Ze wspomnień (Conrad, 1934)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Ze wspomnień
Pochodzenie Pisma zbiorowe Josepha Conrada (Józefa Konrada Korzeniowskiego) z przedmową Stefana Żeromskiego
Data wydania 1934
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. Some Reminiscences
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI

Kiedy się rozpatruje życie, które poza przygotowawczym okresem dzieciństwa i wczesnej młodości miało dwa odrębne okresy rozwoju, a nawet rozgrywało się na tle dwóch odrębnych żywiołów, takich jak ziemia i woda, nie można uniknąć pewnej naiwności. Czuję ją na tych stronach. Nie mówię tego aby się usprawiedliwiać. W miarę jak lata płyną i liczba stronic się zwiększa, utrwala się w człowieku przekonanie że pisać można tylko dla przyjaciół. Więc poco narzucać im konieczność zapewnień (jak przyjaciołom przystoi), że usprawiedliwiać się nie potrzebuję, poco budzić w nich powątpiewanie o mojej delikatności? Pewne względy należą się przyjaciołom, których pociągnęło tu jakieś słowo, tam znów określenie, jakiś udany fragment, trafnie odczuty i umieszczony we właściwem miejscu, trochę prostoty lub też subtelności; pociągnęło ich ku mnie z pośród wielkiego tłumu bliźnich, jak się wyławia rybę z morskiej głębiny. Połów ryb (mówię tu o połowie na pełnem morzu) jest bezwzględnie kwestją szczęścia. Co się zaś tyczy mych nieprzyjaciół, mało mnie oni obchodzą.
Jest naprzykład taki pan, który, mówiąc w przenośni, korzysta z każdej sposobności aby mię podeptać. Obraz ten mało jest wdzięczny, lecz odpowiada ściśle temu co się zdarzyło — i to nie raz ale wielokrotnie. Nie pamiętam dokładnie jak dawno ów krytyk oddaje się swym sporadycznym ćwiczeniom, których sezon jest uzależniony od zwyczajów przyjętych w handlu książkami. Ktoś zwrócił mi na niego uwagę (naturalnie pod postacią drukowanego artykułu) już jakiś czas temu i odrazu poczułem coś w rodzaju opornej sympatji do tego krzepkiego człowieka. Nie pomija ani źdźbła mojej istoty: bowiem istotą pisarza jest jego dzieło, reszta to tylko czczy cień bezpodstawnie kochany lub nienawidzony. Ani źdźbła! Lecz sentyment, do którego się przyznaję, nie jest kaprysem nieszczerym lub też przewrotnym. Ma głębsze i, pozwolę sobie mniemać, bardziej szacowne źródło niż wybryk bezpodstawnej czułostkowości. Sentyment ów jest zaiste uprawniony z tego powodu, że powstał (niechętnie) pod wpływem pewnej okoliczności, nawet kilku okoliczności. Naprzykład ta krzepkość, która jest tak często oznaką moralnej równowagi. To przecież ważka okoliczność. Zapewne, czuć się podeptanym, to do przyjemności nie należy, ale za samą dokładność tej operacji — wymagającej nietylko starannego czytania ale prawdziwego wmyślenia się w dzieło, którego zalety i wady nie znajdują się na samej powierzchni — za samą tę dokładność można być wdzięcznym, bowiem przydarza się autorowi, że potępiają jego dzieło, wcale go nie przeczytawszy. To jest już najgłupsza z przygód, jakie mogą spotkać pisarza puszczającego się na duchową wędrówkę wśród krytyk. Naturalnie że z takiej przygody nic złego wypłynąć nie może, ale przyjemna nie jest. Taką samą przykrość się czuje, odkrywając karcianego oszusta wśród gromady uczciwych ludzi w przedziale trzeciej klasy. Otwarty bezwstyd tego rodzaju postępowania, liczącego chytrze na ludzką głupotę i łatwowierność, cyniczny, bezczelny żargon, w którym jawnie się ludzi nabiera, zapewniając przytem że gra jest rzetelna, wszystko to przyprawia o mdłości z obrzydzenia. Uczciwa gwałtowność przeciętnego człowieka, co gra w uczciwe karty — nawet jeśli chce nam dać po łbie — może się wydać rażąca, ale nie wykracza poza obręb przyzwoitości. Wyrządza człowiekowi szkodę, ale go nie obraża. Można czuć pewien szacunek dla uczciwości, choćby się jej skutki odczuwało dotkliwie na swej niegodnej skórze. Ale jest oczywiste, że nieprzyjaciela tego rodzaju nie osaczy się tłumaczeniem, nie udobrucha się wymówkami. Gdybym usiłował wysunąć swą młodość, jako usprawiedliwienie dla naiwności przebijającej z tych kart, ów krytyk odpowiedziałby zapewne: „Bzdury“! i kropnąłby półtorej kolumny wściekłego druku. A przecież pisarz nie jest starszy od pierwszej swej książki; niezależnie od błahych oznak starzenia się, które towarzyszą nam w tem doczesnem życiu, stoję tu w wieńcu krótkich piętnastu wiosen na czole.
