Żacy krakowscy w roku 1549/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Żacy krakowscy w roku 1549
Podtytuł Prosta kronika
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wydania 1873
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów-Warszawa
Źródło Skany na Commons\
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.
Rada studentów.
Czemu nie pamiętacie, żaki, że macie dwoje uszu do słuchania, a jedne usta do mówienia?
Nauczyciel do uczniów.

Tegoż samego wieczora, w domku na ulicy Kanonicznej zebrali się studenci. Pełne ich było podwórze, pełne mieszkanie i ulica. Narada odbywała się w środku domu, na podwórzu i ulicy, wrzaskliwa, pełna kłótni i swaru. Czasem uciszali się na chwilę, występował mowca, krzyczał. przeklinał i płakał w swej dzikiej mowie, wymowniejszy jednakże bez wątpienia od wielu owego czasu suchych, długich. usypiających oracyj, bez których się nie mógł obejść pogrzeb ani wesele, chrzciny, zaręczyny i biesiady.
W środku domku byli ci, którzy wiekiem i uważeniem między swemi celowali, tam nie rozumiejąc sami siebie wszyscy sobą zajęci buczeli razem, usiłując próżno nawzajem nakłonić siebie do milczenia i słuchaniu.
— Bracia! odezwał się jeden z pomiarkowańszych wstępując mi stołek — posłuchajcie mnie chwilę, proszę o głos! cicho! panowie bracia!
— Nic nowego nie powiesz! zakrzyknięto ze stron wszystkich — stare biedy tylko będziesz powtarzał, lecz czy możesz dać nam radę?
— Dam — odpowiedział mowca trąc dumnie ręką po czole — dam, posłuchajcie chwilę.
— Chwilę! — krzyknęli wszyscy, słuchamy! Mowca powiódł z góry wzrokiem po słuchaczach i tak zaczął:
— Mówicie Waszmość wszyscy że nie ma już dla nas ratunku, ja zaś tego nie widzę, bylebyśmy chcieli czynić wszystko z pomiarkowaniem i powoli.
— Powoli? przerwał jeden, nim słońce wejdzie rosa oczy wyje. Czego czekać? żeby i resztę nas pobili?
— Dajże mi kończyć, zawołał mowca. — Nie chciałem abyście czekali, ale też wymagać nie można aby spiesząc się dla nas ze sprawiedliwością, połamano zwyczaje i prawa.
— Przekupiony! krzyknięto w tłumie.
— Cicho! odezwali się insi, niech mówi, co ma powiedzieć.
Scrutinium i rozeznanie sprawy, mówił dalej student, zrobiono jak się należało. Bo choć my prawa nie znamy, mówili ci, co na tem zęby zjedli, że rzecz szła porządnie. Pokazało się oczywiście że ks. Czarnkowski jest niewinny i żeśmy go niesłusznie oskarżyli.
Ledwie miał czas tych słów dokończyć, wrzaski dalej mówić mu nie dały, zakrzyczano ze wszystkich stron, że był ujęty i przekupiony.
— Jakto niewinny? silniej od innych zawołał jeden bliżej stojący, alboż my oczu nie mamy? czyśmy go wszyscy nie widzieli?
— A jednak, rzekł mowca, nikt na to przysięgać nie chciał. Można się pomylić, panowie bracia, ale nie ma wstydu, a raczej cnota obaczywszy się w błędzie, poprawić. Ksiądz jest niewinny, słudzy jego uwięzieni ukarani zostaną.
— Przekupiony! wrzasnęli wszyscy okropnie — nakazano ci tak mówić, kazano! precz z nim! przez okno go! zawiązać mu gębę niech drugich nie psuje!
— Słuchajcie! zakrzyczał mowca głośniej jeszcze.
— Na rany Boskie wam przysięgam, na zbawienie moje, że to co mówię z własnego przekonania. Słuchałem i patrzyłem na wszystko nie tak jak bym był obrażony, ale jak z boku obojętny i sprawiedliwy człowiek, przekonałem się.
— Cicho, cicho, przekupiony! zagłuszyli go wszyscy.
— Pokażcie mi tyle złota, niezrażony mówił dalej student, tyle złota, choćby w nowym świecie gdzie nim pono rzeki płyną, któreby mogło odmienić zdanie moje. Wiecie, że w ostatnim rozruchu straciłem krewnego brata, i myślicież że mi jego krew choć jedną noc dała przespać spokojnie? Nie — nie — nie dam, nie dałbym się przekupić. Lecz posłuchajcie i rozważcie sprawę zimnym umysłem, a sami to poznacie co mówię, i zamiast czynienia rozruchów, wrócicie do nauk spokojnie, czekając aż król ukarze winowajców.
Lecz już mimo wysileń dłużej mówić nie mógł, tłum otaczający go, tak był daleki od dzielenia z nim zdania, że niektórzy plwali na niego tupając i wrzeszcząc, aby prędzej mówić przestał. Trudno im jednakże było dokazać tego, póki jeden z zapaleńszych nie pochwycił za nogę stołka na którym stał i nie wywrócił ich razem. Mowca stojący na nim padł i trafiwszy nieszczęściem głową o krawędź bliskiego okna, rozbił sobie do krwi skronie. Na widok krwi odskoczyli wszyscy na bok przestraszeni spoglądając po sobie, krzykliwy tłum zamilkł, jakby czarami zmuszony do uciszenia się, a mowca nie zważając na ranę, porwał się szybko i krzyknął z większym jeszcze zapałem:
— Zbieracie się pomścić za krew sierot naszych, a jednego ze swoich zabijać chcecie?
