Żywe grobowce/XXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXXVII

Upłynął tydzień po zwolnieniu Kaca; siedzimy sobie przy obiedzie, a Mieczek mówi do mnie:
— Widzisz, brachu, co frajer, to frajer. Jak był tutaj, obiecywał ci złote góry, a teraz znaku nie daje. Nie pozwoliłeś mu krzywdy zrobić, a on nic. Ja ci mówię, że nad frajerami litować się nie warto. U mnie każdy frajer na sznurku musi chodzić. Ja ci to sto razy mówiłem, a ty się zawsze za nich ujm ujesz i nie pozwalasz ich tknąć.
Nic nie odparłem i zajadałem sobie niezbyt smaczny obiad. Wtem drzwi się otworzyły, a dozorca zawołał: „Baczność!“. Do celi wszedł starszy dozorca Szper... i odrazu zwrócił się do mnie.
— Czy macie kuzynkę w Warszawie?
— Mam dużo kuzynek, — odparłem, — ale czy są w Warszawie, tego nie wiem.
— Jakaś kuzynka przyszła do was na widzenie. Ale mnie się nie bardzo chce wierzyć, aby to była wasza kuzynka. Siedzicie już tak długo, a jeszcze nikt was nie odwiedzał.
Mieczek nieznacznie uszczypnął mnie w kolano.
— Panie starszy, — zawołałem. — Niedawno pisałem do jednej kuzynki, możliwe, że to ona przyjechała do mnie.
— Dobrze, dobrze, — zawołał starszy śmiejąc się. — Chodź, chodź, synu, ładną kuzyneczkę masz.
Po raz pierwszy stanąłem w przegródce przeznaczonej na widzenia. Po bokach inni więźniowie również mieli widzenia. Krzyk, płacz, narzekania odwiedzających, dobiegały moich uszu. Była to środa, dzień przeznaczony na widzenia. Wtem naprzeciw mnie stanęła kobieta.
— Dzieńdobry, panu, — zawołała głosem zalotnej pensjonarki. — Czy pan jest tym, który tak opiekował się moim ojcem? Ja jestem starszą córką Kaca.
— Bardzo mi przyjemnie, — odparłem.
— Dawno pan tu już siedzi? — zapytała mrużąc oczy.
— Już parę lat, — odparłem, obserwując ją pożądliwie.
— A kobiety tu siedzą? — zapytała naiwnie.
— Nie, nie siedzą, — odparłem.
— A jak ja się panu teraz wydaję, kiedy pan tak długo kobiety nie widział?
— Jest pani piękna jak anioł, — odparłem śmiejąc się.
— Ale po panu wcale nie znać, że pan tak długo siedzi. Dobrze pan wygląda.
— Komplement za komplement, co?
— Wcale nie. Pan bardzo ładnie wygląda. A — przepraszam, że się zapytam, — nie przykrzy się tu panu bez kobiety?
— O, i bardzo. Ale co zrobić, jestem więźniem i muszę cierpieć.
— Żal mi pana doprawdy. Pragnęłabym pomóc panu, czy zgoda?
— Bardzo dziękuję pani. Nie wiem, czem zasłużyłem na taką łaskę pani.
— Jakto czem pan zasłużył? A ojciec mój to nic? My nigdy o tem, co pan dla ojca uczynił, nie zapomnimy. Podałam dziś wałówkę dla pana, proszę ją przyjąć.
— Nic nie przyjmę. Dziękuję bardzo, ale nie mogę.
— A to dlaczego? — spytała zdziwiona.
— Dlatego, proszę pani, że nie jestem żebrakiem i nie wymagam litości.
— Ależ panie! — zawołała wzruszona. — Pan nas zawstydza. My nie jesteśmy takimi ludźmi, którzy narzucają się komuś by udawać współczucie. Z całego serca chcemy panu pomóc. Zresztą to jest obowiązek nasz wobec pana. Proszę też, aby pan pisał do mnie. Przecież można stąd listy pisać.
