Żywe grobowce/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XXII.

W parę dni po wyżej opisanym wypadku, zupełnie niespodziewanie pewnego wieczora po apelu, kazano więźniom z dużemi wyrokami z cel ogólnych i pojedyńczych, spakować swoje manatki i szykować się w drogę. Nikt nie wiedział dokąd i dlaczego. Było to tak nagle i tajemniczo zrobione, aby więźniowie nie mogli przysposobić się do jakiejś ucieczki po drodze.
Z naszej celi zabrano także kilku piekarzy z dużemi wyrokami. Nie patrzano wcale na to, że na piekarni zabrakło rąk do pracy. Od tego dnia, codziennie wysyłano partje więźniów do ziemi poznańskiej.
Z więzień kresowych, więźniów z wyrokami ponad dwa lata przypędzono do Mokotowa. Tu siedzieli nie dłużej, jak po parę dni, poczem gnano ich dalej do więzień poznańskich. Najwięcej tych odpadków i balastu dla państwa podczas wojny, umieszczono w znanych ciężkich więzieniach: Wronki, Rawicz, Koronowo, Grudziądz. Administracja z kresowych więzień jechała razem z więźniami, trzymając straż nad nimi.
Pewnego dnia, przechodząc z celi przez podwórze do piekarni, usłyszałem, jak ktoś wolał mnie przez okno po imieniu. Spojrzałem w górę; głos ten pochodził z szóstego oddziału, z najwyższego piętra więzienia. Tam właśnie umieszczeni byli więźniowie przybywający z kresów, przeznaczeni do transportu. Nie mogłem poznać tego więźnia; jednakże głos wydawał mi się dobrze znany. Po jakiejś godzince wręczono mi „gryps“. Czytając go, odrazu przypomniałem sobie, kim jest ten, który wołał mnie po imieniu. Prosił mnie w „grypsie“ o kawałek chleba i donosił, że ma sześć lat więzienia i idzie z transportem.
Był to kolega z dawnych chederów. Przypomniałem sobie lata dziecięce. Jak żywy stanął mi przed oczyma obraz tego koleżki w chederze. Widziałem, jak oskarżała go matka, że skradł jej 10 kopiejek i za tę ogromną sumę kupił sobie cukierków. Widziałem, jak wówczas rebe, z miną średniowiecznego sędziego, w obecności matki i uczniów w chederze prowadził śledztwo. Widziałem oczyma wyobraźni, jak po odejściu matki, rebe rozkazał tym chłopcom, którzy brali udział w jedzeniu cukierków, a do których i ja należałem, rozkrzyżować złodzieja na podłodze, poczem każdy ze wspólników, musiał wyliczyć mu po pięć rózeg na gołe ciało.
Widzę, jak potem rebe rozkazuje nam ułożyć się i już własnoręcznie każdemu zosobna odlicza pewną ilość rózeg, — tyle, wiele mu jego pobożna dusza nakazywała. Po skończonej zaś egzekucji srogi w swej sprawiedliwości rebe jeszcze nie jest zadowolony i wymierza złodziejowi straszną dla nas wówczas karę. Karę taką zwano „pekuł“.
Kara „pekuł“ polegała na tem: Rebe stawiał chłopca przy drzwiach, odpinając majtki i zadzierając koszulę po samą szyję. W lewą rękę wtykał mu miotłę; prawą zaś musiał przytrzymywać sobie koszulę, by nie opadła. Następnie na komendę rebego musieli chłopcy kolejno przemaszerować, a każdy pluł mu na nagi tyłek, wołając przytem: „Ganew“. Chłopiec stał tak długo w tej pozycji, aż rebe nasycił się zemstą i łaskawie kazał mu usiąść na miejscu.
Pamiętam to, jak dziś. Widzę straszną twarz tego chłopca, wykrzywioną bólem i wstydem. Czyż dziewięcioletnie dziecko, ukarane w tak haniebny i okrutny sposób, mogło stać się czem innem, jak kryminalistą?
Posłałem mu moją zarobioną porcję chleba. Było to wszystko, co mogłem zrobić dla swojego kolegi z lat dziecinnych.
Codziennie wysyłano stąd transporty więźniów. Z całego więzienia pozostało zaledwie kilkunastu więźniów: kilku piekarzy, dwóch kucharzy, dwóch palaczy na kotłowni, reszta zaś do utrzymywania porządku na korytarzach i podworku więziennem. Bolszewicy byli blisko Warszawy.
Szofer także poszedł na zachód. Żegnał się ze mną, jakby szedł pod słupek. Przy rozstaniu mówił do mnie wzruszonym głosem i ze łzami w oczach.
— Mam przeczucie, — mówił, — że nigdy więcej w życiu się nie zobaczymy. Może być, że umrę w więzieniu albo ucieknę, ale to wiem, że nigdy się już nie zobaczymy. Żegnaj; nie mamy żalu jeden do drugiego, że tu wpadliśmy. Dziękuję ci, żeś się dzielił ze mną ostatnim kawałkiem chleba, jak porządny wspólnik. Zapewne ty tu zostaniesz, nie wyślą cię stąd. Życzę ci wolności i nie myśl o mnie źle.
Uściskaliśmy się przez kratę celi, gdyż przybiegł specjalnie za pozwoleniem dozorcy, by się ze mną pożegnać. Oddałem m u resztę zapasów, które sobie przyszykowałem na drogę i rozstaliśmy się na zawsze.
Było tak, jak Szofer przewidywał: nie wysłano mnie stąd. Pracowałem teraz bardzo ciężko, gdyż pieczywa wymagano coraz więcej, a robotników nie było.
