Żywe grobowce/XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXVI.

Rano następnego dnia po śniadaniu wypędzono jak zwykle wszystkich do pracy na kartoflami, przezwanej przez więźniów „rzeźbiarnią“. Kac także został wysiany na rzeźbiarnię. Dopiero wieczorem, później niż zwykle wrócili z pracy. Kac najwięcej był przygnębiony. Skarżył się, że nie można naskrobać wyznaczonej ilości czystych kartofli, ponieważ są zgniłe i małe. Prosił mnie, abym się wystarał dla niego o inną pracę; jeden z więźniów, jak mówił, poradził mu, że najlepiej byłoby dla niego, gdyby się mógł dostać na warsztat krawiecki.
Na drugi dzień rano, gdy dozorca zabiera! więźniów do pracy, zapewniłem go, że Kac jest chory i zapisałem go do felczera. Felczer naturalnie dał lekarstwo, które zawsze miał w zapasie i jak zapewniał, cudownie działa na wszystkie choroby więźniów. Gdy zaś więzień żalił się, że lekarstwo nic nie pomaga, odpowiadał:
— Święta ziemia wszystko wyciągnie. Jak zdechniesz, będzie o jednego złodzieja mniej na świecie.
Posłałem też grypsankę do kolegi, który był starszym na szwalni, z prośbą, by zabrał Kaca do siebie i z zapytaniem, ile to ma kosztować. Treść mojej grypsanki brzmiała:
„Kochany Koleżko!

Do mojej celi przybył dwa dni temu bogaty paskarz. Porządny to frajer. Ganiają go na rzeźbiarnię. Tam nie jest dla niego robota. Staraj się zbłatować majstra i zabierzcie go do was. U was będzie mógł „duraka walić“. Napisz mi, co ten proszek ma kosztować“.

W godzinę po wręczeniu przez korytarzowego grypsu, sam ów koleżka przybiegł do kraty. Muszę tu zaznaczyć, że warsztat krawiecki mieścił się na tym samym korytarzu, co cela Nr. 40.
— Gdzie jest ten frajer? — zawołał.
— Możesz ze mną mówić, — odparłem.
— Dobrze, niech będzie z tobą. Rozmawiałem już z majstrem. To ma kosztować 5.000 marek, 1000 papierosów i trzy litry wódki. Wódka i „świnki“ dla mnie, a pieniądze dla majstra. Zrobione? Jeżeli tak, to go już biorę. Powiem zaraz majstrowi i przyjdzie po niego. G ryps niech zaraz napisze do swojej żony, a wieczorem majster gryps zaniesie i przytacha wszystko.
— Słuchaj, Szydeł! Ty, jak widzę, chcesz się zaraz na tym frajerze wzbogacić. Tak przecie nie można. To, co ty chcesz, to jest stanowczo za wiele. Możliwe też, że za parę dni go zwolnią. Nie martw się, taki gość długo nie będzie siedział w więzieniu, a ile ci da, to będziesz miał jakbyś znalazł.
— Widzę, brachu, że ty jesteś tym frajerem, a nie on, — zawołał.
— No, no, licz się trochę ze słowami, — odparłem poważnie.
— Nie masz się co gniewać, ale tak jest. Frajer wpadł tu pierwszy i ostatni raz w życiu. Dusza z niego won, jak z konia para. Gdy z naszych na wolności ktoś wpadnie do jego rąk, także się nie zlituje. Mam dobry pomysł, możemy się dobrze podreperować. Niech da gryps, a my przerobimy cyfry. Zarobimy dobrą sumkę. Co będziesz frajera oszczędzał?
— Dobrze, — odparłem po namyśle. — Bierz go tymczasem, a jutro to załatwimy.
— Więc dobrze, zaraz po niego przyjdę, — powiedział zadowolony, — i „odpalę“ ci papier i ołówek, by ten gryps napisać.
W pół godziny po naszej rozmowie przybył Szydeł wraz z majstrem. Ten ostatni wypytywał Kaca przy dozorcy co umie, a ten wyuczony już przeze mnie, na wszystko odpowiadał. Wreszcie majster zwrócił się do dozorcy mówiąc:
— Ja go zabiorę ze sobą na szwalnię. Zobaczę, co to za krawiec jest, skoro się tak chwali. — Mrugnął przytem do mnie lewem okiem i po chwili Kac opuścił celę wraz z nim.