— Owszem, można, ale ja z zasady nie lubię z więzienia korespondować z nikim.
— Ale do mnie pan napisze, — zawołała kokietując mnie tak, że myślałem, że zemdleję z rozkoszy.
— Dobrze, o ile będę miał czas, to napiszę.
— Jakto, pan tu nie ma czasu? A co pan robi?
— Czytam, myślę, warjuję, tak, że nieraz doprawdy brak mi czasu.
— Ale dla mnie tyle czasu, by list napisać, zawsze pan jeszcze znajdzie. A adres mój proszę zapamiętać: Warszawa, to pan wie, Pelcowizna, ulica Wyromińska 22, Adela Kac.
— Dobrze, zapamiętam.
— Więc kiedy otrzymam list od pana?
— W przyszłym tygodniu.
— Doprawdy za długo mi czekać. Niech pan prędzej napisze, — prosiła. — Będę teraz tęskniła za listem pana.
Tu roześmiała się tak dźwięcznie, że jeszcze parę dni po tem widzeniu śmiech jej dźwięczał mi w uszach.
— Ja właśnie tego chcę, aby pani tęskniła za moim listem, — odparłem. — Dlatego też tak prędko nie napiszę.
Dziewczyna spoważniała.
— Proszę dla mnie to zrobić i napisać zaraz. Ja pana proszę o to.
— Będę się o to starał, — odparłem.
— Więc słowo. A teraz proszę powtórzyć mój adres.
Adresu nie pamiętałem już dokładnie.
— Więc tak, — zawołała z wyrzutem, — obiecuje mi pan pisać, a adresu nawet pan sobie nie zapamiętał? Gniewam się na pana.
— Proszę mi jeszcze raz powtórzyć, teraz już zapamiętam, — śmiałem się.
Powtórzyła mi adres aż dwa razy, a znajomy dozorca, który spacerował między rozmawiającymi na widzeniu i podsłuchiwał rozmowy, śmiał się wraz z nami. Wtem padł okrzyk:
— Wychodzić, wychodzić, koniec widzenia!
Machnęła mi jeszcze chusteczką i rozłączono nas.
Nigdy nie zapomnę wyrazu współczucia, jakie malowało się w jej oczach przy rozstaniu ze mną. Po raz drugi takie jej spojrzenie widziałem na wolności, o czem w ciągu opisu dalszych wypadków jeszcze wspomnę.
Wróciłem do celi przygnębiony zupełnie. Widok młodej dziewczyny, która okazała się dla mnie tak łaskawa, prześladował mnie i nie dawał spokoju. Koledzy w celi, a głównie Mieczek, dawali mi rady co do nowej znajomej.
— Ty, nie bądź frajerem, — pouczał mnie Mieczek. — Trajluj jak możesz najlepiej, a ona niech ci wałówy odpala. To bogata frajerka, może tachać. Ojciec ją do ciebie wysyła. Podobałeś się staremu. O n chce cię ochajtnąć z nią, nie bądź głupi. Napisz gryps na lewo, a ja przez robotników polnych ci to załatwię.
Tak się jednak składało, że listu nie pisałem. Po pierwsze nie miałem znaczka, a po drugie chciałem zobaczyć, czy ona wpierw do mnie nie napisze.
Po kilku dniach otrzymałem przez kancelarję list następującej treści:

Szanowny Panie!

Jak widzę, nie jest pan słowny. Codziennie zdenerwowana oczekiwałam poczty i nic. Pan jest niedobry. Postanowiłam gniewać się na pana, ale gdy pomyślałam, że pan jest więźniem, a więc człowiekiem bez własnej woli, odrazu wszystko panu przebaczyłam. Mówiłam sobie, że zapewneby pan do mnie napisał, gdyby miał możność. Ojciec mówił mi, że więźniom wolno pisać jeden list na miesiąc i to mnie trochę uspokoiło. Muszę też panu powiedzieć, że gdy wyszłam z Mokotowa, doznałem wrażenia, że się oddalam nie od obcego mi człowieka, lecz od bardzo bliskiego mojemu sercu. Niech mi pan wybaczy szczerość, trudno, inaczej nie mogę postąpić. Rozumiem, że po naszem oryginalnem zapoznaniu się w tak dziwnych okolicznościach nie wypada osiemnastoletniej niedoświadczonej
dziewczynie pisać w podobny sposób. Ale piszę to, co mi serce niewinne dyktuje. Mam nadzieję, że pan mnie zrozumie i wybaczy śmiałość.
