Żywe grobowce/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Urke-Nachalnik
Tytuł Żywe grobowce
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Druk Drukarnia Księgarni Polskiej B. Połonieckiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


XX.

Zbliżyło się wreszcie Boże Narodzenie 1919 roku. Zawsze przed uroczystem świętem daje się odczuć między więźniami po wszystkich więzieniach przygnębienie. Niejeden przypominą sobie dom rodzinny, stół świąteczny, którego jest pozbawiony może od kilku lat i kto wie, czy w przyszłym roku uciechy tej dozna.
Najwięcej przygnębienia daje się odczuć między chrzęścijanami. W celach więziennych w dni świąt Bożego Narodzenia panuje cisza. Więźniowie nie kłócą się ze sobą. Biedniejszym więźniom zamożniejsi dają skosztować świątecznych specjałów otrzymanych z domu.
W mojej obecnej celi siedzieli także więźniowie-kucharze. Starszy kucharz, znany w świecie przestępczym pod pseudonimem „Dyrda“, miał wpływ na wszystkie cele jako starszy człowiek i doświadczony włamywacz. W noc wigilijną śmietanka celi urządziła sobie „złodziejską kolację“. Na kuchni nasmażyli kilka kilo kiełbasy i innych wędlin. Ciasto przyniesiono z wolności. Więc niczego na stole nie brakło. O godzinie piątej wieczorem już w celi zapanował nastrój świąteczny. Kolację dano także lepszą i tłustszą niż zwykle. W celi można było spostrzec po kilka gromadek siedzących n a jedne m łóżku i częstujących się nawzajem. Opowiadano sobie także o swoich przeżyciach i o tem, co kogo zagnało do murów więziennych.
Najkrzykliwiej i najweselej zachowuje się w celi kategorja pierwsza; wśród niej góruje Dyrda. Dyrda bowiem jest wesoły, bardzo wesoły. Ostatnie święto Bożego Narodzenia spędza w Mokotowie. Za dwa tygodnie ma być wolny po odsiedzeniu ośmioletniej kary, na którą skazały go sądy niemieckie, a z której Polska darowała mu połowę.
Ja siedzę na łóżku w pozycji półleżącej, przypatruję się i obserwuję ucztujących więźniów. Patrzę na gości, którzy także tu przybyli w odwiedziny do Dyrdy i biorą udział w uczcie wyprawionej przez niego. Oczy wszystkich także zazdrośnie patrzą w ich stronę. Stół zastawiony jest obficie potrawami. Wszyscy należą tu do elity świata przestępczego; więc i w więzieniu nieźle im się powodzi. Jeden z przybyłych, lat około 35-ciu, o dobrodusznym wyglądzie, z zaokrąglonym brzuszkiem małomiasteczkowego burżuja, wydaje mi się znajomy: chyba go już gdzieś widziałem. Patrzę na niego, nie mogę sobie jednak przypomnieć. Widząc, jak go tu chętnie witano i jak wszyscy ciągle się do niego zwracają, częstując go najlepszemi kąskami, wywnioskowałem, że jest dobrym „fachowcem“. W tem oczy nasze spotkały się.
— Ty, — zwrócił się do Dyrdy, — kto to jest?
Cała śmietanka spojrzała na mnie.
— To Żydek, — odparł jeden z ucztujących. — Przyjechał z Łomży i pracuje już kilka tygodni na piekarni.
— A nie wiesz, za co siedzi? — zapytał grubas. — Ja go skądś znam, ale nie mogę sobie przypomnieć.
Słyszałem wszystko, choć udawałem, że nie słyszę, a gdy powiedział, że także skądś mnie zna, odezwałem się:
— Ja pana także znam i nie mogę sobie przypomnieć.
Grubas zbliżył się do mnie, przypatrywał mi się dobrą chwilę, poczem radośnie zawołał:
— Nachalnik, to ty?
Usiadłem na łóżku.
— Tak, to ja, ale nie mogę sobie niczego przypomnieć.
Zbliżył się do mnie i szepnął mi kilka słów do ucha, poczem już padliśmy sobie w objęcia.
Cała cela patrzyła zdziwiona, a śmietanka kolejno ściskała mi rękę. Momentalnie ściągnięto mnie z łóżka i zasiadłem na honorowem miejscu przy Dyrdzie.
Na moją cześć wyciągnięto z ukrycia dwie butelki wódki i pito za moje zdrowie i za zdrowie wszystkich złodziei.
Nikt nie śmiał pytać, co za tajemnica nas łączy; jednakże zmiarkowali, że należę do „lepszych“ i potraktowano mnie jak swego.
Grubas miał sześć lat za kantor wymiany, gdzie chciał się przekonać, czy stojąca tam kasa ogniotrwała zawiera coś z gotówki i dlatego ją rozpruł. Znałem się z nim z Niemiec, gdzieśmy nawet raz wspólnie „zgrzeszyli“. Był on Warszawiakiem. Dziś mieszka w Poznaniu, ma dwa składy obuwia i mówi sam, że jest porządnym człowiekiem, za jakiego też tam uchodzi.
Po spożyciu kolacji i wypiciu wódki, humory poprawiły się. Zaproszono frajerów, aby nam śpiewali złodziejskie piosenki. Jeden chłopiec śpiewał nam zacną złodziejską piosenkę, a miał śliczny głos:

