Śród lasów Północy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jack London
Tytuł Śród lasów Północy
Pochodzenie Serce kobiety
(zbiór opowiadań)
Data wydania 1925
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. „In the Forests of the North“ ze zbioru „Children of the Frost“
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ŚRÓD LASÓW PÓŁNOCY


Gdy przebyć już uciążliwą drogę poza ostatnie rzadkie karłowate zarośla, w samo serce wielkiej pustyni śnieżnej — znaleźć tam można olbrzymie obszary leśne i wesołe przestworza łąk. Świat dopiero dowiaduje się o tem. Od czasu do czasu badacze krajów polarnych odkrywali rzeczy podobne, lecz dotychczas nigdy nie wracali, by obwieścić nowiny te światu. Pustynie lodowe — tak właśnie — pustynie, jałowe ziemie koła biegunowego, Sahara północy, posępne i mroczne schronisko wołu piżmowego i chudych wilków równinnych. W tym stanie ujrzał kraje owe Avary Van Brunt: bezduszne, niewesołe, porosłe wątłym mchem, pokryte liszajami, chłodne i niegościnne. Takiemi je widział, póki nie dotarł do miejsc znaczonych po mapach czystym papierem i nie trafił tam na bogate lasy sosny kanadyjskiej, o jakich nie marzył nawet, oraz na nieznane dotychczas plemiona Eskimosów. Avary Van Brunt pragnął (i cel ten przyświecał mu dla zdobycia sławy) — wypełnić owe czyste miejsca map czarnemi sztrychami łańcuchów górskich, plamami dolin, krętemi linjami rzek. Podwójną tedy radość sprawiało mu myślenie o prawdopodobnych kompleksach lasów i nieznanych gatunkach drzew.
Avary Van Brunt czy też pełnym tytułem: profesor Towarzystwa Geologicznego A. Van Brunt, był zastępcą kierownika całej wyprawy i bezpośrednim dowódcą tej części ekspedycji, którą prowadził drogą okrężną do pewnego rękawu rzeki Thelona. Z oddziałkiem swym zbliżał się teraz ku jednej z owych, na żadnej mapie nieznaczonych, wiosek. Za nim postępowało ośmiu ludzi: dwaj z nich, francusko-kanadyjscy voyageurs, reszta zaś — rośli Metysi z Manitoba. On sam tylko był czystej krwi anglo-sasem i w żyłach tętniły mu żywo tradycje rasy. Clive i Hastings, Drake i Raleigh, Hengest i Horsa, szli za nim. Jemu pierwszemu ze wszystkich rodaków wypadło wejść do owej wsi północnej. Myśl ta rozsadzała mu pierś uczuciem triumfu i upojenia. Towarzysze podróży spostrzegli, iż krok jego sam przez się stał się szybszy, a zmęczenie znikło.
Wieś opustoszała, tłum mieszkańców wyległ na spotkanie: mężczyźni na przedzie, z łukami i włóczniami groźnie zaciśniętemi w pięściach, kobiety i dzieci, nieśmiało postępujące z tyłu. Van Brunt podniósł prawą rękę na znak pokoju, — gest wspólny wszystkim narodom, — i krajowcy odpowiedzieli nań znakiem pokoju. Jednak ku rozczarowaniu Brunta z tłumu wybiegł człowiek odziany w skóry i wyciągnął rękę z dobrze znajomem poufałem „Hello“! Twarz pokrywał mu zarost, policzki i czoło spalone były na bronz, jednak Van Brunt poznał odrazu w nim człowieka swojej rasy.
— Kto pan jesteś? — zapytał, chwytając wyciągniętą dłoń — Andrée?
— Kto to jest Andrée? — zapytał z kolei człowiek ubrany w skóry.
Van Brunt popatrzył nań uważnie:
— Oho! Widzę, że pan mieszka tu już kawałek czasu!
— Pięć lat — odrzekł człowiek w futrach, z bladym błyskiem dumy w źrenicach. — Ale chodźmy pogadać.
— Niechaj rozbiją namioty koło mnie — dodał, widząc spojrzenie, rzucone przez Van Brunta na oddziałek. — Stary Tantlatch zajmie się niemi. Chodźmy.
Ruszył naprzód wielkiemi krokami. Van Brunt szedł za nim przez całą osadę. Jurty ze skór jelenich porozrzucane nieprawidłowo stały w miejscach, gdzie znajdowały grunt najodpowiedniejszy. Van Brunt wodził okiem i coś liczył.
— Dwieście osób, nie licząc dzieci — oznajmił rezultat kalkulacji.
Człowiek w skórach skinął głową.
— Mniej więcej. Ale ja mieszkam trochę na boku od tego tłumu, tak bardziej samotnie, etc... Proszę siadać! Z przyjemnością będę jadł razem, kiedy pańscy ludzie coś ugotują. Zapomniałem już, jak smakuje herbata... Pięć lat nie piłem, nie widziałem nawet! Czy mogę poprosić o tytoń? ...A-h, dziękuję. I fajkę. Doskonale! Jeszcze zapałeczki i zobaczymy, czy to zielsko straciło swój czar.
Pociągnął zapałką i z troskliwą starannością człowieka leśnego chronił jej nikły płomyk, jakgdyby więcej ognia nie było już na całym świecie. Zaciągnął się pierwszym haustem dymu, w cichym skupieniu zatrzymał na chwilę oddech, aż wreszcie wypuścił zwolna i uroczyście białe smugi po przez wysunięte wargi. Głowę odchylił wstecz, twarz mu złagodniała i oczy zaszły lekką mgiełką. Westchnął głęboko z szczęśliwym wyrazem najwyższego zadowolenia. Później rzekł nagle:
— Boże! jakie to dobre!
