Ładny chłopiec/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ładny chłopiec
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1879
Drukarz S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Radzcy nie było już w domu, gdy pan Serafin, któremu idący na lekcyę Bolek towarzyszył, zjawił się w salonie państwa Dziembów. Sama pani zwykle poranne godziny poświęcająca starannéj restauracyi swych wdzięków, dowiedziawszy się z biletu o przybyciu — kuzyna (tak go w domu nazywano) nie dokończywszy ubrania wybiegła przeciw niemu z radością wielką, która przykre jakieś uczyniła wrażenie na Bolku, mimowolnym, przywitania bardzo serdecznego, świadku.
Pana professora odprawiono grzecznie do chłopców, a radczyni zabrała poufale dawno niewidzianego gościa do swojego pokoju. Po drodze przywitała go téż grzecznie, ale dosyć chłodno, panna Emma.
Pan Serafin widocznie ujęty był okazaną mu gorącą przyjaźnią, całował nienasycenie piękne rączki kuzynki (alias cioci) i śmiejąc się, szczęśliwy poszedł za nią na długą gawędę na cztery oczy. Troskliwa pani posadziwszy go wygodnie, dawszy mu pozwolenie palenia cygara i zapałki, wzięła się do egzaminu sumienia młodego panicza, dla którego oświadczała się z macierzyńską miłością.
Serafin puścił sobie cugle w opowiadaniu o nudném na wsi życiu, o kawalerskim stanie, o interesach które by chciał do pewnego przyprowadzić porządku.
Od pół słowa go zrozumiała troskliwa opiekunka.
— Słuchaj — rzekła — gdybyś trochę umiał sobie zadać pracy i starania, — miałabym dla ciebie coś takiego dystyngowanego, miłego, pięknego, i ozłoconego, że całe życie byś mi powinien być wdzięczny!
Serafin w rękę pocałował, z góry dziękując.
— Ale ty, jesteś leniwy, chciałbyś, żeby ci to bardzo łatwo przyszło, a tu nie byłoby bez wielkich starań — i pamięci na siebie. Jest tu — ciągnęła pani Dziębina — pewna wdówka, osoba bardzo pięknego wychowania, niezmiernie bogata, wcale ładna, bezdzietna, i miła! miła!
Mówiła o pani Laurze.
— Wprawdzie — dodała — do téj pory nikt nawet ani przypuszczał, ażeby kiedykolwiek za mąż wyjść myślała i mogła. Ostatniemi czasy jednak wyrwało się jéj kilka słówek znaczących — o! bardzo znaczących, które ja pochwyciłam i zanotowałam... Jest stęskniona, pragnie życia na wsi i spokoju, a choć serce ma złamane, jak powiada, potrafiłaby się do statecznego, poważnego, łagodnego charakteru mężczyzny, przywiązać może! Ja zaraz sobie pomyślałam o tobie.
— Ale Serafku kochany, tam trzeba taktu, układności.
— Przysięgam, jeżeli bogata, a podoba mi się, zdobędę na wszystko! nie poznacie mnie.
Ożywiona swym projektem radczyni puściła się w niezmiernie szczegółową charakterystykę osoby, domu, towarzystwa co ją otaczało.
Dla pana Serafina strefy te wydawały się nieco za górne — ale perspektywa pięknéj, dystyngowanéj, a nadewszystko bogatéj bardzo żony, czyniła znośną tę przyszłość, w któréj się pod pantoflem już widział...
Cała przejęta protegowaniem kuzyna, piękna pani chodziła żywo po pokoju, całowała go w głowę dawnym znać obyczajem, dawała się w ręce całować i ściskać za nie — i czekała tylko na męża, aby z nim — dla przyzwoitości pomówić o tém, a potém biedz, starać się, prosić o pozwolenie wprowadzenia i t. p.
Rozmowa o tém i o owém trwała tak długo, że w końcu trzeba było co najspieszniéj dopełnić ubrania, zadzwoniła więc, aby Serafina oddać Emmie do zabawiania.
Z nią razem wyszedł wieśniak do salonu, ale o ile z matką był na poufałéj stopie — z panną mu szło jakoś trudno i nie swojsko. Emma z góry nieco się z nim obchodziła, imponowała mu sobą, należała do innego świata. Miał to nieszczęście, że ile razy się do niéj z czém odezwał, byka strzelił. To go dawniéj i teraz onieśmielało.
Chodzenie po salonie i rozmowa zmęczyły go mocno, a pannę musiały znudzić, gdyż zdawała się wyglądać matki, lub kogokolwiekbądź coby ją z téj niewoli wyswobodził. Panna Emma bo w ogóle nie łatwą była do zabawiania i miała ludzi swojego wyboru, dla których była wesołą, z któremi umiała być swobodną, a pan Serafin nie należał do nich.
