jeszcze raz powiesz, że jestem półwarjatem, to ci dyntojrę wytoczę.
— Przepraszam, pan jest całym warjatem, a nie półwarjatem, — odparł frajer, nabierając odwagi.
— Tak, to co innego. Dawaj buzię, frajerze.
Objął go wpół i począł całować, a ten z obawy czynił to samo.
— No, teraz możesz opowiadać. Daj grabę. Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Słuchajno koleżko, czy wałówy zawsze będziesz dostawał takie duże?
— Zawsze, proszę pana.
— Jeśli tak, możesz już do mnie i „panie“ mówić. Niech i ja choć raz w życiu spróbuję być panem.
— Nie przeszkadzaj, — zawołał już zły mój kolega. — Przyczepiłeś się jak mendoweszka i breszesz sam już nie wiesz co.
Z tego wszystkiego napewnoby doszło do bójki, gdyby nie ja. Wstałem i odprowadziłem Mieczka, prosząc go, by przestał.
— Ja sam, proszę panów, jestem rzeźnikiem, — rozpoczął przybysz poważnie swoje opowiadanie. — Mam trzy sklepy w Warszawie. Codziennie sprowadzam kilka wagonów bydła na ubój z Węgier. Pracuje u mnie kilkudziesięciu ludzi. Ktoś oskarżył mnie, że jestem paskarzem i wpływam na to, aby ceny mięsa zdrożały. Rząd, prowadząc Walkę z lichwą i paskarstwem, aresztował mnie i wytoczono mi sprawę. Na sądzie ogłoszono mi wyrok: trzy miljony marek zapłacić do skarbu, albo sześć miesięcy odsiedzieć z wami, panowie. Prosto z sądu sprowadzono mnie tutaj. Prosiłem, że wpłacę pieniądze do jutra, aby mnie zwolniono. Jednakże nie chcieli słuchać, mówiąc, że gdy zapłacę, to mnie zwolnią.
— Ja z wami tu długo nie będę, panowie. Dziś, jutro żona moja wpłaci pieniądze, a mnie zwolnią. Szkoda mi tylko brody i włosów, które mi ścięli. Wstyd mi będzie pokazać się przed kupcami. Taką ładną brodę jak ja miałem, taką ładną brodę... — biadał.
— Pan bez brody nie wygląda wcale na Żyda, — rzucił mu komplement mój kolega. — Na co panu broda potrzebna? Jak panu głowa została, to i broda odrośnie. Trzeba było powiedzieć starszemu, że dziś, jutro was zwolnią, możeby wam brody nie ścięto.
— Prosiłem, prosiłem, proszę pana. Błagałem starszego, żeby się wstrzymał choć dwa dni. Słuchać nawet nie chciał. Obiecałem mu dziesięć kilo mięsa i ćwiartkę cielęciny dla więźniów, aby mi tylko brody nie tknął, a on, gdy to usłyszał, kazał mi ją natychmiast ściąć. Mówił coś o jakimś karcerze, że tam jeszcze pójdę. Co to jest ten karcer, panowie? Wszyscy roześmiali się, a jeden odparł:
— Karcer to jest takie miejsce gdzie much niema. Gdy kom u jest gorąco, to go tam wtryniają, żeby ochłonął.
— Nic nie rozumiem.
— Karcer to jest podziemny wąski loch, gdzie jest ciemno i zimno. Niema gdzie usiąść, a spać trzeba na twardych deskach. Do jedzenia dają funt chleba dziennie i wodę, — starałem się mu objaśnić.
— Mój Boże! — zawołał rzeźnik, podnosząc ręce nabożnie ku niebu. — Czy człowiek może wytrzymać tam długo? Jabym natychmiast umarł ze strachu.
— Nie umarłbyś, — odparł mój kolega. — Patrz, — tu wskazał na mnie. — Nachalnik siedział już tam czternaście dni odrazu, i nie po raz pierwszy, i nic mu się nie stało.
Rzeźnik popatrzył na mnie litościwie i zawołał:
— Żal mi pana, pan taki młody i tyle pan już wycierpiał. Długo pan już tu siedzi?
— O, długo, parę lat, — odparłem.
— Człowiek może tu wytrzymać parę lat? — zapytał zdziwiony.