Tedy zważywszy, że w tak młodym wieku pewna naiwność uczuć i wysłowienia się jest dopuszczalna, stwierdzam iż w gruncie rzeczy mój poprzedni etap życia nie był dobrem przygotowaniem do literackiej karjery. Może nie należy tu użyć przymiotnika: literackiej. To słowo przywodzi na myśl poufne stosunki z literaturą, a także rodzaj umysłu i sposób czucia, do których rościć pretensji nie mogę. Ja tylko kocham literaturę; ale ta miłość jeszcze nie pasuje na literata, tak jak miłość do morza nie wystarcza aby być marynarzem. I bardzo jest możliwe, że kocham literaturę w ten sam sposób, w jaki literat kocha morze, na które z brzegu spogląda — ów teren wielkich wysiłków i wielkich czynów zmieniających oblicze świata, ów wielki, otwarty szlak wiodący do przeróżnych nieodkrytych krain.
Może powinienem raczej powiedzieć, że życie na morzu — a nie myślę tu o krótkiej próbie, tylko o całym szeregu lat, które składają się na porządny okres służby — że życie na morzu nie jest dobrem przygotowaniem do życia pisarza. Ale uchowaj mnie Boże od podejrzeń, iż się wypieram mych mistrzów z pokładu. Nie jestem zdolny do tego rodzaju odszczepieństwa. Wyznałem już swoją zbożną cześć dla ich cieni w trzech czy czterech opowiadaniach, i kto jak kto, ale właśnie powieściopisarz musi być szczery względem samego siebie, jeśli dba o swoje zbawienie.
Chcę przez to poprostu powiedzieć, że szkoła morskiego życia nie przygotowuje należycie do znoszenia krytyki literackiej. Tylko to i nic więcej. Ale ten brak jest dość poważny. Jeśli wolno przekręcić, odwrócić, dostosować (i zepsuć) określenie dobrego krytyka przez p. Anatola France, to pozwolę sobie powiedzieć, że dobrym pisarzem jest ten, który patrzy bez wyraźnej radości lub przesadnego smutku na przygody swej duszy wśród krytyk. Nie mam bynajmniej zamiaru narzucać uważnemu czytelnikowi fałszywego mniemania, jakoby krytyka na morzu nie istniała. To byłoby nieuczciwe i nawet niegrzeczne. Wszystko można znaleźć na morzu, zależnie od tego czego się szuka — walkę, spokój, romantyzm, najskrajniejszy naturalizm, ideały, nudę, wstręt, natchnienie — i wszelkie możliwe okazje, nie wyłączając okazji do ośmieszenia się, zupełnie jak w literackim zawodzie. Lecz na morzu krytyka jest nieco różna od literackiej. Tylko tyle mają wspólnego, że zazwyczaj i w jednym, i w drugim przypadku odpowiadać nie warto.