Wszystkich pozostałych zebrano w jednej celi. W calem więzieniu panowała martwa cisza. Nie słychać było więcej huku warsztatów i gwizdków fabryki więziennej. Zamilkły też kłótnie, bójki, narzekania i jęki ludzkie. Mokotów, — smok pożerający ludzi żywcem, — opustoszał. Szczury, myszy, koty zbłąkane miały teraz opróżnione gmachy do swojej dyspozycji. Gołębie oswojone z więźniami, których było i jest tam do dziś dnia bardzo dużo, daremnie latały pod oknami cel, wypatrując czy jakaś łaskawa ręka więźnia nie wyrzuci im części swego pokarmu. Przechodząc przez podworze do pracy doznawałem wrażenia, że jestem na bezludnej wyspie i oczekuję ukazania się okrętu, który mnie z niej wybawi.
Zbawienia mego byłem teraz pewny, będąc przekonany, że tych kilku pozostałych więźniów dziś-jutro puszczą na wolność. Jednakże i tym razem nadzieja zawiodła mnie, jak i wszystkie moje nadzieje, których miałem w życiu bardzo wiele. Przekonałem się po raz nie wiem który, że nadzieja jest matką głupich i nic więcej. Jestem święcie przekonany, że gdybym wynalazł środek, którym możnaby było zawojować świat, właśnie wtedy przestanoby wojować, braterstwo i zgoda zapanowałyby na całym świecie.
Nadszedł dzień 16-go sierpnia. Wieczorem tegoż dnia zauważyłem w celi, że kilku więźniów należących do śmietanki ma tajemnicze miny i zmawia się po kątach. Zdziwiło mnie, że przede mną się kryją, nie chcąc mnie wtajemniczać w jakąś podejrzaną sprawę, korzystną zapewne, sądząc z twarzy i oczu błyszczących chciwością posiadania czegoś drogiego.
Wiedziałem dobrze, co oznaczają takie dziwne ogniki i kolor oczuu ludzi tego świata. Nieraz widziałem to w ostatniej chwili przed udaniem się na niebezpieczną wyprawę po jakiś smaczny łup; nieraz na początku mojej karjery na widok takich oczu, dreszcz przechodził mnie po calem ciele.
Na widok tajemniczego zachowania kolegów ogarnął mnie niepokój i wstyd, że mnie, którego uważano już tu za swojego, nie chcą wtajemniczyć. Starałem się uchwycić jakieś słówko, jednakże daremnie. Zachowywali się tak tajemniczo, że w żaden sposób nie mogłem uchwycić, o co im chodzi.
Ucieczka, napewno ucieczka, — pomyślałem. Jednakże prędko odrzuciłem tę myśl. Poco uciekać, skoro i tak każdy z nas spodziewał się lada dzień zwolnienia. W tem jeden z wtajemniczonych zbliżył się do mnie i nieznacznym ruchem wskazał mi, bym wszedł za nim za sienniki. Tu nachylił się do mnie przykładając usta do samego ucha i szeptem podobnym do syku jakiegoś gada, przemówił:
— Słuchaj dobrze. Najpierw podaj mi „grabę“, że jeżeli nawet nie przystaniesz do naszej „ferajny11, nikomu nie piśniesz słówka o tem, co ci teraz powiem.
Nic nie mówiąc podałem mu rękę. On jeszcze bliżej przysunął się do mnie.
— Powiem ci teraz coś zupełnie nie do uwierzenia. Powiedz, czy chcesz należeć do roboty, o jakiej jak świat światem, nikt jeszcze nie pomyślał? Ale muszę ci też powiedzieć, że to będzie bardzo trudny orzech do zgryzienia. Potrzeba dużo sprytu, wszystko musi być dobrze obmyślone. Grunt, żeby mieć blatnego dozorcę, inaczej wszystko na nic. Rozumiesz?
— Rozumiem wszystko, — odparłem, — gadaj, o co idzie.
— O co idzie, pytasz się. Nawet się tego domyśleć nie możesz. Twoja mózgownica jest za głupia, by się tego domyśleć.
— Mów że już, — zacząłem się denerwować, — albo idź do djabła i nie zawracaj mi gitary.
— Tylko się nie denerwuj. Mówię ci, że los nam się uśmiecha. Szczęście nas czeka. O, żebyś ty wiedział, — wolał już zachwycony coraz głośniej.
— „Odknaj“ się ode mnie, gadasz i gadasz i nic nie mówisz. Powiedz już wreszcie, co masz do powiedzenia.
— Chcesz mieć cały wagon forsy? — zapytał nagle.
— Cały wagon forsy? — zapytałem zdziwiony.
— Oszalałeś, chyba nie wiesz, co gadasz.
— Ja nie wiem, co gadam? Tadek, chodź no tu.
Tadek, który stał i pilnował dostępu do sienników, zbliżył się także do mnie.
— Powiedz mu ty, Tadek, o wszystkiem, mnie on nie wierzy.
— Wierzę mu, — odparłem, — tylko nie mogę zrozumieć o jakiej forsie mówi.
Tadek, chłopak do rzeczy, kazał mu stanąć na „cynk“ na miejscu, gdzie on poprzednio stał i począł mi tłumaczyć:
— Słuchaj, brachu! Wczoraj o północy przywieziono na kotłownię szesnaście wagonów pieniędzy do spalenia. Słyszysz, — szesnaście wagonów forsy! Całą noc nie spałem, Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/129 Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/130 Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/131


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.