Nim Dziembina ukończyła toaletę, nadszedł radzca i wyzwolił córkę, która natychmiast uciekła. Dla niego gość to był pożądany, miły, kochany. Chociaż się z tego przed żoną nie spowiadał, p. Dziemba miał od dawna powziętą myśl wydania córki za niego; naprzód dla tego że go lubił, że spodziewał się z niego dobrego, powolnego męża, na ostatek może i dla posagu, o który układy z krewnym mogły być łatwiejsze.
Prawiono wiele o zamożności państwa Dziembów, liczono ich na krocie, dom trzymali na pańskiéj stopie, mieli wszystkie oznaki bardzo bogatych ludzi, jednakże — radzca zasępiał się często nad rachunkami. Żona i nikt o tém nie wiedział.
Serafina sytuacyę znał praeter propter radzca, miał go za bardzo dostatniego chłopca, nie utracyusza, statecznego i zdatnego pod pantofel, z góry bowiem przeczuwał, że mąż Emmy będzie musiał pójść tam odpoczywać.
Zobaczywszy go w salonie, krzyknął z radości radzca, ręce rozstawił szeroko, przyjął go biegnącego witać na łono swoje.
Nadeszła wkrótce i sama pani, zasiedli do rozmowy, a gdy Serafin przyznał się, że z panem Bolesławem razem, z którym wczoraj się poznał, miał być na obiedzie, obu ich zatrzymano. Pani saméj pilno było rozwinąć przed mężem program uszczęśliwienia kuzyna. Nie mogąc wytrzymać schyliła mu się do ucha, napomykając o swym pomyśle, ale na pierwsze o nim wspomnienie, Dziemba, zwykle powolny, zmarszczył się i dał jéj znać wejrzeniem, żeby o tém nie mówiła.
Zdziwiło to tak i zaniepokoiło rozgorączkowaną już swym projektem panią, że rzuciwszy w salonie kuzyna z Emmą, pociągnęła męża natychmiast do gabinetu na poufną rozmowę.
Radzca poszedł leniwym krokiem i zafrasowany.
— Cóż ci znowu do głowy przyszło krzyżować moje projekta? — zawołała pani dosyć popędliwie, zaledwie drzwi przymknąwszy za sobą.
Radzca trząsł głową.
— Ale to ty, moje kochanie, krzyżujesz moje projekta — odezwał się mąż powoli — ty, ja właśnie dla Serafina co innego obmyślałem.
— Cóż takiego? jużci mi wolno wiedziéć? — zapytała pani.
— Nie domyślasz się? — z uśmiechem rzekł radzca.
— Nie mam wyobrażenia.
— Możeż być pożądańszy mąż dla Emmy? — zawołał ojciec tryumfująco.
Pani Dziembina zagryzła usta.
— Przepraszam cię — rzekła — sensu w tém nie ma. Naprzód pokrewieństwo blizkie, wiesz, to już nie dobre zawsze, powtóre, powtóre brak sympatyi, i znowu, przyznam ci się, że Emma może dla siebie znaleźć coś pokaźniejszego nad poczciwego Serafina, nieprzeczę, że dobre bardzo chłopczysko, ale — wskazała na głowę.
— Emma ma nielada zdolności, rozum, dowcip, a on sobie prostaczek.
— I ty tego miałabyś nie wiedziéć, że kobieta rozumna, powinna właśnie szukać sobie męża w tym rodzaju — rzekł grzecznie radzca.
Na twarzy pani Dziembiny malowało się takie nieukontentowanie i niepokój razem, że radzca nie wiedział jak to sobie tłómaczyć.
— Ja na to nigdy nie pozwolę — dodała stanowczo.
Dziemba ręce załamał.
— Otóż to z wami kobietami sprawa! — zawołał. — Niepozwolę! Veto i kwita. Bez żadnéj racyi...
— Bądź pewien, że mam racyę — odparła gwałtownie się odwracając pani — i daję ci słowo, że Emma za niego nigdy by w świecie nie poszła. — Ja jéj zmuszać nie będę, spodziewam się, że i ty także. Znam ją lepiéj od ciebie.
— Przynajmniéj poprobuj! zapalczywa kobieto! — odezwał się radzca, — zatrzymajmy go, zbliżmy ich.
— Ja ci z góry powiadam, że to nie ma sensu i ja od jutra, od dziś zaczynam starania około wdowy.
Z oznaką najwyższego nieukontentowania, radzca ręką machnął, pani popatrzała nań chwilę i oburzona powróciła do salonu.