Jak mnie prowadzili, muzyka grała,
Matka zemdlała, kochanka płakała,
Nie chciałem słuchać ojca i matki,
Muszę teraz siedzieć w klatce.

Nie słuchałem siostry, brata.
Przez co siedzę cztery lata,
Prokurator nauczył mnie czytać i rachować,
A pan sędzia ukraść i dobrze schować i t. d.

Śpiewano dużo innych piosenek. Dyrda, z radości, że niezadługo będzie mógł kraść nanowo, ryczał na cały głos, aż oddziałowy, który był „blatny“ i który gości puszczał tu bez wiedzy wyższej władzy, a który jak mi się zdaje także wódki dostarczał, zwrócił mu uwagę, aby się ciszej zachowwywał, bo starszy może usłyszeć w dyżurce na dole. Dyrda jednak trochę podpity, nie słuchał i śpiewał dalej:

A dieńgi wasze budut nasze. Dawaj ich siuda!
A jeśli ty mnie nie dasz,
Zastreliu tiebia siejczas,
I pogibniesz nawsiegda.

Stało się inaczej, jak się później dowiedziałem. Dyrda w miesiąc po opuszczeniu murów więziennych, został zamordowany przez swoich wspólników.
Dyrda opowiedział nam o swoich zamiarach po opuszczeniu więzienia. Najpierw, — mówił, — walnę w łeb mojej żonie, która zdradziła mnie z moim wspólnikiem. Później zaś zrobię jedną dobrą robotę na mokro i zabastuję. Dosyć już nasiedziałem się po więzieniach, trzeba na starość odpocząć.
Kolega mój, grubas, zwrócił mu uwagę:
— Wstydź się, Dyrda, żebyś ty chodził na mokrą robotę! Jesteś dobrym „urke“ i pocichu zarobisz. Jak wpadniesz, dostaniesz „gimzy“, albo „koło“. Nie, nie radzę ci tego. Żony też nie radzę ci mordować. Ona nie jest winna. Wpadłeś do więzienia za Niemców na osiem wiosenek, co równało się śmierci, więc co ona — młoda kobieta — miała zrobić? Powiedz tak prawdę, gdyby twoja żona dostała nawet choćby sześć miesięcy, czy tybyś czekał, i nie wziął innej? Zresztą zostawiłeś ją z drobnemi dziećmi, a majątku napewno nie zostało po tobie. Wiem, jakie ty hulaszcze życie prowadziłeś. Wszystko przepijałeś z kur.... Więc jakie ty masz pretensje? Daj lepiej spokój, — zakończył.
Dyrda zerwał się z łóżka, objął go za szyję i szlochając pijackiemi łzami zawołał:
— Masz rację, brachu. Ty zawsze rozsądnie mówisz. Usłucham cię, gdy wyjdę, pójdę do żony i przeproszę ją. Powiem, żeś to ty tak mi kazał postąpić.
Wszyscy mrugali do siebie znacząco, a jeden odezwał się:
— Kiedy ty wyjdziesz za bramę, a wolnościowe powietrze obejmie cię, zapomnisz o tem, co tu przyrzekłeś i zrobisz swoje. Znam cię dobrze, jesteś mściwy, jak pies, stary łobuzie. Ty w dwunastym roku zabiłeś mojego bra...
Nie zdążył powiedzieć więcej, gdyż otrzymał silny cios w twarz. Wszyscy zerwali się z miejsc, gotowi do bójki. Kilku stanęło po stronie Dyrdy, a reszta była przeciw niemu. Tam ten śmiałek po otrzymaniu ciosu zerwał się z podłogi; w ręku jego zabłysnął nóż. Kto wie, do czegoby doszło, gdyby nie dozorca oddziałowy, który na odgłos groźnych okrzyków przybiegł i wpadł do celi.
— Jazda do cholery, co wy tu robicie! Ja wpuściłem do was gości, a wy chcecie się tu lać? Wychodź! Już was tu niema, psiakrew...
Wypchnął z celi tego gościa, który spowodował bójkę. Grubas pożegnał się ze mną i także opuścił celę, mówiąc do mnie:
— Bądź spokojny, Nachalniku. Ja tu powiedziałem, kim jesteś i krzywdy ci tu już nie zrobią. Jak będziesz potrzebował załatwić na lewo „gryps“, to daj mi znać, ja dla ciebie wszystko zrobię.
Po wyjściu gości z celi Dyrda jeszcze wygrażał, a dozorca rozkazał natychmiast położyć się do snu.