Ukłony od ojca, matki, siostry i brata. Czekam z bi* ciem serca na rychłą odpowiedź.
Pozdrowienia
Adela Kac.

Czytając ten list, nie dowierzałem własnym oczom. To być nie może, aby ta dziewczyna tak do mnie pisała. Wtem jest coś nie w porządku, — pomyślałem.
We środę otrzymałem podanie jeszcze lepsze niż przedtem. Odpisałem też jej tego dnia na lewo, starając się włożyć w ten list cały mój talent pisarski.
Po dwu tygodniach przybyła znów do mnie na widzenie. Sama zaproponowała, abyśmy sobie mówili ty. Od tego dnia, niemal codziennie pisałem grypsy, wysyłając je na lewo, gdyż przez kancelarję, jak wyżej wspomniałem, wolno było pisać raz na miesiąc. Listy nasze były treści miłosnej. Jednem słowem doszło do tego, że podałem nawet adres mojego miejsca urodzenia i rodzice jej dopytywali się tam, czy nie jestem żonaty.
Sytuacja moja w tym czasie znów się poprawiła. Co tydzień otrzymywałem obfite jedzenie od Adeli. Było mi dobrze; tylko jedna rzecz mnie martwiła. Powiedziałem Adeli podczas pierwszego widzenia, że mam jeszcze ośm miesięcy do odbycia kary, a ona uwierzyła mi. Termin ten zbliżał się coraz bardziej, — niedługo okażę się kłamcą. To nie dawało mi spokoju. Przed każdem widzeniem postanawiałem powiedzieć prawdę. Jednakże widząc, z jaką radością odlicza ona każde widzenie od liczby widzeń, jakie mieliśmy jeszcze mieć do dnia 27 lutego 1923 roku, nie miałem odwagi powiedzieć jej prawdy.
Dawno już nastąpił 1923 rok. Luty już się miał ku końcowi. Na ostatniem — według jej rachunku — widzeniu zapytała mnie delikatnie:
— Kochany, czy masz ubranie na wyjście?
— Tak, mam, — odparłem.
— A ja wiem, że ty nie masz nic. Nie wstydź się, ja wszystko przyniosę, ubranie, palto i trzewiki.
— Kto ci mówił, że nie mam? — zapytałem oburzony, choć naprawdę palta nie miałem, oddałem je bowiem dawno za chleb jednem u zwalniającemu się więźniowi.
— Byłam w kancelarji i tam mi powiedziano. Nie masz się czego wstydzić.
— Słuchaj, Adelo, — zawołałem wreszcie zdecydowany. — Chcę ci coś wyznać, ale daj słowo, że się nie rozgniewasz na mnie.
Spojrzała na mnie lękliwie, przybladła trochę i zawołała:
— Mów wszystko, — gotowa jestem wszystko ci przebaczyć.
— Ja nie zwalniam się w lutym, gdyż jak się teraz dowiedziałem, nie zaliczono mi aresztu śledczego.
Adela zbladła jak płótno, a z piersi jej wydobyło się ciężkie westchnienie. Po chwili odparła z żalem:
— Dlaczego mi wpierw o tem nie mówiłeś? Powiedz teraz, kiedy naprawdę mają cię już stąd uwolnić?
— Wyrok mój się kończy 25 sierpnia tego roku. Przysięgam, że mówię prawdę.