— Nikt cię nie chciał zabić, odezwał się jeden, upadłeś przypadkiem.
— Widziałem przecie ja i wszyscy, jak ten oto co tak kryje twarz, stołek wywrócił podemną.
— Ale o to mniejsza, rany moje nic nie znaczą! większy wstyd temu, kto na swoich podstępami wojuje. To mówiąc mężnie otarł się suknią i stanął spokojnie patrząc na nich. Drugi wystąpił natychmiast i znowu zawołał:
— Słuchajcie! milczeli wszyscy, on brew namarszczył, ręce wyciągnął i zawołał:
— Kłamie kto mówi, że ks. Czarnkowski winnym nie jest. Pytajcie o to całego miasta, całe miasto powie że winien — wszyscy prócz jego przyjaciół, którzy się zapierają sprawiedliwości dla dogodzenia jednemu człowiekowi, prócz tych co zamykają oczy na łzy i ucisk biednych.
— Możecież powiedzieć, wy obrońcy Czarnkowskiego, że głos tylego ludu jest fałszem? nieznacież upoważnionego wiekami przysłowia — Vox populi, vox Dei?
— Cóż są za dowody jego niewinności? że przysięgać nie chciano? A toć sługa jego przyjaciela przysiągł, widzieliście sami jak go przed królem jeszcze odstępowali własne świadki i wezwani na pomoc przeciw niemu świadczyli? Kłamie więc kto mówi że jest niewinnym, a gdy tak jest na cóż się ociągać, dobra sprawa nie potrzebuje powolnego postępowania. Zły niech się namyśla co ma robić, my idźmy się domagać sprawiedliwości, póki nam jeszcze nikt tego nie broni.
— A jeśli jej nie odbierzem?
— Jeśli jej nie odbierzem, pochwycił drugi z zapałem, pójdziem ztąd, opuścim nauki, opuścim Kraków i Polskę. Nie tyle świata co w oknie, pójdziem dalej. A zacz tu naszego co zostanie, poczembyśmy płakali, którenże ma kogo żałować, lub takiego co by go żałował? Co nas tu trzyma? Pamiętacie jeszcze może ten wiersz który nam niedawno tłómaczył ks. Adalbertus w poetyce:
Omne solum forti patria est, ut piscibus aequor.
— Co znaczy jeśliście zapomnieli, że mężnym i stałym każden kraj jest ojczyzną, jak rybie woda. Gdzie pójdziem wszędzie lepiej nam będzie jak tutaj. Niech pustkami stoją kolegia, niech nauki wyglądają napróżno ktoby przyszedł po nie, wszędzie jest litość i chleb dla biednych — wszędzie są nauki — pójdziem w świat!
— Pójdziem w świat! powtórzyli wszyscy, tak! pójdziem! — Powiemy im to w oczy, powiemy samemu królowi, że jeśli nas sprawiedliwość ominie, noga nasza nie postanie tutaj. — Zgoda?
— Zgoda!
— Bodaj przepadł marnie kto słowa nie dotrzyma.
— Bodaj przepadł! W świat! w świat!
— W świat! powtórzyli wszyscy.
I jeden z nich stanął w oknie i odezwał się machając ręką na znak aby się uciszyli do tych, którzy stali na dziedzińcu i podwórzu.
— Słuchajcie!
Ucichły wrzaski, i szmer tylko jakby mruczenie fali ulatywał po nad głowami tłumu.
— Słuchajcie!
Czy przyrzekacie jeśli nam sprawiedliwości na ks. Czarnkowskiego odmówią, czy przyrzekacie opuścić wszyscy razem miasto, kraj i nauki?
— Pójdziem! wrzasnął tłum jednogłośnie. Pójdziem choć na koniec świata, pójdziem ztąd!
Mówca słuchał chwilę tego krzyku rozlegającego się długo w około, potem machnął ręką i zlazł z okna uradowany. — Teraz, — zawołał, zostaje nam tylko panowie bracia iść znowu do króla i domagać się póty o karę na księdza, póki nam jej zupełnie nie odmówią.
— Tak! tak!
— A potem —
— W świat! — krzyknęli wszyscy — Bóg nas nie opuści. — Mowca znowu wlazł na okno i machnąwszy ręką czekał póki ucichli i odezwał się:
— Do domów, panowie bracia, dość wrzasku i krzyku, jutro reszta sprawy a potem w świat.
— W świat! w świat!
Z tym krzykiem głuchym a przeraźliwym, złożonym z kilkuset różnorodnych głosów, cienkich, wrzaskliwych, grubych i cichych, tłum powoli rozpływać się zaczął w różne strony. Widząc to mowca zlazł z okna, pożegnał jeszcze skinieniem ręki kilku znajomych i powoli, powoli mało kto znalazł się na ulicy, przechodnie mijali się tylko i cichość powróciła.
A z krat jednego okna mieszkania biskupa Samuela ktoś zatrzasnąwszy za sobą okno usunął się szybko. Był to sam biskup, który słuchał wszystkiego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.