Praca na piekarni była ciężka, jednakże chętnie pracowałem, szukając w pracy zapomnienia o wszystkiem, co mi dolegało. Za pracę otrzymywałem funt czarnego chleba; z tego połowę posyłałem zawsze Szoferowi, który pracował już na ślusarni i który z dnia na dzień mizerniał w oczach. Jedzenie chleba na piekarni było surowo wzbronione. Groziło za to straszne przestępstwo kilka kar naraz. Werkmistrz piekarni w randze starszego dozorcy, był to mężczyzna wysokiego w zrostu, tęgi, o zrośniętych brwiach, wąskich wargach i haczykowatym nosie, z dużemi rudemi wąsami groźnie opuszczonemi wdół. Był zawsze milczący i sztywny, — prawdziwy typ i charakter, jakich wymaga posada dozorcy w więzieniu.
Dozorca dodany mu do pomocy miał za zadanie patrzeć wciąż na więźniów, czy nie poruszają ustami i czy broń Boże nie jedzą chleba. Dozorca ten utykał na jedną nogę, a oczyma jak kot rzucał na wszystkie strony. Czasami nawet jego oczy przybierały kolor oczu kameleona. Udawał, że patrzy w zupełnie innym kierunku, a gdy więzień tylko poruszył wargami, momentalnie był przy nim. Obmacywał go dokładnie, zaglądał mu do ust, gdy zaś ustalił, że więzień jadł chleb, odprowadzał go natychmiast do dyżurki pana werkmistrza. Ten wówczas wołał groźnie:
— Wiedziałeś, że chleba nie wolno jeść?
— Wiedziałem, panie werkmistrzu, — odpowiadał zwykle więzień.
— A dlaczego, zbrodniarzu, jadłeś, gdyś wiedział, że nie wolno?
— Jeść mi się chciało, panie werkmistrzu.
Wówczas pan werkmistrz wpadał w furję wściekłości.
— Czy wam na oddziele żreć nie dają? Mało ci wieczorem funt chleba po skończeniu pracy? Na wypas przyszedłeś do więzienia, złodzieju jeden!
Kara zwykle kończyła się na tem: gdy delikwent był zawodowym piekarzem albo już się nauczył roboty, skazywał go pan werkmistrz na pozbawienie zarobionego przy pracy chleba na dwa tygodnie. A jeśli powtarzało się to po raz drugi, pisał piękny raport i więzień wędrował na dodatek do karceru. Karcer zależał już od humoru pana inspektora policyjnego, który odznaczał się srogością i dbał o to, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Za te przestępstwa najprędzej wpadali nowicjusze i niefachowi piekarze. Nie wiedząc, jak sobie poradzić, najłatwiej wpadali w wszystkowidzące oko pana dozorcy. Karę wymierzano takiemu z całą srogością. Pan werkmistrz skopał go przyzwoicie nogami, — jak twierdził, takiego zbrodniarza nie warto było dotykać czystemi rękami. Następnie rozkazywał odprowadzić go do celi, pisał raport i „fartowca“ skazywano na karcer, a potem na pojedynkę aż do odwołania. Piekarni już więcej nie widział.
Raz byłem świadkiem takiego wypadku: Nowoprzybyłych przyprowadzano tu niemal codzień, gdyż pan werkmistrz, mając do wyboru 800 więźniów, często ich zmieniał. Do piekarni bowiem każdy się pchał, myśląc o chlebie, którego tam się nałyka. Otóż jeden nowoprzybyły, który przyszedł z celi głodny, chciał, jak mi mówił, raz się dobrze najeść, a potem umrzeć. Ściągnął bochenek chleba, włożył go za pas i usiadł w ustępie, udając, że załatwia swoją naturalną potrzebę. Przytem smacznie łykał dar Boży. Nie domyślał się nawet biedak, że ten „wcient“ jest znany panu pomocnikowi, którego więźniowie przezwali „Bazyl“.