Tak, można znaleźć na morzu krytykę, a także i uznanie — powtarzam, wszystko można znaleźć na słonej wodzie — krytykę naogół zaimprowizowaną i zawsze viva voce (co jest zewnętrznem, jawnem odchyleniem od literackiej operacji tego rodzaju), pełną wypływającej stąd świeżości i siły, których często brakuje drukowanemu słowu. Uznanie zaś przychodzi na samym końcu, gdy krytyk i krytykowany mają się rozstać, i wyraża się inaczej. Na morzu uznanie czyichś skromnych talentów ma trwałość pisanego słowa, lecz rzadko urok rozmaitości, a styl tego uznania jest formalny. Tutaj mistrz literacki bierze górę nad tamtym, choć właściwie on także w gruncie rzeczy może tylko powiedzieć — i nieraz mówi — w takich samych słowach: „Polecam usilnie“. Tylko że zwykle używa słowa „my“, ponieważ w pierwszej osobie liczby mnogiej tkwi jaki ukryty przymiot, który czyni ją szczególnie odpowiednią dla oświadczeń krytyków i królów. Mam drobną garść tych marynarskich ocen podpisanych przez różnych kapitanów; żółkną powoli w lewej szufladzie biurka i szeleszczą pod mem dotknięciem pełnem szacunku, jak garść uschłych liści zerwanych z drzewa wiedzy na tkliwą pamiątkę. To dziwne! Zdawałoby się że dla tych kilku kawałków papieru, które mają w nagłówku nazwę okrętu i są podpisane nazwiskami szkockich i angielskich kapitanów, że dla tych kilku świadectw stawiałem czoło oburzeniu, wykrzykom zdumienia, drwinom i wyrzutom, które ciężko było znieść piętnastoletniemu chłopcu; że dla nich właśnie oskarżano mnie o brak patrjotyzmu, o brak rozsądku, a także o brak serca; że dla nich przechodziłem męki, walcząc z samym sobą i wylewając niemało ukrytych łez — że dla nich utraciłem piękności Furca Pass i zostałem nazwany „niepoprawnym Don Kichotem“, w aluzji do szaleństwa tego rycerza, szaleństwa zrodzonego z literatury. Dla tego łupu! Tych szeleszczących kartek papieru jest tylko około dwunastu. W ich nikłym, widmowym szeleście żyją wspomnienia dwudziestu lat, głosy prostych ludzi, których już niema, potężny głos wieczystych wiatrów i szept tajemniczego czaru, szmer wielkiego morza, co przeniknął wgłąb lądu aż do mojej kołyski, aż do mych nieświadomych uszu, niby owo wyznanie mahometańskiej wiary, które ojciec muzułmanin szepce na ucho swemu nowonarodzonemu synowi, czyniąc go prawowiernym wyznawcą nieledwie z jego pierwszym oddechem. Nie wiem czym był dobrym marynarzem, ale byłem bardzo wierny swemu zawodowi. I ostatecznie mam tę garść świadectw z różnych okrętów, na dowód że wszystkie te lata były nietylko snem. Oto są, zwięzłe, jednostajne w wyrazie, ale równie dla mnie wyraziste jak pierwsza lepsza z natchnionych kart, które można znaleźć w literaturze. To też, uważacie, nazwano mnie romantykiem. Cóż, nic na to poradzić nie mogę. Ale, ale! Coś mi się majaczy, że nazwano mnie też realistą. A ponieważ można uzasadnić i ten zarzut, trzeba się więc do niego dostosować za wszelką cenę, choćby dla rozmaitości. Mając to na względzie, zwierzę się wam nieśmiało, i tylko dlatego iż niema koło mnie nikogo, ktoby mógł dojrzeć mój rumieniec w świetle lampy, że te wyraziste kartki z oceną mych marynarskich kwalifikacyj zawierają jedna w drugą słowa: „absolutnie trzeźwy“.
Zdaje się że dosłyszałem grzeczne mruknięcie: „Ależ to doprawdy bardzo pochlebne!“ No więc tak, to jest pochlebne — dziękuję. Zaświadczenie, że się jest trzeźwym, pochlebia przynajmniej w tym samym stopniu co zaświadczenie, że się jest romantykiem, choć te świadectwa mojej trzeźwości nie pomogłyby mi do objęcia posady sekretarza stowarzyszenia abstynentów, lub posady oficjalnego trubadura jakiejś wielkopańsko-demokratycznej instytucji, w rodzaju np. rady hrabstwa Londynu. Powyższą prozaiczną uwagę zapisuję tu jedynie poto, aby dowieść zasadniczej trzeźwości mego sądu o sprawach tego świata. Zależy mi na tem stwierdzeniu, ponieważ przed paru laty, gdy jedna z mych nowel ukazała się we francuskim przekładzie, pewien krytyk paryski — jestem prawie pewien że to był p. Gustave Kahn w Gil-Blas — poświęcił mi krótką notatkę i streścił swoje wrażenie o autorze w słowach: un puissant rêveur. Niech i tak będzie! Któżby się sprzeczał ze słowami życzliwego czytelnika?