Van Brunt skinął głową:
— Pięć lat, jak pan mówi?
— Pięć lat — człowiek westchnął znowu. — Chce pan pewno wiedzieć, jak to było. Rozumie się, to interesujące, bardzo ciekawa sytuacja i t. d. Dużo, dużo. Przyszedłem z Edmontem na woły piżmowe i, jak Pike i tylu innych zresztą, miałem swoje niepowodzenia, zgubiłem oddział, straciłem ekwipunek. Głód, przemęczenie, zwykłe historje, jedyny żywy, jak się to mówi, i t. d. póki nie przywlokłem się na czworakach do Tantlatcha.
— Pięć lat — zamruczał Van Brunt, zdając się szukać czegoś wśród wspomnień przeszłości.
— Pięć lat minęło w lutym. Przekroczyłem Great-Slave w początkach maja.
— Pańskie nazwisko — Fairfax? — przerwał Van Brunt. — Chwileczkę... John, zdaje się tak: John Fairfax.
— Skąd pan wie? — leniwie zagadnął Fairfax, zajęty głównie puszczaniem kół dymu w nieruchome powietrze.
— Gazety były w swoim czasie pełne tego. Prevanche...
— Prevanche! — Fairfax wyprostował się z nagłą uwagą. — Zgubiliśmy go w górach Dymiących.
— Tak, ale wygrzebał się stamtąd i wrócił.
Fairfax odchylił znów głowę i zaczął puszczać dym.
— Cieszę się — mówił w zamyśleniu — Prevanche był niezły chłopak, choć miał szczególne poglądy na zaprząg rzemienny. Wydostał się? Pięknie — bardzo się cieszę.
— Pięć lat... — Van Brunt powtarzał wciąż te słowa i niewiadomem skojarzeniem wychylała się doń z pamięci twarz Emilji Southwaithe. Pięć lat... Klucz dzikich ptaków zawarczał nad ich głowami, na widok osady zmienił kierunek i w blaskach słońca pociągnął na zachód. Van Brunt wyjął zegarek. Była pierwsza po północy. Obłoki w kierunku bieguna były krwisto czerwone, a z południa skośne promienie napełniały ciemne lasy posępną poświatą. Powietrze stało nieruchomo, igły sosen nie drgały, najmniejszy dźwięk w obozowisku brzmiał jasno i wyraźnie, jak brzęk trąb. Pod wpływem tej ciszy Metysi i voyageurs gawędzili półgłosem, kucharz zaś ostrożnie przestawiał patelnie i kociołki. Gdzieś daleko płakało dziecko, a w głębi lasu, dźwięcząc, jak cienka struna srebrna, drgał głos kobiecy w żałosnej piosence: — „O-o-o-o-o-o-haa-ha-a-ha-aa-a. O-o-o-o-o-o-a-ha-a-ha-a“.
Van Brunt wzdrygnął się z zimna i zatarł ręce.
— Tam zadecydowano, żem umarł? — zapytał Fairfax.
— No — pan nie wracał, tak że przyjaciele pańscy...
— Prędko zapomnieli. — Fairfax roześmiał się chłodno i wyzywająco.
— Dlaczego pan nie wrócił?
— Potroszę, jak sądzę, nie chciało mi się, a potroszę okoliczności odemnie niezależne. Otóż ten Tantlatch, kiedym go poznał, leżał ze złamaną golenią — bardzo brzydkie pęknięcie — złożyłem mu i postawiłem go na nogi. Zostałem tu czas pewien, aby nabrać sił. Byłem pierwszym białym, jakiego Tantlatch widział i wydałem mu się oczywiście mądry. Pokazałem tu masę nowych rzeczy. Nauczyłem plemię nowej taktyki walk, dzięki czemu pokonali cztery inne wsie (których pan jeszcze nie widział) i rządzą krajem. Rzecz prosta, nabrali wielkiej admiracji do mnie, tak że kiedy wybierałem się w drogę, nie chcieli o tem słyszeć. Byli aż zanadto gościnni. Przystawili mi paru drabów i pilnowali dniem i nocą. Później znów Tantlatch wyłożył mi przyczyny właściwe, że się tak wyrażę, i choć nie miało to wielkiego znaczenia, ale tak, czy owak, pogodziłem się z tem, że zostanę.
— Znałem pańskiego brata we Fryburgu. Jestem Van Brunt.
Fairfax z nagłym wylaniem pochylił się naprzód i uścisnął rękę:
— Byliście przyjacielem Billy? — Ha! Biedny Billy! Często mówił o was.
— Dziwne spotkanie, swoją drogą — dodał, spojrzawszy dookoła i przysłuchawszy się przez chwilę żałosnej pieśni kobiecej.
— Męża jej zdławił niedźwiedź, ona zaś bierze to bardzo do serca.
— Psie życie! — Van Brunt ruchem ust wyraził swój wstręt. — Mam nadzieję, że po pięciu latach takiej egzystencji cywilizacja będzie miała swój urok. Cóż powiecie?
Twarz Fairfaxa wyraziła upór.
— Nie wiem. To są przynajmniej uczciwi ludzie i żyją w zgodzie ze swoimi zapatrywaniami. Niema w nich żadnych komplikacji, niema tysiąca i jednego rozgałęzień każdego uczucia. Kochają, boją się, nienawidzą, gniewają i cieszą w zrozumiały, wyraźny i jasny sposób. Być może, że jest to życie zwierzęce, ale w każdym razie jest to życie łatwe. Niema kokieterji, ani igrania uczuciem. Jeżeli kobieta kocha — nie zawaha się powiedzieć tego, jeżeli nienawidzi — powie również, a później, o ile chcecie, możecie ją wytłuc. W każdym razie ona wie doskonale, co wy myślicie, a wy wiecie, co ona myśli. Niema pomyłek ani nieporozumień. Ma to swój urok po kapryśnej gorączce cywilizacji. Rozumiecie?