Tu już i Bolek po skończonéj lekcyi intromitował się, a że z dwojga złego wybierając, panna Emma mniéj śmiałego i poufałego Tęczyńskiego wolała, zaszczyciła go rozmową. Serafin z rękami w kieszeniach stał i słuchał.
Bolek tego dnia był piękniejszy i idealniejszy niż kiedy, śmielszy nawet, i do pięknéj panny uśmiechał się, a wdzięczył zalotnie, pańskie niby przybierając maniery. Z powodu Serafina napomknięto o wsi i życiu wiejskiém.
Bolesław westchnął ze smutkiem.
— A! nad wszystko uroczą jest wieś — rzekł patetycznie, ale jabym już nigdy mieszkać nie mógł w tym raju, z którego mnie losy wygnały. Nadto wspomnień lepszych czasów, złotéj młodości wiąże się dla mnie ze wsią.
— Pańscy rodzice mieszkali na wsi? — wtrąciła Emma.
— Tak, pani, a mało nietylko u nas, ale w innych krajach tak pięknych jest rezydencyi jak nasza była. Nigdy nie zapomnę parku naszego... tych drzew wiekowych, których szum we snach dotąd słyszę!
Westchnął. Mówił to tak naturalnie, że choć zbyt nastrojona wysoko mowa mogła się śmieszną wydawać — ocalał ją wyraz i dźwięk głosu sympatyczny.
Panna Emma popatrzała z politowaniem na tak nieszczęśliwie zdegradowanego młodzieńca.
— Dawno pan nie widziałeś tych ulubionych miejsc? — spytała.
— A! pani — przerwał mocno wzruszony Bolek — nie mówmy o tém.
— Nie mówmy! — wtrącił Serafin — to lepiéj.
Nie uważał grający tak starannie rolę swoją Tęczyński, że na Emmie pożądanego nie czynił wrażenia. Litowała się nad jego losem, lecz nie obudzało to w niéj sympatyi.
Bolek, który tylko co był przerwał o tém rozmowę, sam wnet zapominając się wtrącił.
— Szczególniéj każda wiosna i bzy rozkwitłe — budzą we mnie aż śmieszną żałość — słuchając słowika oczy mam łez pełne. Mój pokoik w skrzydle pałacu wychodził na ogród.
Słowiki widocznie występowały dla pałacu, panna Emma popatrzała na roztkliwionego, potém w okno, nareszcie na Serafina, który nie mogąc się roztkliwić, piórkiem w zębach przebierał.
Jak chmura gradowa wbiegła na to pani radczyni, córka spostrzegła zaraz, że z ojcem w gabinecie musiała zajść jakaś małżeńska kwestya.
— Siadajcie państwo! — zawołała — proszę siadać... Mąż mój zaraz nadejdzie.
Bolek, zawsze rozważny, wybrał sobie miejsce naprzeciw panny Emmy, która wcale nań nie zważała.
Nadszedł téż i pan radzca nadąsany, poważny, wolnym krokiem.
— Zapomniałem ci powiedziéć moja duszko — odezwał się — żem i doktora Bazylego, spotkawszy w ulicy, zmusił, aby do nas zaszedł na gospodarski obiadek.
— Trzy osoby niespodziewane! — rozśmiał się Serafin — czy nie będzie za wiele. My byśmy z panem Bolesławem poszli sobie zjeść, tak jak mieliśmy projekt.
— Cóż znowu? — obrażona przerwała gospodyni — w mieście jest zawsze na to rada! Proszęż nas nie pozbawiać towarzystwa...
W téj chwili wyszła dyskretnie panna Emma, ktoréj matka dała znak oczyma, a drugiemi drzwiami wchodził doktor Bazyli.
— Pani dobrodziejko — odezwał się witając gospodynią — jestem w surducie, alem temu nie winien. — Wskazał radzcę.
— Proszę nie robić ceremonii — odparła gospodyni.
Rozmowa stała się powszechną i nastroiła weseléj. Doktór miał ten humor szczęśliwy, który nigdy ani przesadzenie i hałaśliwie wesołym nie jest, ani ponurym i smutnym, był pogodny i swobodny; Emma która już wchodzącemu zdala skinęła główką, co sobie zazdrośny Bolek zanotował — powróciła bardzo prędko i jak do starego znajomego zbliżyła się do Bazylego, żywą z nim rozpoczynając rozmowę. Matka nie była rada z tego. Radzca wziął Serafina pod rękę, a Bolek pozostał jakby odosobniony z gospodynią, która skinęła nań aby się przysunął.
Rozpocząwszy głośno rozmowę zajmującą o chłopcach, nieznacznie wyszła z nim do drugiego pokoju.