Spacerując po celi, myślałem, co tu zrobić. Słuchać Szydła? Nie, tego zrobić nie mogę. Ten człowiek mi zaufał, więc nie mogę go nabrać. Postanowiłem przedewszystkiem zwlec kilka dni z grypsem, licząc się z tem, że dziś, jutro mogą go zwolnić. Gdy zaś to nastąpi, to zobaczymy później, ile zapłacić za tę przysługę.
Gdy Kac wrócił z pracy, był zadowolony. Wszystko mu się podobało: ludzie, majster i warsztat. Kazał mi natychmiast napisać gryps o umówioną zapłatę.
— Panie Kac, — powiedziałem, — mamy jeszcze czas. Mogą pana dziś, jutro zwolnić, więc zaczekamy.
— O, jaki z pana porządny człowiek. Na wolności trudno dziś takiego znaleźć. Myślałem zawsze, że po więzieniach siedzą tylko zbrodniarze i złodzieje, a jak widzę, i tu można znaleźć porządnego człowieka. Pan z pewnością nie wpadł tu za sprawę kryminalną. Ale jeżeli można wiedzieć, za co pan tu siedzi? Niech mi pan już powie, — prosił.
— Ja — odparłem z ironją, — siedzę za stuprocentową kradzież. Tak, jestem złodziejem, a jednak nie przestałem być człowiekiem. Byłem przestępcą wtedy, gdy popełniałem przestępstwa, ale nigdy nie byłem pozbawiony lepszych uczuć. Zabierałem cudzą własność na zimno, tak, jak się bierze na rachunek w sklepie, będąc pewnym, że się kiedyś zapłaci. Zresztą zawsze miałem względy dla frajerów, a to dlatego, że poczucia zła i dobra nigdy nie zatraciłem.
Kac patrzał na mnie przerażony.
— Więc pan jest złodziejem? To być nie może. Kpi pan ze mnie i nic więcej. Ja w to uwierzyć nie mogę.
— Niestety tak jest. Jest to gorzka prawda, że upadłem tak nisko, ale muszę się podnieść. Podniosę się z tego bagna bezwątpienia. Rozumie pan, gdyby się wcześniej znalazł człowiek, któryby podał mi rękę, by pomóc mi wydźwignąć się z bagna, dawno już zacząłbym nowe życie. Nikt nie pragnie żyć i umierać pogardzany przez wszystkich jako zbrodniarz. Każdy z nas żyje nadzieją porzucenia gorzkiego chleba złodziejskiego. Wszyscy o to walczą, ale nie wszyscy mają dość silnej woli, by się opanować i wygrzebać się o własnych siłach. Ja na pomoc bliźnich w tym kierunku nie liczę wcale. Będę walczył sam z sobą, aż zwyciężę. Zwyciężę napewno. Mówię panu, że ludzie, którzy mianują siebie porządnymi, będą się ubiegać jeszcze o moją przyjaźń. Stałem się tem, czem jestem, tylko dzięki temu, że nigdy nie natrafiłem na człowieka, — mężczyznę czy kobietę, — któryby mnie zrozumiał. Trudno, tak chciał los, abym przeszedł przez bagno, poznał zło i dobro i mógł wybierać. Co do mnie, widziałem już dużo zła mimo mego młodego wieku. Dobra zaś bardzo mało widziałem i zaznałem w życiu; a jednak widziałem tyle, że starczyło, aby zachęcić mnie do tego. Mówię panu, że kiedyś stanę się dobrym, bardzo dobrym człowiekiem. Dobrym mojem zdaniem może być tylko ten, kto najpierw czynił dużo zła; tylko taki człowiek zdolny jest odróżnić zło od dobra. Jestem też zdania, że prędzej popada się w zło, którego się nie zna wcale. Jeśli będę szedł nocą w nieznanym mi kierunku i nie będę wiedział, że drogę może mi przeciąć drut kolczasty albo inne przeszkody, wpadnę w nie. Gdy zaś będę wiedział, co mi tam grozi, ominę przeszkody. Morały komuś prawić jest sto razy łatwiej niż samemu być moralnym. Czy pan mnie zrozumiał? — zakończyłem.
W czasie moich wywodów i filozofowania, Kac patrzał na mnie z zachwytem, a gdy skończyłem, schwycił mnie za ramię i wzruszonym głosem, ze łzami w oczach zawołał:
— Ja pana doskonale zrozumiałem, choć jestem człowiekiem prostym i nieuczonym. Widziałem już wielu ludzi złych i takich, którzy mieli się za dobrych, ale takiego człowieka dobrego i rozumnego, jak pan, jeszcze nie spotkałem. Ja panu pierwszy podam rękę, by panu pomóc do rozpoczęcia nowego życia.