— Tak. To jest dobre życie — dodał po pauzie — wystarczająco dobre dla mnie i nie mam zamiaru go zmieniać.
Van Brunt w zamyśleniu schylił głowę. Niedostrzegalny uśmiech przewijał mu się po wargach. — Fairfax również — myślał — bardzo mocno wziął to do serca, że Emilja Southwaithe została wypadkiem porwana przez niedźwiedzia. A Carlton Southwaith był niezgorszym niedźwiedziem.
— Myślę jednak, że pojedziecie ze mną — wyrzekł powoli Van Brunt.
— Nie, nie pojadę.
— Owszem, pojedziecie.
— Życie tu jest zbyt łatwe, powtarzam. — Fairfax mówił zdecydowanie. — Rozumiem wszystko i wszyscy mnie rozumieją. Zima i lato następują kolejno, jak cień i światło wzdłuż prętów sztachety, gonitwa blasku i ciemności, czas mija i życie upływa, a później... płacz wśród lasów i mrok. Słuchajcie.
Wyciągnął rękę i, jak srebrna nitka, żal kobiecy zadzwonił wśród milczenia i ciszy. Fairfax zcicha zawtórował pieśni „O-o-o-oo-o-haa-ha-a-ha-aa-a. O-o-o-o-o-o-a-ha-a-ha-a“. — Czy nie słyszycie tego? nie widzicie? Żal kobiecy, śpiew pogrzebowy, włosy moje, zmienione w siwe kędziory i skóry patrjarsze, rzucone na ramiona w dzikim przepychu? Oszczep łowiecki tu, obok? Któż powie, że to złe?
Van Brunt popatrzał nań z zimną krwią.
— Fairfax — jesteście poprostu głupi. Pięć lat takiego życia wystarczy, żeby zamącić najmocniejszego człowieka. Jesteście w podnieconym, niezdrowym stanie. Pozatem — Carlton Southwaith umarł.
Van Brunt nabił fajeczkę i zapalił, obserwując jednocześnie z pod oka, z zaciekawieniem prawie zawodowem. Oczy Fairfaxa zabłysły na chwilę, ścisnął pięści i uniósł się, by powstać. Później muskuły osłabły, pogrążył się w zamyśleniu. Michael, kucharz, dał znać, że wieczerza gotowa, ale Van Brunt gestem kazał mu zaczekać. Cisza zwisła ciężko i Van Brunt począł analizować zapachy leśne: woń spleśniałych, gnijących roślin, żywiczny posmak igieł i szyszek sosnowych, jałowcowy dym licznych ognisk biwaku. Podwakroć Fairfax podnosił oczy i nie przemawiał. Wreszcie zapytał:
— A Emilja?
— Owdowiała przed trzema laty i zamąż nie wyszła.
Znów zapadło długie milczenie. Wreszcie Fairfax przerwał je z naiwnym uśmiechem:
— Myślę, że macie rację, Van Brunt. Pójdę z Wami.
— Wiedziałem, że pójdziecie — Van Brunt położył dłoń na ramieniu Fairfaxa. — Nie mam rzecz prosta pewności, ale zdaje mi się, że starano się o nią.
— Kiedy ruszamy? — przerwał Fairfax.
— Jak ludzie odpoczną. To mi przypomina, że Michael się gniewa. Chodźmy jeść.
Po wieczerzy, kiedy Metysi oraz voyageurs zachrapali owinięci w koce — oni obaj zostali przy dogasającym ogniu. Wiele było do opowiadania — wojny i polityka, wynalazki, czyny ludzkie i losy ludzkości, wspólni przyjaciele, wesela i zgony, — historja pięciolecia, którą Fairfax chciał poznać.
— Otóż flota hiszpańska zablokowana została w Santiago — mówił Van Brunt, gdy zbliżyła się do nich młoda kobieta i zatrzymała obok Fairfaxa. Szybko spojrzała w jego oczy, a później zatrzymała wzrok niespokojny na Van Bruncie.
— Córka wodza Tantlatcha, coś w rodzaju księżniczki — przedstawił Fairfax, rumieniąc się. — Jedna z właściwych przyczyn, które mnie tu zatrzymały. Thom, to jest Van Brunt, mój przyjaciel.
Van Brunt wyciągnął rękę, ale kobieta trwała w surowym, spokojnym bezruchu, odpowiadającym w zupełności jej wyglądowi. Żaden rys jej twarzy nie drgnął, ani jedna linja nie złagodniała. Patrzyła mu prosto w oczy przenikliwem, pytającem, badawczem spojrzeniem.
— Nie dużo rozumie — rozśmiał się Fairtax. — To pierwsza jej prezentacja. No, cośmy tam mówili o flocie hiszpańskiej w Santiago?
Thom usiadła na ziemi obok męża, zachowując nieruchomość bronzowego posągu i tylko jej oczy z upartą badawczością przebiegały z twarzy na twarz. Zaś Avary Van Brunt, ciągnąc swą opowieść, czuł się skrępowany tym niemym spojrzeniem. Wyjaśniając opisowo bitwę, odczuwał nagle utkwione w siebie czarne źrenice — jąkał się, gubił i znów chwytał z wysiłkiem stracony wątek myśli.
Fairfax, objąwszy rękoma kolana, nie wypuszczając fajeczki z zębów, popędzał go niecierpliwie przy każdym zatrzymaniu i na nowo konstruował sobie świat o którym, jak mu się zdawało, zdążył już zapomnieć.