— Słyszałam — rzekła poufnie do niego wpatrując mu się w oczy, że pan dawniéj znasz tego doktora. Zaczyna być częstym gościem w domu, radabym coś więcéj wiedziéć o nim nad to, że jego ojciec był dobrze z mężem moim. Co to za człowiek??
Bolek pamiętał dobrze jak mu się znaleźć wypadało — zmilczał ruszając ramionami.
— Mów bo pan mi szczerze, jak swéj dobréj przyjaciółce, która go nie zdradzi, potrzebuję wiedziéć.
Podała mu rękę i ścisnęła sympatycznie dłoń młodzieńca, który po za siebie się obejrzawszy, pocałował rączkę przyjaciółki. Nastąpiła chwila milczenia, która oznaczała zobopólne wzruszenie wielkie. Z piersi pełnych pani domu wyrwał się jak zefir westchnienia.
— Mów pan — rzekła — bo musimy powrócić.
— Chociaż towarzysz mój, chociaż zwał się moim przyjacielem, odezwał się Bolek — wyznam pani, nie jest mi sympatyczny.
— Mnie téż — potwierdziła radczyni — ale cóż więcéj? otwarcie!
— Jest to natura zimna, szyderska, realista, sceptyk, cynik. Żadnéj religii, najmniejszego uczucia szlachetniejszego, serce wyschłe... ironia chodząca, a przytém...
Tu się zatrzymał nieco.
— Kończ pan, kończ, śmiało! nalegała pani.
— Niestety! interesowany nad wyraz wszelki, delikatności najmniejszéj. Pieniądz dla niego bóstwem.
— To okropny człowiek — zawołała radczyni ze zgrozą.
— Naostatek — pośpieszył poczciwy Bolek, lękając się ustać w pół drogi — życie prowadzi, o którém przed panią mówić mi nie podobna...
Oczy pani Dziembinéj zabłysły, właśnie radaby była coś o tém posłyszéć z ust ładnego chłopca, ale nie śmiała go pytać...
— Ideałem dla niego — dokończył skromnie Bolek — są wyrzutki społeczeństwa... nieraz... ale tego mówić przed panią nie mogę...
— Po cichu! — szepnęła radczyni.
— Nie czyni z tego tajemnic, żyje z najostateczniejszą rozpustą... Co tydzień u niego nowa twarzyczka w mieszkaniu gospodaruje.
Pani Dziembina zarumieniła się mocno.
— Zaklinam tylko panią — ażeby to zostało tajemnicą...
— O! bądź pan spokojny! — odparła wychodząc już do salonu gospodyni. Z progu rzuciła ostre wejrzenie na doktora, który wcale się nie domyślając jak go tu odmalowano, swobodnie rozmawiał, śmiejąc się z panną Emmą. Matce, po tém co słyszała, zbliżenie się tego człowieka do jéj dziecięcia było nad wszelki wyraz przykrém, odwołała natychmiast Emmę.
Oddawszy tę przyjacielską posługę doktorowi, Bolek się czuł w obowiązku zbliżyć do niego i przywitać, aby zatrzéć wspomnienie rozstania wieczornego na trotuarze. Bazyli ze zwykłą swą pogodą na twarzy pomówił z nim trochę, nie okazując po sobie, ażeby pamiętał ostatnie spotkanie.
— Winszuję ci — rzekł — widzę, że tu jesteś na dobréj stopie, jakby domowym... Jam tu w mieście tak obcy, że oprócz kochanego radzcy, nikogo nie mam.
— Mnie nie liczysz? — zapytał Bolek.
— Sądzę, że nie życzysz sobie, abym cię rachował.
— Owszem, proszę o to — odparł Tanczyński.
Radzca nadchodzący z panem Serafinem przyłączyli się do nich, wróciła panna Emma, za którą była na chwilę wyszła matka, aby ją przestrzedz, żeby się nazbyt z doktorem nie poufaliła.
Towarzystwo całe niemal, z wyjątkiem doktora i Serafina przybrało jakieś postawy sztywne i nakrochmalone. Panna Emma nawet straciła swą swobodę, radczyni chmurna bardzo obracała żywo pierścionki na palcach, co dla męża było znakiem do najwyższego stopnia posuniętego rozdrażnienia. W prostocie ducha przypisywał je obiadowi, na który przybyło nagle trzy osoby.
Bolek chodził z wyrazem dystyngowanéj melancholii, dla utrzymania się w charakterze swym, ale w istocie był rad z siebie i szczęśliwy niezmiernie, że doktorowi stołka przystawił. Nie wątpił, że pani go z domu potrafi wykurzyć — a tego mu było potrzeba. Panna Emma patrzała nań zbyt sympatycznie.