Ale może nie jestem takim już bezwzględnym marzycielem. Pozwolę sobie stwierdzić, że ani na morzu, ani na lądzie, nie straciłem nigdy poczucia odpowiedzialności. Są różne rodzaje upojenia. Nawet wśród najbardziej kuszących marzeń nie opuszczała mnie nigdy ta wewnętrzna trzeźwość, ten uczuciowy ascetyzm, w którym jedynie można wyrazić bez wstydu nagi kształt prawdy, takiej jaką się rozumie, takiej jaką się czuje. Prawda, wydobyta na jaw przez wino, może brzmieć tylko płaksiwie i nieprzystojnie. Usiłowałem być trzeźwym pracownikiem przez całe życie — przez oba moje życia. Postępowałem tak oczywiście w zgodzie z własnemi skłonnościami, mając wrodzony wstręt do utraty pełnej władzy nad sobą, ale także i z artystycznego przekonania. Lecz tyle wilczych dołów czyha z obu stron właściwej ścieżki, że uszedłszy kawał drogi, czuję się nieco poturbowany i znużony, jak podróżnik w średnich latach po uciążliwym całodziennym marszu, i pytam się siebie, czy byłem zawsze, zawsze wierny tej trzeźwości, w której jest siła, i prawda, i spokój.
Co się tyczy mej trzeźwości na morzu, została stwierdzona przez własnoręczne podpisy kilku godnych zaufania kapitanów dość znanych swego czasu. Zdaje mi się że słyszę uprzejmy szept: „To się przecież samo przez się rozumie“. A tymczasem nie. To się wcale samo przez się nie rozumie. Dla tego wzniosłego akademickiego ciała, jakiem jest wydział marynarki przy ministerstwie handlu i przemysłu, nic się „samo przez się nie rozumie“, gdy chodzi o wydawanie dyplomów. Według praw tego wydziału, zawartych w pierwszym statucie marynarki handlowej, słowo TRZEŹWY musi figurować w świadectwie, gdyż inaczej nie pomogą całe wory, tony, góry najbardziej entuzjastycznego uznania. Drzwi egzaminacyjnego pokoju pozostaną zamknięte mimo łez i błagań. Największy fanatyk z pośród zwolenników abstynencji nie mógłby być bardziej bezlitosny i nieubłagany, niż wydział marynarki przy ministerstwie handlu i przemysłu. Ponieważ w różnych czasach znajdowałem się kilkakrotnie w obliczu wszystkich współczesnych mi egzaminatorów londyńskiego portu, siła i ciągłość mej wstrzemięźliwości nie może być podana w wątpliwość. Trzej egzaminowali z praktyki morskiej i los zrządził, że dostawałem się w ręce każdego z nich w odpowiednich odstępach czasu podczas mej służby na morzu.
Pierwszy z kolei, wysoki, szczupły, o bielusieńkiej głowie i wąsach, spokojnem, uprzejmem obejściu i dobrotliwym, inteligentnym wyrazie twarzy, najwidoczniej uprzedził się do mnie wskutek jakiegoś szczegółu w mej powierzchowności. Jego starcze, wychudłe ręce spoczywały, splecione luźno na skrzyżowanych kolanach, gdy zadał mi łagodnym głosem pierwsze elementarne pytanie, poczem ciągnął dalej i dalej... Trwało to godziny za godzinami. Gdybym był dziwnym mikrobem, mogącym wyrządzić śmiertelne szkody marynarce handlowej, to i wtedyby mnie nie poddano bardziej drobiazgowemu egzaminowi. Z początku odpowiadałem raźno, uspokojony pozorną życzliwością egzaminatora, ale w końcu wydało mi się że mózg zupełnie mi wyjałowiał. A spokojne pytania następowały jedne po drugich, narzucając mi wrażenie, że niezliczone wieki już upłynęły na samych kwestjach wstępnych. Potem strach mnie ogarnął. Nie bałem się że się wsypię; ta możliwość nie przyszła mi nawet do głowy. Chodziło o rzecz niesamowitą i daleko bardziej poważną. „Ten zgrzybiały starzec“, mówiłem do siebie z przerażeniem, „tak bliski jest śmierci, że stracił widać wszelkie poczucie czasu. Zapatruje się na ten egzamin z punktu widzenia wieczności. Bardzo to pięknie dla niego. Dobiega już mety. Ale gdy wyjdę z tego pokoju, poczuję się obcy na świecie, pozbawiony przyjaciół, zapomniany nawet przez swą gospodynię — jeśli po tem nieskończenie długiem przeżyciu będę w stanie sobie przypomnieć drogę do pensjonatu“. W tem jest daleko więcej prawdy niżby się zdawało. Bardzo dziwaczne myśli przesuwały mi się przez głowę, gdy rozmyślałem nad odpowiedziami; myśli nie mające nic wspólnego z praktyką morską ani wogóle z czemkolwiek rozsądnem. Zdaje mi się naprawdę że chwilami ogarniało mię coś w rodzaju spokojnego szału. Wreszcie zapadła cisza, która także zdawała się trwać wieki, a tymczasem mój egzaminator, pochylony nad biurkiem, wypisywał zwolna świadectwo, wodząc bezszelestnie piórem po papierze. Bez słowa wyciągnął do mnie kartkę i skłonił poważnie białą głowę w odpowiedzi na mój pożegnalny ukłon...