Minęła godzina jedna i druga. Nareszcie Fairfax z niechęcią powstał.
— I Cronje został otoczony — hę? No, poczekajcie chwileczkę. Ja tymczasem skoczę do Tantlatcha. Będzie Was oczekiwał i urządzę tak, żebyście go zobaczyli po śniadaniu. Dobrze?
Fairfax znikł śród sosen, Van Brunt zaś zapatrzył się w ogniste oczy Thom. — Pięć lat — myślał — a liczy nie więcej jak dwadzieścia. Zadziwiająca istota. Jako Eskimoska, powinna mieć maleńki płaski guzik zamiast nosa, tymczasem nos jej nie jest ani szeroki, ani płaski, lecz orli, z delikatnemi, rzeźbionemi nozdrzami, jak u bardzo wykwintnej białej damy. Możesz być przekonany, Van Brunt, że jest tu domieszka krwi indyjskiej. Słuchaj, Van Brunt, nie denerwuj się, nie zje cię przecież. To tylko kobieta i przytem niebrzydka. Oczy duże, dość oddalone od siebie, z bardzo lekkim zaznaczeniem skośnego wykroju mongolskiego. Thom, ty jesteś anomalją. Miejsce twoje nie tu, śród Eskimosów, nawet, jeśli ojciec twój jest Eskimosem. Skąd przybyła twoja matka? babka? — Thom, kochanie, jesteś pięknością zimną, lodową, maleńką pięknością, z lawą Alaski we krwi i, — proszę bardzo — nie patrz na mnie w ten sposób.
Rozśmiał się i powstał. Uparte jej spojrzenie krępowało go. Jakiś pies wałęsał się śród worków z żywnością. Wypędzi rabusia i położy worki gdzieindziej, a tymczasem Fairfax wróci... Ale Thom zatrzymała go, wyciągając rękę i stając wprost przed nim.
— Ty? — rzekła w narzeczu polarnym, które jest prawie jednakie od Grenlandji do przylądka Barrow — Ty?
I szybka zmiana wyrazów twarzy tłumaczyła, o co pytała słowem — „Ty“: — o przyczynę jego istnienia, zjawienia się tutaj, stosunku do jej męża, o wszystko.
— Brat — odpowiedział tym samym narzeczem, wskazując ręką na południe. — Braćmi jesteśmy, mąż twój i ja.
Poruszyła głową:
— Niedobrze, że jesteś tutaj.
— Rankiem odejdę.
— A mąż mój? — zapytała z trwogą.
Van Brunt wzruszył ramionami. Odczuwał pewnego rodzaju ukryte zawstydzenie — nie za siebie — oraz gniew na Fairfaxa. Poczuł, jak krew pali mu policzki, gdy patrzy na tę młodą, dziką dziewczynę. Była tylko kobietą. Wszystko w niej było kobietą... Znowu i znowu ta sama podła historja, stara, jak Ewa, młoda, jak wschodząca jutrzenka miłości.
— Mąż mój! Mąż mój! Mąż mój! — powtarzała gorąco z posępnie namiętną twarzą, z okrutną tkliwością Wiekuistej Kobiety, kobiety-samicy, która patrzyła zuchwale z jej szerokich źrenic.
— Thom — powiedział poważnie Van Brunt po angielsku — urodziłaś się w lasach północy, jadłaś rybę i mięso, borykałaś się z mrozem i żyłaś wśród prostoty przez wszystkie dni życia. Jest przecież całe mnóstwo rzeczy nie tak prostych, spraw, których nigdy zrozumieć nie potrafisz. Nie wiesz, co znaczy tęsknota za piękną głową kobiecą. Kobieta jest cudowna, Thom, kobieta jest szlachetnie piękna. Byłaś kobietą dla tego człowieka i oddawałaś mu się całkowicie, ale wszystko co masz, jest zbyt ubogie, zbyt proste. Ubogie i proste — on zaś jest cudzoziemcem. Nie znałaś go nigdy i nigdy poznać nie potrafisz. Tak już sądzono. Trzymałaś go w ramionach, ale nie posiadłaś serca, serca człowieczego z jego wiosną i jesienią, z jego snami o śmierci barbarzyńskiej. Marzeniem, straconym marzeniem był dla ciebie. Chwytałaś odbicie, pojmałaś cień i drzwi otworzyłaś widmu męża. Tak działo się niegdyś z córami ludzkiemi, których piękno wybrali bogowie. I, Thom, o Thom, nie chciałbym być Johnem Fairfax w bezsenne godziny lat, które nadejdą, w noce bezsenne, gdy oczy nie dostrzegą słonecznej poświaty włosów kobiety, spoczywającej u jego boku, lecz widzieć będą ciemne warkocze żony, zgubione daleko śród lasów północy.
Thom, nie rozumiejąc, słuchała z napięciem, jakgdyby życie zależało od słów jego. Zdołała przecież schwytać tylko imię swego męża i zawołała po eskimosku:
— Tak! Tak! — Fairfax! Mąż mój!
— Biedna, szalona mała, jakże on może być twoim mężem?
Thom nie rozumiała jego angielskich słów — więc zdało jej się, że Brunt szydzi, że się śmieje. Niemy, nieokiełznany gniew kobiety-samicy zamigotał w jej twarzy i mężczyzna odniósł wrażenie, że przygięła się ku ziemi, niby pantera do skoku.
Brunt z cicha przeklął sam siebie. Później dostrzegł, jak z policzków znikły barwy gniewu i zamiast nich zapłonął delikatny, jasny rumieniec kobiety proszącej o pomoc, kobiety, która odrzuca siłę i mądrze przywdziewa zbroję swej słabości.