Oprócz tego miał zamiar Tanczyński wychodząc z obiadu, poprosić doktora o pożyczkę téj małéj sumki, któréj zawsze jeszcze potrzebował, a niewiedział zkąd ją ma zaczerpnąć nie kompromitując się.
Obiad był jeśli nie wykwintny co do smaku, to przynajmniéj pokaźny co się zowie i obfity. Wieśniak téż, obdarzony apetytem nadzwyczajnym, nie czyniący ceremonii, popisał się przy nim tak, że doktor z największém zajęciem studyował jego odżywianie.
Śmiano się z niego. On utrzymywał, że na wsi wszyscy tak jedzą, i że powietrze wiejskie wymaga pokarmów obfitych. Zjadłszy ogromne dwa talerze zupy, napakował sobie sztukamięsy straszliwą furę i cały obiad do końca zmiatał wesoło, nie odmawiając ciągle mu ofiarowanych dodatków.
Widowisko to uwolniło niemal od rozmowy. Bolek tém delikatniéj kosztował potraw, choć miał także apetyt, ale jemu się z nim zdradzać nie wypadało. Ludzie powinni się byli domyślać, że żył smutkiem swym i wspomnieniami przeszłości.
Na poobiedzie zapowiedziana była wycieczka za miasto, na którą gościnny Serafin chciał doktora zaprosić, ale ten wymówił się grzecznie.
Gdy od stołu wstali, Radczyni na bok wziąwszy Serafina oznajmiła mu, że natychmiast zajmie się wiadomą sprawą, ażeby był w pogotowiu stawić się gdy go zawoła. Podszepnęła mu nawet jak się powinien był ubrać, co włożyć i jaki ton wdziać na siebie.
— Jeżeli broń Boże przyjdzie ci ochota tak się z apetytem popisywać u hrabiny Laury — dodała — toś zgubiony człowiek!
Serafin się roźśmiał.
— Nie będę nic jadł! słowo daję!
Po krótkiéj rozmowie wyszli wszyscy, wziął za kapelusz i doktór, którego zimno, zdaleka, ukłonem pożegnała pani domu.
W bramie Bolek pochwycił go na stronę i zaklął o pożyczkę, którą z łatwością otrzymał.
— Proszę cię — rzekł doktor wesoło — spojrzawszy na ciebie i na mnie, ktoby się domyślił, że ty możesz pożyczać u mnie! Żart na bok, nie zapomnij oddać, bom nie bardzo zamożny.
Gdy się sam na sam zostali z panem Serafinem, Bolek dopiero wylał się z całym dobrym humorem, jaki wyniósł od Dziembów. Lekko mu było i dobrze, czuł się nieodrodnym siostrzeńcem Maciórka i uczniem godnym mistrza.
Profesor dnia tego skromniejszym się ograniczywszy obiadkiem u Poziomkiewiczowéj, dokąd go zaprosił stary znajomy, szedł właśnie na czarną kawę i szachy do kawiarni, gdy dorożka niosąca dwu przyjaciół, po kawalersku leciała bruk rozbijając do szczętu. Stanął nieco na trotuarze, grożąc laską. Serafin natychmiast kazał zatrzymać.
— Panie profesorze! dla kompanii z nami! — zawołał.
— A tak, żebyś znowu jakie zbytki wyprawiał — odparł stary — o nie! nie!
— Żadnych zbytków, przetrzęsiemy się i zjemy kurcząt i raków.
— A! raki! raki! przyznaję się, to słabość moja! — westchnął profesor.
— Jedź że pan z nami!
Porwano go opierającego się, po daniu najuroczystszego słowa, że zbytków nie będzie. Serafin śmiejąc się przyrzekł. Profesor za to obiecywał wskazać ogródek, w którym raki, kurczęta i szparagi były najdoskonalsze. Zjedzony obiad nie przeszkadzał wcale poczciwemu szlachcicowi ostrzyć zęby na nowe przysmaki. Projektował tylko pół godzinki się przetrząść. Tak się stało — stanęli przed ogródkiem i wysiedli.
— Zbytków żadnych — rzekł Serafin — ale mnie się dziś zwiastowało szczęście, musimy je zapić!
— O! już! — krzyknął profesor — na miłego Boga! ja uciekam. — Nie zawracał jednak.
— Jakież szczęście?
— Swatają mnie! — zawołał Serafin, który niewidział potrzeby zachowywania sekretu przed dobrymi przyjaciółmi.
Bolek pobladł.
— Ale to — między nami! słowo?
— Najświętsze! — rzekł podnosząc blade oczy do góry profesor, który już u stolika pod altaną miejsce zajmował i chciał wyręczyć Serafina w zadysponowaniu raków.
Szlachcic jednak sam poszedł zarządzić podwieczorek, i wrócił uśmiechnięty.