— Z takiemi wałówkami, jaką pan dostał, można sto lat wytrzymać, — zawołał jeden z więźniów.
— Panie porządkowy, — zwrócił się rzeźnik do mnie. — Nie mógłby pan wystarać się o moją brodę? Zna pan zapewne tego więźnia, co mi ściął brodę. Widziałem, jak schował ją do kuferka.
— Na co panu teraz ta broda potrzebna? — spytałem.
— Jakto na co? Nosiłem ją całe życie. Mam teraz czterdzieści sześć lat, a hodowałem brodę od dwudziestego roku życia. Chcę ją sobie na pamiątkę schować.
— Dobrze, — zawołałem. — Fryzjer jest moim kolegą. Napiszę do niego grypsankę na oddział szósty, a broda będzie. Tylko myślę, że trzeba mu będzie coś zapłacić, tak przecież nie da.
— Co zechce, zapłacę, aby tylko broda była.
Odeszliśmy od stołu najedzeni i zadowoleni, że złapaliśmy takiego tłustego frajera. Jeden zaś z kolegów odwołał mnie na stronę i szepnął mi do ucha:
— Można u tego frajera wytrajlować dużo forsy za tę brodę. Niech da gryps do domu, ja mam blatnego klawisza, który tam pójdzie.
Nic mu na to nie odparłem. Żal mi było tego człowieka, że tu się dostał, i postanowiłem w duchu nie dać mu krzywdy wyrządzić. Zbliżyłem się do Mieczka, który znów wziął w swoje obroty przybyłego, wykładając m u język złodziejski.
— Słuchaj dobrze, to ci się przyda. Nie będziesz już więcej frajerem. Masz tu kawałek papieru i ołówek i notuj sobie dzisiejszą lekcję. Wiesz co to jest „argus“, frajerze? — zapytał nagle.
— Skąd ja mam wiedzieć, proszę pana.
— Argus, to jest naczelnik, inspektor i ten co ci kazał brodę ściąć. Zanotuj sobie. Dzisiejsza lekcja będzie obejmowała tylko nazwy więzienne.
Żyd ze strachem notował.
— Klawisz — to dozorca więzienny, — tłumaczył poważnie Mieczek. — „Blatny“ to przekupny, bryndza, to bieda, której ty nie znasz, frajerze.
— Odejdź od niego, mówię ci, i daj mu spokój, — zwróciłem się do Mieczka. — Czego ty chcesz od człowieka? Chcesz pokazać, że jesteś łobuzem?
Wziąłem przybysza za rękę i zawołałem:
— Chodź pan tutaj, pomówimy sobie, — i począłem z nim spacerować po celi.
— Ja nigdy panu nie zapomnę, że pan się upom ina o mnie. Czego ten drab chce odemnie? Daję panu słowo, że gdy wyjdę stąd, nie zapomnę o panu. A za co pan siedzi? Poznaję po panu, że pochodzi pan nie z tego świata, co oni. Zapewne pan siedzi za dezercję, albo za oszustwo, ale nigdy za kradzież. Pan na takiego nie wygląda.
— Niestety pan się myli, ale mniejsza o to, za co siedzę. Powiedz mi pan, co słychać na wolności?
Opowiadał mi o różnych ciekawych rzeczach aż do apelu i sygnału do spania. Ponieważ wolnego łóżka nie było, a siennik miał jeszcze próżny, bez słomy, umieściłem go przy sobie.
Gdyśmy już wszyscy leżeli na łóżkach, Mieczek znów zaczął z niego pokpiwać. — „Co, panie Kac, — mówił, — w domu lepiej było z żoną kimać, jak tu?“
— O, lepiej, — przyznał Kac. — Ale ja tu długo siedzieć i tak nie będę, zobaczycie.
— To frajer, — wołał Mieczek, — czterdzieści sześć lat siedział w dom u i więzienie na niego tak długo czekało, a tu dopiero jest kilka godzin i już chce uciekać. Jakby wszyscy byli takimi frajerami jak ty, to klawiszom trzebaby było iść świnie paść, a więzienia stałyby pustkami. No, no, wszystko jest możliwe. Frajery mają szczęście. Mogą was i w nocy jeszcze wywołać na wolność.