— On jest mężem moim — rzekła pokornie. — Nie znałam nigdy innego. Nie może stać się, abym innego zaznała. I stać się nie może, aby on odszedł odemnie.
— Kto mówił, że cię porzuci? — zapytał pół rozgniewany, w połowie bezradny.
— To ty powinieneś mi powiedzieć, że on nie odejdzie — odrzekła łagodnie, z łkaniem w głosie.
Van Brunt odepchnął gniewnie nogą gorący popiół ogniska i usiadł.
— Ty powinieneś to powiedzieć. On jest mężem moim. Wobec wszystkich kobiet — jest moim mężem. Tyś wielki, tyś silny, a ja, widzisz — słaba jestem. Spojrzyj, leżę u stóp twoich. Ty stanów o moim losie. To twoja sprawa.
— Wstań! — Szorstko poderwał ją z ziemi i powstał.
— Jesteś kobietą i nie powinnaś leżeć w prochu u nóg jakiegokolwiek mężczyzny!
— On — mąż mój!
— Niech więc Bóg przebaczy wszystkim mężczyznom! — krzyknął namiętnie Van Brunt.
— On — mąż mój — powtórzyła monotonnie i błagająco.
— On — brat mój! — odrzekł.
— Ojciec mój jest wodzem Tantlatchy. Panuje nad pięcioma wsiami. Uczynię, że ze wszystkich pięciu wsi przyprowadzą tobie do wyboru dziewczęta, abyś pozostał tu ze swym bratem i żył szczęśliwie.
— Rankiem odchodzę.
— A mąż mój?
— Oto idzie twój mąż. Patrz!
Z ciemnych zarośli rozległ się wesoły śpiew Fairfaxa.
Jak światło ginie w falach mgły, tak śpiew zegnał jasność z jej twarzy.
— To język jego ludu — wyrzekła — język jego ludu!
Zawróciła gibkim, swobodnym ruchem młodego zwierzęcia i pobiegła w las.
— Wszystko urządzone — krzyknął Fairfax, zbliżając się — jego królewska mość przyjmie was po śniadaniu.
— Czy powiedzieliście mu co? — zapytał Van Brunt.
— Nie. I nie powiem nic, póki nie będziemy gotowi do wymarszu.
Van Brunt z miłością i żalem popatrzył na swych śpiących towarzyszy.
— Będę zadowolony, gdy znajdziemy się o sto mil stąd.

Thom uniosła zasłonę u wejścia do jurty ojca. Dwu ludzi siedziało obok niego i wszyscy trzej popatrzyli na nią uważnie. Ale twarz dziewczyny nie wyrażała nic określonego, gdy weszła i zasiadła spokojnie, nie wyrzekłszy ani słowa. Tantlatch stukał palcami po drzewcu oszczepu, spoczywającego na jego kolanach; leniwie przyglądał się smudze promienia słonecznego, który znalazł gdzieś otwór i przeszył świecącą jasnością ciemną jurtę. Po prawej stronie wodza zasiadł Chugungatte, szaman. Obaj byli starzy i znużenie wielu lat patrzyło z ich oczu. Naprzeciwko siedział Keen, młody Indjanin, faworyt całego plemienia. Ruchy jego były szybkie i zwinne, a czarne oczy przebiegały z jednej twarzy na drugą, błyszcząc uwagą i wyzwaniem.
W jurcie panowało milczenie. Od czasu do czasu dobiegały hałasy z obozowiska i zdaleka, jak widma głosów, dochodził spór między dwoma chłopcami w wysokich, przenikliwych podźwiękach. Pies wsunął łeb do środka i przez czas pewien na wilczy sposób łyskał ślepiami, a ślina kapała mu z białych, jak kość słoniowa, lśniących kłów, — później próbował warczeć, ale strwożony bezruchem postaci ludzkich, skulił się i wypełznął wstecz.
Tantlatch apatycznie spojrzał na córkę.
— Twój mąż? Cóż czyni?
— Śpiewa obce pieśni — odrzekła Thom — i twarz jego jest inna.
— Tak. Cóż mówił?
— Nic, ale twarz jego inna, inny blask w oczach. Razem z przybyszem siedzą u ogniska i mówią, mówią i niemasz końca tej rozmowie.
Chugungatte zaszeptał coś do ucha wodza, a Keen pochylił się naprzód i uniósł wpół, przysiadłszy na ziemi.
— Coś wzywa go z oddali, on zaś, jakgdyby słyszał, odpowiada pieśnią w języku swego ludu.
Znowu zaszeptał Chugungatte, Keen pochylił się naprzód, i Thom przestała mówić, aż póki ojciec skinieniem głowy nie dał jej znaku, że ciągnąć może dalej.
— Ty wiesz, o Tantlatch, że dzikie gęsi i łabędzie i małe kaczki rodzą się tutaj śród nizin. I wiesz, że nim mrozy nastaną, odlatują w nieznane kraje. Wiesz także, iż powracają znowu, gdy słońce świeci, a lody roztają. Wzywa je ziemia — i powracają. A dzisiaj cudza ziemia woła męża mego, ziemia, gdzie się urodził — i on chce odpowiedzieć na wezwanie. Ale Fairfax jest mężem moim. Wobec wszystkich kobiet jest mężem moim.
— Czy to dobrze, o Tantlatch? Czy dobrze? — zapytał Chugungatte i cień groźby zabrzmiał w jego głosie.