— Tylko żeby znowu zbytków jakich nie było! — błagał ręce składając profesor.
Serafin potrząsł głową tylko.
— Otóż, wracając do przedmiotu — rzekł — moja poczciwa, dobra kuzynka czy ciocia, radczyni — z kościami dobra kobiecina.
— Nie mówi się o kościach mówiąc o kobietach, wtrącił professor — aby nie przypominać, że w gardle czasem stoją!
Homerycznym śmiechem powitawszy ten dowcip ciągnął daléj szlachcic.
— Kochana radczyni.
Profesor zrobił minę ściągając usta dziwnie, jakby już ssał raki.
— Ma dla mnie jakąś wdówkę, jak na urząd, bezdzietną, milionową, ładną, cichą, dobrą i haute volée!
Bolek pobladł domyślając się już.
— Czy mówiła jéj nazwisko? — zapytał niespokojnie.
— Pani Laura!... — na ucho szepnął Serafin. — Ale bo i imie poetyczne! Zna ją lub słyszał o niéj kto z panów??
Wniesiono raki, profesor serwetę zakładał pod brodę, oczy mu pałały i zmierzał do najstarszego ze skorupiaków, którego nogi go nęciły.
— W mieście, kochany panie Serafinie — odezwał się — kto długo mieszka, volens nolens musi coś posłyszéć. Wleci mu w ucho samo, choćby nie chciał. Otóż o téj hrabinie czy nie hrabinie Laurze dużo się nasłuchało... Prawda czy fałsz — kontrolować nie sposób. Osoba być ma znakomicie uposażona ze wszech względów, pobożna, skromna, cicha, nie lubiąca świata, estra dystyngowana, ale zagadkowa.
— Bogata! podchwycił Serafin.
Profesor odgryzał nogę rakowi.
— Hm, — rzekł — wszystkie symptomata bogactwa ma, to rzecz niewątpliwa. Miewają je wprawdzie i ci co bogatemi się chcą wydawać choć nie są — ale u nich one bywają efemeryczne, gdy hr. Laura od lat kilku tu żyje na stopie! ba! ba! Ale to rak! — dodał podnosząc jednego do góry Maciórek — to rak!
— Zatém i bogata — dodał Serafin. — Ale, panie profesorze kochany, jakże tu mnie, ot takiemu sympliciuszowi, wieśniakowi sobie, prostakowi przystąpić do takiéj nimfy...
— Nimfy lubią ludzi niedelikatnych! — rzekł profesor. — Reguła ogólna, sprzeczności się pociągają, podobieństwa się odpychają!
Serafin porwał za butelkę szampana i nalał w kieliszki.
— Zatém vivat wygłoszony przez profesora aksiomat!
Bolek wstał z kieliszkiem; całe wesele, jakie był wyniósł z domu radzcy uleciało — odbierano mu jego marzenie.
Siedział chmurny jak noc, i gdy Serafin z Maciórkiem baraszkowali zajadając, on rozmyślał, co miał począć.
Aksiomat profesora wydawał mu się sofizmatem, gorszém daleko było, że pani Dziembina mogła z umiejętnością wytrawnéj staréj swachy poprowadzić interes.
Serafin nie wydawał mu się niebezpiecznym — ale kobiety miewają tak dziwne gusta! Przy rakach i szampanie przyszła mu myśl doskonała — cudowna, która aż rumieńcem go w twarz uderzyła.
Uprzedzając starania Serafina, zabiegi radczyni, należało mu napisać list, list miłosny, szalony, grożący odebraniem sobie życia, list w którym by było wyznanie, że go pisał ten, co w kościele codzień wielbił anielskie jéj oblicze...
Pochlebiał sobie, iż list ten potrafi napisać tak — że najtwardsze by nim mógł serce poruszyć. Potrzeba było tylko pośpieszyć z nim, i obmyśléć środki przesłania.
Wiedział od dawna nazwisko i mieszkanie; najprostszą więc rzeczą było przesłanie na pocztę, prosząc o odpowiedź pod zmyśloném nazwiskiem.
Bolek dał już sobie w myśli imie Edwina! Nie był pewnym czy nie należało mu dodać hrabia Toporczyk! Hrabia mógł być bardzo przydatnym.
Myśli te zwijały mu się jeszcze po głowie, gdy już Serafin z professorem, zbiwszy się z tropu, mówili wcale o czém inném...
Profesor wykładał dawnemu uczniowi historyą wzrostu, rozwijania się i monstrualnego rozkrzewienia powszechnego zepsucia po głównych ogniskach Europejskich, z których nie wyjmował Warszawy.
