Strona:Urke Nachalnik - Żywe grobowce.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poruszył wargami, momentalnie był przy nim. Obmacywał go dokładnie, zaglądał mu do ust, gdy zaś ustalił, że więzień jadł chleb, odprowadzał go natychmiast do dyżurki pana werkmistrza. Ten wówczas wołał groźnie:
— Wiedziałeś, że chleba nie wolno jeść?
— Wiedziałem, panie werkmistrzu, — odpowiadał zwykle więzień.
— A dlaczego, zbrodniarzu, jadłeś, gdyś wiedział, że nie wolno?
— Jeść mi się chciało, panie werkmistrzu.
Wówczas pan werkmistrz wpadał w furję wściekłości.
— Czy wam na oddziele żreć nie dają? Mało ci wieczorem funt chleba po skończeniu pracy? Na wypas przyszedłeś do więzienia, złodzieju jeden!
Kara zwykle kończyła się na tem: gdy delikwent był zawodowym piekarzem albo już się nauczył roboty, skazywał go pan werkmistrz na pozbawienie zarobionego przy pracy chleba na dwa tygodnie. A jeśli powtarzało się to po raz drugi, pisał piękny raport i więzień wędrował na dodatek do karceru. Karcer zależał już od humoru pana inspektora policyjnego, który odznaczał się srogością i dbał o to, aby sprawiedliwości stało się zadość.
Za te przestępstwa najprędzej wpadali nowicjusze i niefachowi piekarze. Nie wiedząc, jak sobie poradzić, najłatwiej wpadali w wszystkowidzące oko pana dozorcy. Karę wymierzano takiemu z całą srogością. Pan werkmistrz skopał go przyzwoicie nogami, — jak twierdził, takiego zbrodniarza nie warto było dotykać czystemi rękami. Następnie rozkazywał odprowadzić go do celi, pisał raport i „fartowca“ skazywano na karcer, a potem na pojedynkę aż do odwołania. Piekarni już więcej nie widział.
Raz byłem świadkiem takiego wypadku: Nowoprzybyłych przyprowadzano tu niemal codzień, gdyż pan werkmistrz, mając do wyboru 800 więźniów, często ich zmieniał. Do piekarni bowiem każdy się pchał, myśląc o chlebie, którego tam się nałyka. Otóż jeden nowoprzybyły, który przyszedł z celi głodny, chciał, jak mi mówił, raz się dobrze najeść, a potem umrzeć. Ściągnął bochenek chleba, włożył go za pas i usiadł w ustępie, udając, że załatwia swoją naturalną