Wychodząc z pokoju, byłem zwiotczały jak wyciśnięta cytryna, a odźwierny w swej szklanej klatce, gdzie się zatrzymałem aby dać mu szylinga i wziąć kapelusz, rzekł:
— No! myślałem że pan już nigdy stamtąd nie wyjdzie.
— Jak długo tam byłem? — zapytałem słabym głosem.
Wyciągnął zegarek.
— Trzymał pana prawie całe trzy godziny. To się chyba jeszcze nie zdarzyło żadnemu z panów.
Dopiero gdy opuściłem ten gmach, skrzydła mi wyrosły u ramion. A ponieważ ludzkie zwierzę niechętne jest zmianom i lęka się nieznanego, powiedziałem sobie że nie miałbym doprawdy nic przeciw temu, aby na przyszły raz ten sam człowiek mię egzaminował. Ale gdy nadszedł czas próby, odźwierny wpuścił mię do innego pokoju ze znajomemi mi już sprzętami, modelami statków i takielunku, tablicą do sygnałów na ścianie i wielkim, długim stołem pokrytym formularzami, zaopatrzonym u jednego końca w nagi maszt. Człowieka rezydującego w tym pokoju nie znałem z widzenia, choć znałem go z reputacji — poprostu straszliwej. Niski i krępy, o ile mogłem sądzić, odziany w starą, brunatną marynarkę, siedział oparty na łokciu, ocieniając ręką oczy, zwrócony profilem do krzesła, na którem miałem zasiąść po drugiej stronie stołu. Był nieruchomy, tajemniczy, odległy, zagadkowy; z jego pozy przebijał pewien smutek — jak ze statui Giuliana (zdaje mi się) de Medici, który zasłania ręką oczy na grobowcu Michała Anioła — choć oczywiście memu egzaminatorowi daleko było do piękności. Zaczął od tego, że usiłował mię wyciągnąć na gadanie głupstw. Lecz uprzedzono mnie o owym szatańskim rysie i zaprzeczałem z wielką pewnością siebie. Po chwili tego zaniechał. Dotychczas wszystko szło dobrze. Ale jego bezruch, gruby łokieć oparty o stół, urywany, zgnębiony głos, zakryta i odwrócona twarz, wszystko to wywierało na mnie coraz większe wrażenie. Przez chwilę milczał zagadkowo, a potem umieścił mię na statku takiej to a takiej objętości, na morzu, wśród takich to a takich warunków pogody, pory roku, miejsca i t. d. i t. d. określonych bardzo jasno i ściśle, i kazał mi wykonać pewien manewr. Zanim sobie jeszcze z tem poradziłem, wyrządził statkowi jakąś szkodę. Gdy tylko wywikłałem się z trudności, wyjechał z drugą, a kiedy i ta została usunięta, wsadził inny statek przedemnie, stwarzając bardzo niebezpieczne położenie. Byłem zlekka dotknięty tą pomysłowością w przysparzaniu człowiekowi kłopotu.
— Nie byłbym się w to wpakował — odrzekłem łagodnie. — Dostrzegłbym wcześniej ten statek.
Nawet nie drgnął.
— Nie. Nie mógłby pan. Mgła.
— Ach tak! Nie wiedziałem — odrzekłem zaskoczony.
Zdaje się że mimo wszystko zdołałem uniknąć zderzenia z dostatecznem prawdopodobieństwem, i ten okropny egzamin ciągnął się dalej. Trzeba wiedzieć że próba, której mię poddawał, dotyczyła, jak się domyślałem, powrotnej podróży, której nie życzę najgorszemu wrogowi. Urojony statek zdawał się dźwigać na sobie jakieś bardzo zrozumiałe przekleństwo. Niewarto się rozwodzić nad tą powodzią nieszczęść, dosyć powiedzieć, że na długo przed końcem próby byłbym powitał z wdzięcznością możliwość przemiany w „Latającego Holendra“. W końcu egzaminator umieścił mię na morzu Północnem (jak sądzę) i wtrynił mi od strony podwietrznej brzeg otoczony ławicami piasku — prawdopodobnie holenderski. Odległość — osiem mil. Ta jawna, nieubłagana wrogość pozbawiła mnie słowa na całe pół minuty.
— No i co — rzekł, gdyż dotychczas wszystko szło bardzo gładko.
— Muszę się trochę zastanowić, panie kapitanie.