Wykład to był tak szczegółowy, tak pełen faktów, dowodów, wskazówek, iż mógł się stać dla nowiciusza niebezpiecznym, opatrując go w wiadomości, z których pokusa by wziąć gotowa korzystać.
Serafin téż słuchał, dopytywał, głową kręcił — a w końcu dodał:
— Ale zkądże profesor tak jest o tém uwiadomiony?
Rozśmiał się Maciórek. — Samo ci to w uszy tu wpada! Zatknij je, zamknij oczy i tak się szkaradzie téj nie obronisz, bo cię otacza zewsząd!
Maciórek surowo karcił to zepsucie, ale zarazem w rozpowiadaniu o niém lubować się zdawał. Wino było dobrze ostudzone i Maciórek jak rzadko je czystém znajdował. Dwie butelki na trzech — była to proporcya tak śmiesznie mała, że niepodobna na niéj poprzestać, nie kompromitując się.
Serafin zawołał o powtórzenie.
Maciórek zerwał się chwytając go za ręce, chciał uciekać piechotą, posadzono go na krześle, zadano mu gwałt. Zaklął się, iż nigdy w życiu z młodzieżą się wdawać nie będzie.
— Młodzież w niczém nie zna miary! gubicie się.
— Wie szanowny profesor — przerwał Serafin — dziś, bądź co bądź, była to rzecz nieuchronna, żem musiał winem poprawić dygestyę. Wyzywano mnie przy obiedzie i jadłem za wiele... Czuję się ciężkim. Na to nie ma jak wino.
— Tak, na to nie ma jak wino! potwierdził profesor — i zwrócił się do nadto zamyślonego Bolka z pytaniem, czyż w istocie tak z widelcem dokazywał!
Tanczyński potwierdził.
Z pieczołowitością Maciórek rozpytał co mianowicie było na stole, jak przyrządzone i z powagą przyznał, że tu istotnie wino było na miejscu.
Pili więc. Bolkowi tego dnia się nie wiodło. Siedzieli jeszcze u stołu, gdy tuż przed niemi u wnijścia ukazała się wchodząca rodzina — na któréj widok Tanczyński cały pokraśniał.
Szedł przodem ogromny brzuchal, gruby, z brwiami jakby węglem nasmarowanemi, prowadząc chudą kobiecinę bardzo skromnie przyodzianą. Za tą parą postępowały dwie panienki jednakowo ubrane, blondynki, w sukienkach lekkich, ze wstążkami niebieskiemi, różowe, świeżuchne. Śliczne. Za niemi ciągnęła trzecia w krótkiéj sukience, ale także już dorosła.
Jedna z tych panienek spojrzała na Bolka i o mało nie krzyknęła, a siostry jéj chwyciły chusteczki do ust. Ponieważ rodzice po za siebie nie patrzyli, panna śmiała jak dzieciak, zarumieniwszy się na wiśniowo, oczy wlepiła zuchwale w Bolka, nie zważając na nic.
Tanczyński musiał spuścić wzrok. Dziewczęta między sobą chichotać zaczęły. Profesor mający nader bystre spojrzenie, wszystko to dojrzał, odgadł, zrozumiał, usta mu się do góry podniosły, i czoło namarszczyło.
Na domiar biedy nie było dla przybywającéj na kurczęta rodziny innego miejsca tylko obok, w altanie, a Arcia tak się usadowiła mądrze, iż mogła nie postrzeżona przez matkę zabijać oczyma nieszczęśliwego młodzieńca, dawać mu znaki, mrugać, uśmiechać się do niego.
Ni fallor, chrząknąwszy rzekł z cicha profesor do siostrzeńca — widzę, że asindziéj bodaj masz jakąś znajomość z Rehmajerami? Panny tu ciągle zérkają i prychają.
— Cóż dziwnego — odparł Bolek — wszak wuj wie że stoję w ich kamienicy!
— A! prawda! jaka moja pamięć głupia — rzekł Maciórek — ale to nie dobra rzecz. Dziewczęta młode i okrutnie śmiałe, diabeł nie spi — a tego Rehmajera ja znam. Raz temu już dawno, ktoś mu coś przeskrobał, jak cisnął na niego obuchem, omal go nie zabił.
Bolek zmilczał; Serafin pannom się przypatrywał natarczywie i wziąwszy na humor, podniósł kieliszek szampana, oczyma pokazując, że pije ich zdrowie. Dziewczęta poczęły prychać. Szlachcic aż się za boki brał.
— Co za śliczne buziaki! — wołał — tu w téj Warszawie to oszaléć potrzeba, doprawdy!
Bolek skompromitowany nieco, nie odzywał się już, zagadując czém inném, w głowie miał ten list a piękne oczki Arci wcale nań nie działały.