— Tak, to dobrze! — śmiało zawołał Keen. — Ziemia wzywa dzieci swoje i kraj każdy woła swe dzieci z powrotem. Jak wezwanie słyszy dziki gęsior i łabędź i mała kaczka, tak wezwanie słyszy dziś cudzoziemiec, co zabłąkał się wśród nas, a teraz winien odejść. A pozatem jest zew rodu. Gęsior parzy się z gęsią, łabędź zaś nie parzy się z kaczką. I niedobrze jest, jeśli cudzoziemiec żeni się z kobietą naszego plemienia. Dlatego mówię: niechaj człowiek odchodzi do swoich, niech wraca na własną ziemię.
— Jest mężem moim — odrzekła Thom. — I jest wielkim człowiekiem.
— Tak — jest wielkim człowiekiem — Chugungatte podniósł głowę w przelotnym wybuchu dawnej, młodocianej siły — wielki człowiek! On dał moc twemu ramieniu, o Tantlatch, on dał ci władzę, a imię twoje uczynił strasznem, że dzisiaj lękają się tego imienia i korzą. Ten człowiek jest mądry, umiejętność zaś jego przynosi pożytek. On uczył nas — i oto znamy sztukę wojny, sposoby obrony wsi i ukrycia w lesie, a także sposób przekonywania w kole rady, umiemy ścigać zwierzynę, stawiać sidła, chować żywność, leczyć rany po bitwie czy po łowach. Ty, o Tantlatch, byłbyś dziś kulawym starcem, gdyby cudzoziemiec nie był przyszedł do nas i nie uleczył cię. Zawsze, ilekroć wątpliwość w trudnej sprawie trapiła nas, szliśmy doń, aby mądrością swoją rozstrzygnął. I zawsze rada jego była dobra. Mogą więc znów być sprawy, których nie znamy dzisiaj i znów potrzebować możemy jego mądrości. Nie możemy pozwalać, aby odchodził. Źle jest wypuszczać obcego.
Tantlatch nieprzerwanie stukał palcami po drzewcu oszczepu i nie znać było, czy słyszał co mówiono. Daremnie Thom patrzyła w jego oczy. Chugungatte skurczył się i zgarbił, jakgdyby znowu poczuł brzemię lat.
— Nikt nie zabija dla mnie zwierzyny! — Keen uderzył się wyzywająco w piersi. — Sam biję zdobycz swoją! Raduję się życiu, gdy sam łup swój dościgam. Kiedy czołgam się po śniegu za wielkim łosiem — czuję radość. Kiedy naciągam ze wszystkich sił cięciwę, kiedy wypuszczam strzałę w jego serce — czuję radość. I mięso zdobyczy innego nie tak przyjemny ma smak, jak mięso mej własnej zdobyczy. Raduję się życiu, raduję, żem silny i zwinny, że sam czynię wszystko dla siebie. Jakiż jest inny smak życia, jeśli nie ten właśnie? Pocobym żył, gdybym nie cieszył się sobą i tym, co czynię? Dlatego raduję się i cieszę i wychodzę na bicie zwierza i połów ryby, a przez to, że biję zdobycz i łowię ryby, staję się zręczny i silny. Człowiek który pozostaje w jurcie u ogniska, nie staje się silny i zręczny. Nie jest szczęśliwy, gdy spożywa zdobycz moją, a życie nie jest dlań uciechą. Nie żyje! I dlatego powiadam — niech cudzoziemiec odejdzie. Mądrość jego nie czyni nas mądremi. Jeśli on wie, my nie mamy poco wiedzieć. Gdy trzeba — do niego pójdziemy po radę. Jemy mięso jego zdobyczy i smak jej nie jest przyjemny. Władza nasza spoczywa na jego sile, a to nie daje radości. Nie żyjemy, skoro on za nas żyje. Stajemy się opaśli i podobni kobietom, lękamy się pracy i zapominamy, jak samym czynić sobie wszystko. Puść tego człowieka, o Tantlatch, abyśmy mogli być mężczyznami. Ja, Keen — jestem mężczyzną i sam zabijam zdobycz moją.
Tantlatch obrócił nań wzrok, z którego zdawała się wyzierać beznamiętność wieczności. Keen, pełen nadziei, czekał odpowiedzi. Ale wargi nie drgnęły. I stary wódz zwrócił się ku córce.
— To, co zostało dane, nie może być odebrane. — Gdy cudzoziemiec, mąż mój, nadszedł tutaj, nie znałam mężczyzny, a serce moje cieszyły zabawy dziewczęce, gdy ty, Tantlatch, ty, a nikt inny wezwałeś mnie do siebie i rzuciłeś w ramiona obcego człowieka. Ty, a nikt inny. I jak oddałeś mnie mężczyźnie, tak jego oddałeś dla mnie. On — jest mężem moim. W objęciach moich spał i z ramion moich niewolno go zabierać.
— Dobrze byłoby, o Tantlatch — szybko przemówił Keen — dobrze byłoby pamiętać, iż nie może być odebrane to, co raz dane zostało.
Chugungatte wyprostował się.
— Młodość twoja, Keen, wyrzuca słowa z ust twoich. My zaś, my, ludzie starzy, rozumiemy. Patrzeliśmy także w oczy kobiece i czuli, że krew nasza poczyna goreć dziwną żądzą. Ale lata przechodziły obok nas i poznaliśmy mądrość rady, ścisłość chłodnego rozumu, powolnego czynu. Wiemy, że serce gorące częstokroć zbytnio płonie i skłania do postępków niezgodnych z rozsądkiem. Wiemy, że Keen był przez ciebie, o Tantlatch, łaskawie widziany. Wiemy, że Thom obiecana mu była jeszcze dzieckiem. I wiemy, że nadeszły dni nowe, że przybył cudzoziemiec i, że dzięki mądrości naszej, a dla dobra ludu, Keen stracił Thom i obietnica została złamana.
