Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nachalnik, to ty?
Usiadłem na łóżku.
— Tak, to ja, ale nie mogę sobie niczego przypomnieć.
Zbliżył się do mnie i szepnął mi kilka słów do ucha, poczem już padliśmy sobie w objęcia.
Cała cela patrzyła zdziwiona, a śmietanka kolejno ściskała mi rękę. Momentalnie ściągnięto mnie z łóżka i zasiadłem na honorowem miejscu przy Dyrdzie.
Na moją cześć wyciągnięto z ukrycia dwie butelki wódki i pito za moje zdrowie i za zdrowie wszystkich złodziei.
Nikt nie śmiał pytać, co za tajemnica nas łączy; jednakże zmiarkowali, że należę do „lepszych“ i potraktowano mnie jak swego.
Grubas miał sześć lat za kantor wymiany, gdzie chciał się przekonać, czy stojąca tam kasa ogniotrwała zawiera coś z gotówki i dlatego ją rozpruł. Znałem się z nim z Niemiec, gdzieśmy nawet raz wspólnie „zgrzeszyli“. Był on Warszawiakiem. Dziś mieszka w Poznaniu, ma dwa składy obuwia i mówi sam, że jest porządnym człowiekiem, za jakiego też tam uchodzi.
Po spożyciu kolacji i wypiciu wódki, humory poprawiły się. Zaproszono frajerów, aby nam śpiewali złodziejskie piosenki. Jeden chłopiec śpiewał nam zacną złodziejską piosenkę, a miał śliczny głos:

Jak mnie prowadzili, muzyka grała,
Matka zemdlała, kochanka płakała,
Nie chciałem słuchać ojca i matki,
Muszę teraz siedzieć w klatce.

Nie słuchałem siostry, brata.
Przez co siedzę cztery lata,
Prokurator nauczył mnie czytać i rachować,
A pan sędzia ukraść i dobrze schować i t. d.

Śpiewano dużo innych piosenek. Dyrda, z radości, że niezadługo będzie mógł kraść nanowo, ryczał na cały głos, aż oddziałowy, który był „blatny“ i który gości puszczał tu bez wiedzy wyższej władzy, a który jak mi się zdaje także wódki dostarczał, zwrócił mu uwagę, aby się ciszej zacho-