— Nie zdaje mi się aby pan miał wiele czasu do namysłu — mruknął szyderczo z pod ręki.
— Tak, zapewne — odrzekłem dość żywo. — Na żadnym innym statku. Ale tyle wypadków już się zdarzyło, że nie pamiętam doprawdy czem mogę jeszcze rozporządzać.
Siedział wciąż nawpół odwrócony z zasłoniętemi oczami, gdy nagle posłyszałem mrukliwą uwagę:
— Bardzo dobrze pan się spisuje.
— Czy mam obie kotwice na dziobie, panie kapitanie? — zapytałem.
— Tak.
Postanowiłem więc, jako ostatni ratunek dla statku, spuścić je obie w sposób możliwie najskuteczniejszy, kiedy djabelski system egzaminatora znów się odezwał, doświadczając mej pomysłowości.
— Ale jest tylko jedna lina. Drugą pan stracił.
To było oburzające.
— Więc uwiązałbym kotwice jedną pod drugą, gdyby się dało, i przed ich spuszczeniem dosztukowałbym do łańcucha najmocniejszą z lin na statku; a jeśliby pękła, co jest bardzo prawdopodobne, nicbym już nie robił. Statek musiałby przepaść.
— Nicby pan już nie robił, co?
— Tak, panie kapitanie. Nic więcej nie mógłbym zrobić.
Zaśmiał się gorzko.
— W każdym razie mógłby pan zmówić pacierz.
Wstał, przeciągnął się i ziewnął zlekka. Miał twarz bladą, szeroką i nieprzyjemną. Zadał mi jeszcze kwaśnym, znudzonym tonem zwykłe pytania co do świateł i sygnałów, poczem wymknąłem się z pokoju pełen wdzięczności — zdałem! Czterdzieści minut! I znowu wyrosły mi skrzydła u ramion na Tower Hill, gdzie tylu ludzi utraciło głowy, ponieważ, jak sądzę, brakowało im pomysłowości aby się ocalić. A w głębi serca nie miałem nic przeciw temu aby spotkać się jeszcze raz z tym samym egzaminatorem, kiedy trzecia i ostatnia próba nastąpi za rok mniej więcej. Miałem nawet nadzieję że się z nim spotkam. Znałem już jego złe strony, a czterdzieści minut to czas wcale przyzwoity. Tak, miałem doprawdy nadzieję...
Ale nic z tego. Kiedy się zgłosiłem aby złożyć egzamin na kapitana, przyjął mnie człowiek krępy, zażywny, o twarzy okrągłej i łagodnej, o siwych, puszystych bokobrodach i świeżych wyrazistych ustach.
Zabrał się do rzeczy życzliwie: „No zobaczymy. Hm. A gdyby mi pan powiedział wszystko co pan wie o umowach przy wydzierżawianiu statków?“ Utrzymywał się przez cały czas w tym stylu, robiąc w kształcie komentarzy wypady we własne życie, poczem znów brał się w kluby i wracał do zasadniczego przedmiotu. Bardzo to było zajmujące.
— Jak pan sobie wyobraża ster prowizoryczny? — spytał nagle przy końcu pouczającej anegdoty na temat brania ładunku.
Uprzedziłem go, że nigdy mi się nie zdarzyło stracić steru na morzu i dałem mu dwa klasyczne przykłady z podręcznika. Opisał mi wzamian ster prowizoryczny, który sam wymyślił przed laty, kiedy dowodził parowcem objętości 3.000 ton. Stwierdzam że był to najpomysłowszy wynalazek, jaki sobie można wyobrazić. „Może się panu kiedyś przydać“, zakończył. „Przejdzie pan wkrótce na parowce. Każdy się teraz przerzuca na parowce“.
W tem się mylił. Nie przeszedłem nigdy na parowce — na stałe nie przeszedłem. Jeśli tylko dość długo pożyję, stanę się dziwaczną relikwią nie istniejącego już barbarzyństwa, czemś w rodzaju potwornego antyku, jako jedyny marynarz zamierzchłej epoki, który nigdy nie przeszedł na parowce — na stałe nie przeszedł.
Mój egzaminator opowiedział jeszcze kilka zajmujących szczegółów o morskich dostawach czasu wojny Krymskiej.
— Właśnie wówczas zaczęto używać ogólnie stalowego osprzętu — zauważył. — Byłem wtedy bardzo młodym kapitanem. Działo się to, kiedy jeszcze pana nie było na świecie.
— Tak, panie kapitanie. Urodziłem się w r. 1857.