— Co to za nieszczęście — wołał Serafin — że ten — jak że się on zowie? taką ma rękę ciężką, człek by poszedł się przysiąść do panien.
Butelki się wypróżniły nareszcie, mrok nadchodził i profesor wstał zapinając się, a dając znak do odwrotu. Cofnęli się tedy, choć Serafin za dziewczętami tylko gonił oczyma. Bolek wysiadłszy przed teatrem, do którego dla towarzystwa zaprosił z sobą szlachcic profesora, sam się wymówił pilném zajęciem, i pobiegł do domu. Głowę miał pełną listu, lękał się aby po drodze nie pogubić ślicznych wyrażeń, poetycznych zwrotów, zaklęć — westchnień, które chciał w tę epistołę oprawić.
Zamknął się i zaryglował w izdebce i rozpoczął pisanie.
List miał stanowić może o losach jego — nie dziw więc, że napisawszy go, gdy odczytał to co w ogniu inspiracyi wydawało mu się cudnie piękném, — zbladło i pokazało ułomném i koszlawém. Zaczął poprawiać, — nie schodziły się z sobą poprzerabiane frazy, wstawki sterczały jak kołki w ścianie — miejscami myśl jedna nie trzymała się drugiéj, to znowu taż sama powtarzała niepotrzebnie. Miejscami było jasno, gdzieniegdzie ciemno i za zuchwale i za pokornie. A tu gorączka nie miłosna, ale jakaś dziwna, chciwa, nieokreślona, całym nim miotała.
Przerobił tedy list po raz drugi całkowicie, wygładzając chropawe miejsca, dodając mu siły, dopiłowując przymiotniki, szpikując go wykrzyknikami. Zdawało mu się, że to będzie arcydzieło. Napił się szklankę wody, pochodził i orzeźwiwszy przeczytał na nowo zredagowane pismo.
Było wodniste i mdłe. W pierwszém mnogie usterki przynajmniéj zdawały się zdradzać jakieś uczucie, które nie wie jak się ma wyrazić, w drugim sztuka wychodziła na jaw, przesada zdradzała chłód — Bolek, surowy sędzia rzucił rozpaczliwie papier na stół.
Było już późno, bo dwie pierwsze redakcye dużo czasu zabrały, a myśl posłania listu coraz go więcéj opanowywała — potrzeba było wystylizować go koniecznie. Tymczasem zniechęcenie i dwie chybione próby odbierały siłę, czuł się nie zdolnym. Powrócił więc do pierwszego natchnienia i wziął się do przepisywania go na czysto.
I tu było niemało trudności formy; list nie tylko stylem, wyrażeniami, — ale fizyognomią swoją nawet powinien był świadczyć o pochodzeniu od człowieka ze smakiem, do pewnéj elegancyi nawykłego.
Młodzieniec był zaopatrzony we wszystko, co do korespondencyi eleganckiéj było potrzebném, przyniósł swoją teczkę i począł się namyślać mocno, na jakim papierze, z jakim godłem przesłać miał swe oświadczenie miłosne.
Papiery miał rozmaite: z cyframi bez korony, z hrabiowską dziewięcioperłówką, z brzeżkami i bez brzeżków... Godło hrabiowskie zdawało mu się konieczném, lecz stało pod niém B. T. nie E. T. a chciał dla niéj być — Edwinem; Bolesław zdawał mu się trywialnym. Jeśli nie inaczéj, musiał do B. wynajdując imie pięknobrzmiące, wynijść z trudnego położenia. Po chwili namysłu zdecydował się na Brunona!! Siadł pisać! Nowa trudność! Musiał być czytelnym, a nie chciał być kaligrafem! kaligrafia zdradzała młodość i brak uczucia. Wiedział, że ręka powinna była drżéć — że pismo nawet musiało być w zgodzie ze stanem ducha i serca pałającego, miotanego rozpaczą i t. d.
Charakter trzeba było stworzyć, gdyż Bolek pisał ładnie i wyraźnie, a tu właśnie — pismo piękne, studenckie nie uchodziło...
Dwa razy pomylił się, skrobać! skrobać list miłosny! Któż to widział — musiał przepisywać na nowo. Odczytał go. Nie był kontent, ale w mieście zegary i na stoliku cebula drugą godzinę oznajmywały — musiał na tém poprzestać. Zostawała jeszcze jedna trudność — pieczątka! Z hrabiowską koroną żadnéj nie miał, ograniczył się więc skromną literą T., wcale nawet nie osobliwie wyrżniętą...
List wygotowawszy — położył go na stole, odstąpił kilka kroków i okiem znawcy badał jego fiziognomię... Znalazł go wcale przyzwoitym i o pół do trzeciéj spać się położył.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.