Zrozumiałem, co się święci, do czego Mieczek dąży, jednakże mówić nic nie mogłem.
Po chwili ktoś zawołał z korytarza nagłos:
— Cela czterdziesta, Kac! Pakować rzeczy i na wolność!
Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać; zerwał się z łóżka i począł się ubierać.
— A to frajer ma szczęście. Nie zdążył nawet celi poznać, a już idzie do domu, — wołali jeden do drugiego.
Głos z korytarza znowu krzyknął:
— Kac, jesteś gotowy? Idę po przepustkę, stań przy drzwiach.
— Już, już, panie starszy, tylko się ubiorę. Już idę! — wołał uradowany frajer.
Wszyscy w celi otoczyli go. Ten prosił o chustkę do nosa, inny zamienił z nim ubranie więzienne. Rozdrapali mu także resztki pozostałe z otrzymanej wałówki. Nie protestował wcale, będąc pewny, że zostaje zwolniony. Wreszcie stanął przy drzwiach, pożegnawszy się najczulej ze mną. — „Ja o tobie nie zapomnę“, — zapewniał mnie wzruszony.
Niektórzy dusili się ze śmiechu pod derkami, gdy się ze mną żegnał. Ja dawałem mu znaki, ale on ich nie spostrzegał, będąc zgorączkowany tem, że za chwilę odzyska wolność.
Stał przy drzwiach rozpromieniony jak małe dziecko, ze wzrokiem utkwionym w kraty. Wtem jeden z więźniów zawołał:
— Wal, frajerze, we drzwi. Klawisz tam na ciebie czeka, on myśli, żeś się jeszcze nie ubrał.
Ten zaczął walić we drzwi.
— Silniej, frajerze, co to, siły nie masz? Klawisz stoi na końcu korytarza i twego pukania nie słyszy.
Kac zaczął z całej siły walić we drzwi. Był tem tak zajęty, że nie zauważył, iż wszyscy śmieją się pod kocami.
Po chwili dały się słyszeć ciężkie kroki dozorcy i basowy głos wołający jakby z pod ziemi:
— Kac, gotowy już jesteś? Co ty się tak długo ubierasz?
— Jestem gotowy, panie starszy, gotowy. — Ruszał przytem kratą, by pokazać, że już stoi przy drzwiach.
Dozorca zdjął sztabę żelazną z ślepych drzwi celi i stanął przy kracie.
— Czego, cholero, stukasz? — zawołał, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem.
— Wołają mnie na wolność, panie starszy.
— Połóż się spać, frajerze, bo jak nie, to ja cię położę.
— Jakto, panie starszy, sam słyszałem, jak mnie wołano na wolność. Niech się pan wszystkich w celi zapyta.
Teraz wszyscy śmieli się tak głośno, że dozorca, zły już, zawołał:
— Masz się natychmiast spać położyć. Taki stary i taki głupi jesteś. Nikt cię na wolność nie wołał. W nocy nikogo się stąd nie wypuszcza. To złodzieje kawał ci urządzili. Lepiej kładź się spać i nie bądź głupi.
Trzasnął drzwiami, nakazał ciszę w celi i oddalił się.
Kac stał jeszcze chwilę niezdecydowany przy drzwiach, poczem na moje zapewnienie, że to był żart, położył się spać. Prosił tylko, by mu objaśniono, jak się to robi, za co obiecywał dać sto papierosów.
Po więzieniach śledczych niemal każdego nowicjusza nabiera się w ten sposób; jeden z więźniów chowa się pod łóżkiem przy drzwiach i krzyczy w but, tak że głos pochodzi jakby z korytarza. Często też między więźniami znajduje się brzuchomówca, a wtedy najłatwiej nowicjusz daje się nabrać. Korzyść z tego kawału jest taka, że ten, którego nabrano, rozdaje potem wszystko co ma z jedzenia i innych rzeczy. Woła się na wolność tylko takiego frajera, który ma co zostawić po sobie współtowarzyszom niedoli. Wiadomo przecież, że więzień nie zabierze ze sobą jedzenia, które mu zostało. Dozorcy po więzieniach znają ten kawał i dlatego wcale się nie dziwią, gdy zobaczą takiego gościa stojącego w śród nocy przy drzwiach i domagającego się wypuszczenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.