Stary Szaman zamilkł i popatrzył wprost w oczy młodzieńca.
— I niechaj wiadome będzie, że ja, Chugungatte, doradzałem, aby obietnica została złamana.
— Nie wziąłem innej kobiety w łoże moje — przerwał Keen. — Sam rozpalam ognisko, sam warzę strawę i zgrzytam zębami w samotności.
Chugungatte wyciągnął rękę, dając znak, że nie skończył jeszcze.
— Stary jestem i mówię po namyśle. Dobrze jest być silnym. Lepiej wyrzec się władzy. Lepiej wyrzec się władzy, jeśli przynosi to dobro. Dawnemi czasy siedziałem u twego boku, o Tantlatch, i ważył ci głos mój więcej niż inne, gdy nadchodziły dni próby. Byłem silny i posiadałem władzę. Byłem pierwszym w plemieniu po wodzu. Później przybył cudzoziemiec i widziałem, że jest wielki i mądry i pełen umiejętności. A ponieważ był bardziej mądry i bardziej silny niźli ja, tedy wiedziałem, iż więcej sprawi dobra, niźli ja. I skłoniłeś ucho, o Tantlatch, wysłuchałeś słów moich, cudzoziemiec zaś otrzymał władzę i miejsce śród Rady i córkę twoją, Thom. W dni które nadeszły, plemię żyło dobrze według praw nowych i tak trwać winno dalej, gdy cudzoziemiec zostanie śród nas. Obaj starzy jesteśmy, o Tantlatch, ty i ja — to zaś już sprawa rozumu, nie serca. Wysłuchaj słów moich, o Tantlatch! Wysłuchaj słów moich!
Zapadło milczenie. Stary wódz rozmyślał z niezmąconą pewnością bożka. Chugungatte zdawał się być otoczony obłokami sędziwej starości. Keen z męką wpatrywał się w kobietę, ona zaś, nie widząc go, nie odrywała oczu od twarzy ojca. Wilczar znów uniósł zasłonę i ośmielony, wijąc się na brzuchu, wpełznął do środka. Ciekawie obwąchał zwieszoną dłoń Thom, wyzywająco postawił uszy w stronę Chugungatte’a i płaszcząc się kucnął przed Tantlatchem. Oszczep stuknął o ziemię, pies z wystraszonym poszczekiem skoczył w bok, kłapiąc zębami w powietrzu, i długim susem wyprysnął z jurty.
Tantlatch spoglądał po kolei na twarze, badał każdą z nich długo i uważnie. Później dźwignął głowę z wyrazem nieokrzesanego majestatu barbarzyńcy i równym, chłodnym głosem podał decyzję.
— Człowiek pozostaje. Zwołajcie łowców. Poślijcie gońca do sąsiedniej osady z rozkazem, by nadeszli wojownicy. Nie będę widział nowego przybysza. Ty, Chugungatte, pomówisz z nim. Oznajmij, aby odchodził natychmiast — jeśli chce odejść w pokoju. Jeśli zaś będzie walka, zabijajcie, zabijajcie wszystkich, co do nogi, ale każdemu z wojowników powtórzcie moje słowa: nic złego nie może stać się człowiekowi, — człowiekowi, który jest mężem mojej córki! Tak!
Chugungatte powstał i wyszedł zataczając się. Thom wybiegła za nim. Ale, gdy Keen schylił się by wyjść — głos Tantlatcha zatrzymał go.
— Keen. Dobrze należy zapamiętać moje słowa. Człowiek zostaje. Niechaj nie stanie mu się nic złego.

Ponieważ Fairfax ćwiczył plemię w sztuce wojennej, mężczyźni nie rzucili się przed siebie tłumnie, naoślep, z głośnemi krzykami. Wykazali natomiast wiele umiarkowania, oraz panowania nad sobą i w milczeniu, zwolna posuwali się naprzód. Nad brzegiem rzeczki przypadli do ziemi Metysi i voyageurs, zabezpieczeni potrosze wąskim pasmem niezarośniętej, otwartej przestrzeni. Wzrok ich nie mógł nic dostrzec, do uszu dochodziły nieokreślone szmery, ale odczuwali wyraźnie dreszcz życia, przebiegający po gąszczach leśnych, nieuchwytne, markotne wrażenie zbliżającego się wojska.
— Niech ich djabli wezmą — mruknął Fairfax. — Nigdy w życiu nie wąchali prochu, ale nauczyłem ich tego sposobu.
Avary Van Brunt roześmiał się, postukał w fajeczkę wytrząsając popiół, poczem starannie schował fajkę i kapciuch z tytoniem. Sprobował, czy nóż myśliwski łatwo wychodzi z pochwy.
— Będą biegli tyraljerą, jeśli pamiętają, czego ich nauczyłem.
— Niech idą. Karabiny maszynowe robiono poto, żeby szybko strzelać. My... dobrze! Pierwsza krew! Paczka tytoniu, Loon!
Loon, metys, dojrzał wychylone ramię i kąśliwą kulą zakomunikował jego właścicielowi o swym spostrzeżeniu.
— Gdybyśmy potrafili tylko rozdrażnić ich do tego stopnia, aby rzucili się naprzód — mruknął Fairfax. — Gdybyśmy tylko potrafili doprowadzić do tego.
Van Brunt dostrzegł głowę wychylającą się z poza pnia i krótkim strzałem zwalił człowieka, raniąc go śmiertelnie. Michael trafił trzeciego. Fairfax i reszta poczęli strzelać także w każdy uchwytny cel, do każdego poruszającego się krzaka. Przy przebieganiu małego nagiego pasemka, pięciu napadających zostało zwalonych, na lewym zaś skrzydle, gdzie gąszczów brakło, trafiono dwudziestu ludzi. Ale wojownicy przyjmowali ten dopust w posępnym uporze i posuwali się naprzód zwolna, ostrożnie, rozważnie, bez pośpiechu i bez wahania.