Adela odrzekła chłodno:
— Jak tobie się nie przykrzy tu siedzieć, tak mnie się nie sprzykrzy chodzić do ciebie. Ale już ci nie wierzę teraz. Ty chcesz, abym ja nie wiedziała, kiedy cię zwolnią. Chcesz iść do twoich przyjaciół, a nie do mnie...
— Prawdę ci powiedziałem, zresztą możesz do mnie nie przychodzić, — rzekłem wyzywająco.
Pożegnanie nasze było chłodne. Dowiedziałem się też nazajutrz, że była u inspektora policyjnego, by sprawdzić w moich aktach, kiedy się kończy moja kara i za co siedzę. To właśnie tak mnie rozgniewało, że napisałem list krótki i wyraźny:

Szanowna Pani!

Dziękuję za wszystko, co uczyniła pani dla mnie. Gdy się zwolnię, zwrócę wszystko, co kosztowałem. Nie przyjmę od pani nic więcej. Myliła się pani, jeśli
myślała, że za mięso i chleb można mnie nabyć. Żegnam na zawsze, na wolności ureguluję mój rachunek.
Z poważaniem
....

Od tego dnia wszystko między nami zostało zerwane. Coprawda cierpiałem znowu głód, jednak więcej do niej nie pisałem.
Przyszła znów wiosna, ostatnia wiosna, jaką miałem przetrwać w murach więziennych. Był już kwiecień. Siedziałem jeszcze w tej samej celi. W nocy z 21 na 22 kwietnia — było to z soboty na niedzielę, — kropił deszcz. Wśród nocy obudził mnie głośny wystrzał z karabinu. Zerwałem się i stanąłem w oknie. Kilku więźniów uczyniło to samo. Po chwili padł drugi i trzeci wystrzał na podwórku więziennem. Spostrzegłem też, że dozorcy biegają po podwórku tam i z powrotem. Starszy dozorca biegł zpowrotem do więzienia.
Dopiero zrana dowiedzieliśmy się, co zaszło. Czterech więźniów uciekło z piekarni, zabijając trzech dozorców. Znałem tych więźniów; nazywali się Dudeńko, Nowicki, Dębisz i Roszkowski. Jeden Dudeńko miał dożywotnie więzienie, pozostali mieli po kilkanaście lat ciężkiego więzienia. Sposób przeprowadzenia ucieczki warto tu opisać.
Na piekarni pracowała w tedy większa ilość więźniów na dwie zmiany. Dozorców zaś było tylko dwóch: majster i podmajster. Podmajster był to właśnie ten dozorca, o którym wspomniałem, że siedział na Pawiaku za sprawę pieniędzy palonych na kotłowni. Na jego nieszczęście zwoiniono go przed tygodniem i wrócił zpowrotem na służbę jako wychowawca więźniów, jak gdyby nigdy nic nie zaszło. Został przeznaczony zpowrotem na piekarnię. Więźniowie opowiadali mi, że po powrocie stał się o wiele lepszy. Nic dziwnego: skosztował sam, co to znaczy być więźniem, chociaż korzystał jako „swój“ z wielu ulg, niedostępnych żadnym sposobem dla przeciętnego więźnia. On to właśnie o godzinie drugiej w nocy zabrał wspomnianych więźniów do sprzątania; byli to dwaj z tej czwórki. Ci dwaj brali sobie czasami do pomocy innych, których wskazywali dozorcom. Gdy dozorca przybył owej nocy do celi, cała czwórka już była gotowa. Zapytał podobno, do czego potrzeba ich aż czterech, na co otrzymał odpowiedź, że jest dużo pracy i dwaj nie zdążą. Dał się namówić, — i przypłacił to życiem.