Ów Bazyl dobrze go obserwował przez judasza i złapał go na gorącym uczynku. Werkmistrz tak go wtedy zbił, że leżał w ustępie bez przytomności ze trzy godziny, a krew waliła mu ustami. Więźniowie widząc to, zaczęli szeptać między sobą. Przybył też i felczer, obejrzał go, posmarował mu czoło jodyną i oświadczył, że napisze raport, iż ten więzień, nie chcąc pracować, symuluje, udając chorego. Widziałem też, jak ten pan „doktór“, za którego się uważał i jak kazał się tytułować, wyniósł w gazecie zawiniątko, wychodząc od pana werkmistrza. Zapewne otrzymał tam w nagrodę ze dwa świeżutkie bochenki chleba.
Czytelnik zapewne pomyśli, że gdy tak pilnowano i karano, to nikt chleba nie jadł; ale myli się okropnie. Jestem pewny, że gdyby dali więźniowi dosyta najeść się chlebem, mniej straciliby na tem. Każdy z więźniów kradł i niszczył chleb na każdym kroku. Chowano po takich dziurach, że nikomu nigdyby na myśl nie przyszło, że tam można schować coś do jedzenia. Chowali chleb w luftach, w węglu, pod drzewem, w śmieciach, w rezerwuarku ustępu. Używano różnych kombinacyj, by przeszmuglować go potem do celi i sprzedać za tytoń. Jak pracowało nas na piekarni około czterdziestu więźniów, każdy zosobna kradł dla siebie i chował do swoich kryjówek. Nikt cudzej kryjówki nie tknął. Bywało też, że jeden umawiał się z drugim i do spółki kradli chleb, by go zjeść po połowie. Chleb ważył najmniej trzy funty, a jeden nie poradziłby prędko go zjeść. Gdy zaś który nie miał wspólnika, sam zjadał wiele mógł, a resztę spuszczał z wodą w ustępie, by zatrzeć ślady.
Po skończeniu pracy przy rewizji obmacywano nas dokładnie, a jednak chleb wynoszono. Przywiązywano go sobie między nogami, na plecach, przy karku, w rękawie; używano jeszcze wielu innych oryginalnych sposobów. Nas było około czterdziestu, Bazyl był jeden. On nas pilnował, a my jego jeszcze lepiej. Zawsze udawało nam się go otumanić, nie tym sposobem, to innym.
Najłatwiej było wynieść chleb z piekarni, gdy brano nas w dzień do czyszczenia piekarni albo do innej jakiejkolwiek pracy. Bazyl wówczas nie rewidował nas, myśląc, że chleba nie piekliśmy, więc go nie mamy. Z ekspedycji chleba ułożonego już na pólkach nikt z nas nie tknął sam, wiedząc, że jest policzony. Kradziono tylko przy wypieku z pieca. Później już Bazyl połapał się i liczył surowe kawałki ciasta przygotowane do wałkowania chleba. Ale i teraz starano się dorzucać, kiedy nie widział, i kradziono tyle, wiele dorzucono. Kiedy liczba się zgadzała, dawał nam spokój i mogliśmy prędzej ukrytą zdobycz jako tako przenieść do celi.
Pewnego razu byłem bardzo głodny, więc skradłem bochenek gorącego chleba i jak zwykle włożyłem go sobie za pas, przyciskając brzuchem; myślałem, że schowam go w swojej „melinie“, a później, kiedy trochę ostygnie, to go zjem. Zauważyłem, że Bazyl ma mnie na oku i nie mogłem wyjąć chleba. Brzuch parzył mnie okropnie, tak że nie mogłem wytrzymać. A ten jakby naumyślnie chodził za mną krok w krok. Myślałem wciąż, że mnie śledzi; na złodzieju czapka gore. Nareszcie znalazłem okazję, by wyrzucić bochenek pod worki z mąką. Cały brzuch był poparzony. Bolało mnie kilka tygodni, ale balem się iść do felczera.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Icek Boruch Farbarowicz.