Po dziesięciu minutach, gdy atak zbliżył się zupełnie — wszelki ruch ustał i zapanowała złowroga cisza. Widać już było zieleń i złoto drzew i zarośli, drgających i szeleszczących lekko w pierwszych słabych podmuchach rannego wietrzyka. Blade słońce poranku znaczyło po ziemi długie cienie i jasne smugi światła. Jeden z rannych dźwignął głowę i z wysiłkiem popełznął w gąszcz. Michael wiódł za nim lufą, ale nie strzelał. Wzdłuż niewidzialnej linji atakujących przebiegło od prawej ku lewej gwizdanie i chmura strzał przeszyła powietrze.
— Baczność! — skomenderował Van Brunt, z nowym metalicznym dźwiękiem w głosie — Teraz!
W tej chwili porzucono schronienia. Las nagle zawrzał życiem. Rozległy się przeciągłe okrzyki — karabiny zatrajkotały wyzywającą odpowiedź. Krajowcy ginęli w pół kroku, lecz poprzez zwalonych sunęli ich bracia, jak rycząca, niepowstrzymana lawina. Na przedzie, z rozwianym włosem i pustemi, wolno w biegu puszczonemi rękoma, przemykając śród drzew, skacząc poprzez zwalone pnie — biegła Thom. Fairfax dostrzegł ją i o mało nie spuścił cyngla, nim ją poznał.
— Kobieta! Nie strzelać! — wołał — Uważać! Bezbronna!
Metysi nie słyszeli tego, tak samo jak Michael, ani brat jego, ani Van Brunt, strzelający bez przerwy. Ale Thom pędziła dalej bez szwanku, tuż za odzianym w skóry wojownikiem, który zabiegłszy z boku, wyprzedził ją. Fairfax wystrzelał naboje, mierząc w ludzi, biegnących w prawo i w lewo od niej i rzucił sztucer, by zmierzyć się z wysokim wojownikiem. Lecz ten, poznawszy go widocznie, skoczył w bok i wbił oszczep w pierś Michaela. W mgnieniu oka Thom objęła jedną ręką szyję męża i oplótłszy się prawie około niego, krzykiem i znakami przerywała łańcuch atakujących. Dwudziestu ludzi przemknęło opodal po każdej stronie i Fairfax przez krótką chwilę stał patrząc na nią, na jej brunatną urodę, drżąc ze wzburzenia i niespodziewanego poczucia triumfu, podnoszącego się z samego dna duszy, widząc otwartemi oczyma dziwne wizje i marząc, marząc w zachłystującem upojeniu. Złomy i okruchy filozofji starego, etyki nowego świata wirowały w jego mózgu, rzeczy nad wyraz realne i rozpaczliwie niepojęte, sceny łowów, haszcze, przepych lasów, martwe pustynie śnieżne, blask świateł balowych, wielkie audytorja wykładowe, szklane połyski lśniących retort i probówek, długie rzędy zastawionych książkami półek, monotonny warkot maszyn i zgiełk ulicznego ruchu, urywki zapomnianej piosenki, oblicza miłych kobiet i starych przyjaciół, strumienie pustyni śród wyniosłych skał, czółna rozbite na kamieniach brzegu, ciche łąki, zalane poświatą miesiąca i duszny zapach siana...
Wojownik, trafiony kulą między oczy, padł zabity i bezwładność biegu potoczyła ciało po ziemi. Fairfax otrząsnął się. Tych z towarzyszy, którzy jeszcze żyli, odepchnięto daleko w las. Słyszał tylko zaciekłe „Hia! Hia!“ wojowników, gdy skupiwszy się, dżgali i tłukli bronią z kłów i kości. Krzyki ginących uderzyły weń, jak ciosy. Wiedział, że walka skończona, sprawa przegrana, ale tradycje rasy i solidarność plemienna pędziły go, by biec na pomoc swoim, by chociaż umrzeć razem z niemi.
— Mężu mój! Mężu mój! — krzyczała Thom — Uratowany! Jesteś uratowany!
Fairfax próbował iść, ale ciężar jej ciała hamował jego kroki.
— Daremnie! Daremnie! Oni umarli, a życie jest dobre.
Oplotła szyję, owinęła się ciałem wokoło niego, on potknął się, zatoczył, zachwiał, próbując mocno stanąć na nogach, znów potknął się, i upadł plecami na ziemię. Głową uderzył w sterczący korzeń drzewny i pół ogłuszony, słabo się tylko szamotał. Gdy padali — Thom usłyszała świst pierzastej strzały szyjącej pobok i jak tarczą okryła męża własnem ciałem, opasawszy ramionami z całej siły, a twarzą i zębami przywarłszy do głowy.
Wówczas Keen powstał z gęstych zarośli o dziesięć kroków od nich. Rozejrzał się uważnie naokół. Bitwa odeszła i ostatnie krzyki zamierały w oddali. Nikt nie mógł widzieć. Keen osadził strzałę na strunie cięciwy i popatrzył na mężczyznę i kobietę. Między jej nagą piersią i ramieniem bielał bok mężczyzny. Keen pchnął łuk i odciągnął strzałę ku sobie aż do końca. Podwakroć uczynił to, mierząc spokojnie i pewnie, a później wypuścił pocisk z kościanym grotem prosto w białe ciało, zdające się bielszem jeszcze w uścisku ciemnych rąk i piersi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: John Griffith Chaney.