— Rok buntu — rzekł jakby do siebie, dodając głośniej, że jego statek, wydzierżawiony rządowi, znajdował się właśnie wtedy w zatoce Bengalskiej.
Widocznie służba w transportach wyszkoliła mego egzaminatora. Pozwolił mi niespodzianie wglądnąć w swą egzystencję i obudził we mnie poczucie ciągłości morskiego życia, do którego z zewnątrz wkroczyłem; wprowadził ludzką poufałość w mechanizm urzędowych stosunków. Poczułem że jestem zaadoptowany. Jego doświadczenie służyło także i mnie, jakby był moim przodkiem.
Zauważył, pisząc pilnie i starannie na kartce niebieskiego papieru moje długie nazwisko (dwanaście liter):
— Pan pochodzi z Polski.
— Tak, panie kapitanie, tam się urodziłem.
Położył pióro i rozparł się w fotelu, patrząc na mnie jak gdyby po raz pierwszy:
— Zdaje mi się że niewielu z pana rodaków u nas służy. Nie pamiętam abym kiedykolwiek spotkał Polaka, ani w ciągu mej służby, ani potem. Chyba nawet nigdy o żadnym nie słyszałem. Jesteście narodem lądowym, prawda?
Odrzekłem że tak — i to nawet wybitnie. Oddziela nas od morza nietylko położenie, ale również i brak choćby pośrednich z morzem stosunków, ponieważ nie jesteśmy bynajmniej narodem handlowym tylko czysto rolniczym. Na to kapitan zrobił dziwną uwagę, że miałem „daleką drogę do przebycia aby się dostać na morze“ — jakby życie na morzu nie było właśnie życiem, w którem odchodzi się bardzo daleko od domu.
Odrzekłem z uśmiechem, że mogłem bezwątpienia znaleźć okręt znacznie bliżej mych stron rodzinnych, ale pomyślałem sobie że jeśli mam być marynarzem, to tylko brytyjskim. Była to kwestja rozważnego wyboru.
Skinął zlekka głową; a ponieważ patrzył na mnie wciąż pytająco, mówiłem dalej, wyznając, że po drodze do brytyjskiej marynarki byłem przez krótki czas na morzu Śródziemnem i w Indjach Zachodnich. Nie chciałem się znaleźć w brytyjskiej marynarce handlowej jako zupełny nowicjusz. Poco mu było mówić o wyjątkowej sile mego tajemniczego powołania, o tem że już za najmłodszych lat musiałem się na morzu wyszumieć? Była to ścisła prawda, ale nie zrozumiałby pewnie tej dość wyjątkowej psychologji, która mię pchnęła na morze.
— Chyba nie spotkał się pan nigdy na statku z rodakiem — prawda?
Potwierdziłem że tak było istotnie. Nastrój leniwej gawędy ogarnął mego egzaminatora. Co do mnie, nie śpieszyło mi się wcale ten pokój opuścić. Ani trochę. Okres egzaminów przeminął. Nie zobaczę już nigdy tego życzliwego człowieka, który był mym przodkiem w zawodzie, czemś nakształt dziadka w zakresie powołania. Zresztą musiałem czekać póki mnie nie odprawi, a na to się nie zanosiło. Siedział w milczeniu, patrząc wciąż na mnie, a ja dodałem:
— Ale przed kilku laty mówiono mi o pewnym rodaku marynarzu. O ile się nie mylę, był to chłopiec służący swego czasu na statku z Liverpoolu.
— Jak się nazywał?
Powiedziałem mu nazwisko.
— Jak pan mówi? — zapytał i zmrużył oczy, wsłuchując się w te dziwaczne dźwięki.
Powtórzyłem nazwisko bardzo wyraźnie.
— Jak się to pisze?
Powiedziałem mu, litera za literą. Pokręcił głową nad niemożliwemi trudnościami tego nazwiska i zauważył:
— Zupełnie takie długie jak pańskie — prawda?
Nie śpieszyło mi się wcale. Zdałem już egzamin na kapitana i całe życie na mnie czekało, abym zrobił zeń jaknajlepszy użytek. Uważałem że mam mnóstwo czasu przed sobą. Zliczyłem powoli litery na pamięć i rzekłem:
— Niezupełnie. Jest krótsze o dwie litery, panie kapitanie.