Gdy weszli na piekarnię, jak się później dowiedziałem od Dębisza, którego w krótkim czasie schwytano i skazano na śmierć, — Roszkowski uderzył dozorcę w tył głowy siekierą. Gdy ten upadł, uderzył go po raz drugi; poczem zabrano mu rewolwer, który zawsze nosił przy sobie. Następnie Dudeńko, który był organizatorem ucieczki, przebrał się w mundur dozorcy, otworzył drzwi piekarni i zaczął bębnić kluczami. Dozorca stojący na posterunku przy piekarni zbliżył się myśląc, że podmajster, jak zawsze, ochładza się w drzwiach. Nagle schwytano go i wciągnięto do środka, gdzie także i jego zamordowano. Teraz cała czwórka wzięła ze sobą drabinę, która była zawsze w piekarni i pobiegła w kierunku parkanu przy szpitalu więziennym. Spostrzegł to posterunek stojący przy bramie szpitala i zawołał: „Stać! Kto idzie?“ — na co w odpowiedzi otrzymał kulę w samą pierś. To Dudeńko strzelił z karabinu, który zabrał zamordowanemu dozorcy z posterunku przy piekarni. Padło kilka strzałów z posterunku stojącego na wyżce przy kotłowni; zrobił się alarm i cała służba więzienna zerwała się na równe nogi, jednakże czterej więźniowie nieomal w oczach dozorców uciekli bez szwanku. Pogoń, składająca się z dozorców i zaalarmowanej policji, nie dała rezultatu. Dopiero po jakimś czasie schwytano — jak już powiedziałem — pierwszego Dębisza, a następnie Nowickiego, który także został skazany na śmierć. Dębisz także opowiedział mi, gdyśmy się spotkali w łaźni więziennej, że Nowicki do ostatniej chwili nie wiedział i nie był wtajemniczony w to, co miało nastąpić. Na piekarni dopiero zmusili go, by należał do spisku, grożąc, że go zamordują. Dudeńko podobno później został, jak się potem dowiedziałem, zamordowany przez własnych wspólników; chodziło o jakąś kobietę, którą Dudeńko zabrał koledze. Jeden tylko Roszkowski uciekł podobno do Rosji i tam został zabity na robocie.
Po tym przykrym wypadku, w więzieniu zapanowała dyscyplina jak nigdy. Więźniów z większemi wyrokami zabrano z ogólnych cel do pojedyńczych i zakuto w kajdany. Wieczniakom ostrzyżono zerem włosy z połowy czaszki. Było ich wówczas w Mokotowie przeszło stu; strasznie było patrzeć na tych napiętnowanych ludzi. Dozorcy mścili się na nas na każdym kroku. Jednem słowem, dla więźniów o dużych wyrokach nastąpiły czasy tak złe, że każdy wolałby śmierć, niż takie życie. Mnie cieszyła tylko nadzieja, że pozostało mi zaledwie kilka miesięcy do wolności; a jednak serce mnie bolało na widok ludzi zakutych w kajdany i golonych głów.
Liczyłem teraz każdą godzinę i minutę; ale dni, tygodnie i miesiące mijały powoli. Najgorsze są dla więźnia ostatnie miesiące. Cały długoletni wyrok jest niczem w porównaniu z ostatniemi tygodniami. Więzień nie może już ani stać, ani chodzić, ani siedzieć, dręczy go jakaś nieznana mu psychoza.
Wreszcie przyszedł tak upragniony dla mnie miesiąc sierpień. Myślałem, że zwarjuję, nie mogłem sobie miejsca znaleźć, czułem się niewypowiedzianie szczęśliwy. Schudłem i wynędzniałem tak, że na spacerze ledwie nogi wlokłem za sobą. Najwięcej gnębiła mnie myśl, co ze sobą pocznę. Dokąd skierować swoje kroki? Chodząc po celi, gdy koledzy wyszli do pracy, wykrzykiwałem sam do siebie i do nieznanych mi ludzi: dajcie mi pracę! Najcięższą pracę mi dajcie! Abym nie potrzebował kraść i spędzać reszty życia w żywym grobowcu... Pozwólcie mi oddychać powietrzem wolności, pozwólcie mi upajać się zapachem pól i lasów i patrzeć na słońce, którego przez tyle lat nie widziałem, nie zaznałem jego ciepła... Nie chcę gnić więcej i pleśnieć w wilgotnych murach więziennych. Ratujcie! Ratujcie!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.