Tu uścisnął mi serdecznie rękę i dodał:
— Gdy Bóg da i zwolnią mnie stąd, zajmę się panem. Daję panu słowo honoru. Dużo panu zostało jeszcze do odbycia kary?
— Już niedużo, kilkanaście miesięcy. Dziękuję panu za obietnicę. Pan, jak każdy frajer, póki jest w celi, złote góry obiecuje, chcąc, aby mu tu dano spokój, a gdy wychodzi za bramę, mówi sobie: Niech ich cholera weźmie, tych złodziei, dobrze im tak. Truciznę bym im podał, a nie wałówki.
— Obraża mnie pan. Za kogo mnie pan ma? Nie jestem takim frajerem, jak pan myśli. Zresztą jestem rzeźnikiem, a rzeźnik ma do czynienia z różnymi ludźmi. Nawet w wojsku najlepszy mój kolega był takim...
— Dobrze, dobrze, zobaczymy, — przerwałem. — Ale grypsanki do żony po forsę teraz nie napiszemy. Zaczekamy jeszcze trzy dni, i jeśli pana nie zwolnią, to napiszemy.
— Zdaję się zupełnie na pana, — odpowiedział. — Pan lepiej wie, jak tu trzeba postępować. Zapewniam pana, że pozostaniemy przyjaciółmi na zawsze. Na całe życie, — dodał wzruszony.
Dano sygnał do spania, więc ułożyliśmy się do snu.
Rano Kac opowiedział mi, że mu się śniło, że jest na wolności i chodzi po wszystkich fryzjerniach, trzymając w ręku brodę, którą ja nabyłem od fryzjera za sto papierosów. Proponuje fryzjerom dużą sumę pieniędzy za przymocowanie brody na swoje miejsce. Nikt jednak nie chce się na to zgodzić. Chodzi tak po ulicach Warszawy z Warzą owiniętą chustką, aby ludzie nie spostrzegli braku brody, i płacze, narzekając nagłos, jakby szczęście ludzkości zależało od jego brody. Złamany wraca do domu, żona i dzieci pocieszają go, że broda odrośnie, proszą, by przestał płakać. Tylko starsza córka kpi z niego mówiąc: „Na świecie żyje więcej ludzi bez bród, niż z brodami, od tego jeszcze nikt nie umarł“. Namawiała go nawet, by wogóle zaczął się golić.
Śmiałem się z tego snu, mówiąc do niego:
— Pan stale myśli o tej brodzie. Chowa ją pan na noc pod głowę, więc nic dziwnego, że się panu śni. Siadaj pan lepiej do śniadania!
W tem z korytarza zawołano nagłos:
— Kac, cela czterdziesta, zabierać swoje rzeczy.
Kac szturchnął mnie ręką śmiejąc się:
— Oho, więcej mnie już nie nabiorą. Niech sobie wołają, niema frajerów.
Kilku więźniów naraz zawołało:
— Kac! Kac! Wołają was na wolność! Kac udawał teraz, że nie słyszy; dopiero ja wytłumaczyłem mu, że tym razem to nie żart i naprawdę za chwilę będzie wolny.
W tem sam dozorca otworzył drzwi i zawołał:
— Kac, jazda, spakować manatki i do domu.
Kac zerwał się i z radości nie wiedział, za co się chwycić. Machnął ręką i stanął przy drzwiach gotowy do wyjścia; ale dozorca zawołał, że trzeba wziąć rzeczy ze sobą, by je oddać do magazynu.
Pomagałem mu spakować wszystko, a gdy już był gotowy, pożegnał się ze mną czule i prosił, bym mu na chusteczce napisał swoje imię i nazwisko.
— Na co to panu? — zawołałem. — Dziękuję za dobre chęci, ale ja z zasady nie chcę utrzymywać z nikim na wolności stosunków. Jałmużny nie przyjmuję od nikogo.
— Obraża mnie pan po raz drugi, — zawołał i wręczył mi chusteczkę, prosząc oczyma, bym napisał.
Mieczek wtrącił się teraz.
— Napisz mu. Masz tu „robaka“, co ci to może szkodzić.
Napisałem tuszowym ołówkiem nazwisko. Nie zdążył jeszcze dokończyć zapewnienia, że nie zapomni o mnie, gdy dozorca wrócił zabierając go ze sobą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.