— Doprawdy? — Egzaminator posunął ku mnie poprzez stół podpisaną przez siebie niebieską kartkę i wstał z krzesła. To zakończenie naszych stosunków wydało mi się bardzo nagłe; było mi prawie przykro rozstawać się z tym zacnym człowiekiem, który był kapitanem statku zanim jeszcze szept morza dosięgnął mojej kołyski. Podał mi rękę i życzył szczęścia. Odprowadził mnie nawet do drzwi parę kroków i na zakończenie udzielił dobrotliwej rady:
— Nie wiem co pan zamierza, ale powinien się pan przerzucić na parowce. To jest właśnie czas odpowiedni, kiedy się zdobędzie dyplom kapitana. Gdybym był panem, przerzuciłbym się na parowce.
Podziękowałem mu i zamknąłem za sobą drzwi, zostawiając ostatecznie poza sobą erę egzaminów. Ale nie wyrosły mi skrzydła u ramion jak za pierwszym i drugim razem. Szedłem spokojnym krokiem po wzgórzu, gdzie tylu ludziom ścięto głowę. Stało się — mówiłem sobie — jestem kapitanem marynarki brytyjskiej. Nie znaczy to abym przypisywał przesadne znaczenie temu bardzo skromnemu rezultatowi, który jednak nie był owocem ani szczęśliwego zbiegu okoliczności, ani zewnętrznych wpływów. Ów fakt, dodatni i skromny sam przez się, miał dla mnie pewne abstrakcyjne znaczenie. Był odpowiedzią na wypowiadane głośno wątpliwości, a nawet na przykre oszczerstwa. Usprawiedliwiłem się z tego, co mi wyrzucano jako głupi upór lub kaprys fantastyczny. Nie chcę przez to powiedzieć aby cały kraj przewrócił się do góry nogami, ponieważ postanowiłem zostać marynarzem. Ale chłopcu niespełna lat szesnastu, i to wybitnie wrażliwemu, wstrząs jego małego świata wydał się naprawdę bardzo wielkiem wydarzeniem. Tak wielkiem, że w niepojęty sposób echa jego sięgają aż dnia dzisiejszego. W chwilach samotnych rozmyślań chwytam się nieraz na odpieraniu argumentów i zarzutów, wypowiedzianych przed trzydziestu pięciu laty przez głosy umilkłe na zawsze; znajduję odpowiedzi, których napastowany chłopiec nie mógł znaleźć poprostu dlatego, że sam siebie nie rozumiał. Moje powołanie było dla mnie równie tajemnicze jak dla tych, co żądali abym im siebie wytłumaczył. Wypadek tego rodzaju zaszedł chyba po raz pierwszy. Zdaje mi się doprawdy że nigdy się nie zdarzyło, aby chłopiec mej narodowości i mych tradycyj zerwał tak stanowczo ze swem otoczeniem i stosunkami. Bo trzeba zrozumieć, że w mem powołaniu nie było ani śladu myśli o „karjerze“. Wstąpienie do marynarki rosyjskiej lub niemieckiej nie mogło wogóle wchodzić w rachubę. Uniemożliwiały to moja narodowość i moje tradycje. Niechęć do służby w marynarce austrjackiej nie była tak silna i sądzę że pozwolonoby mi wówczas wstąpić do szkoły marynarskiej w Poli. Pociągnęłoby to za sobą kucie niemieckiego przez sześć miesięcy, ale nie przekroczyłem jeszcze wtedy wieku przyjęcia a pod innemi względami odpowiadałem żądanym warunkom. Ów projekt został wysunięty aby złagodzić moje szaleństwo, lecz nie chciałem o nim słyszeć. Muszę przyznać, że w tym wypadku uczucia moje były zupełnie zrozumiałe nawet dla mych najsurowszych krytyków. Nie żądano abym się z tego tłumaczył; ja zaś nie miałem na myśli karjery marynarza lecz morze. Zdawało się że droga prowadzi do niego tylko przez Francję. W każdym razie znałem język, a ze wszystkich krajów w Europie Francja jest tym, z którym Polska ma najwięcej wspólnego. Istniała możliwość, że otoczą mnie tam z początku opieką. Rozpisano listy, na które nadeszły odpowiedzi i przygotowano mój wyjazd do Marsylji, gdzie zacny młodzian nazwiskiem Solary (do którego dostano się drogą okrężną przez różne francuskie znajomości) obiecał dobrodusznie, iż pomoże temu jeune homme dostać się na przyzwoity statek, jeśli doprawdy chce mu się zakosztować tego métier de chien.
Patrzyłam z wdzięcznością na wszystkie przygotowania i nie zdradzałem się ze swemi myślami. Ale to co rzekłem ostatniemu ze swych egzaminatorów było ścisłą prawdą. Stanowcze postanowienie, że „jeśli mam być marynarzem, to tylko angielskim“, tkwiło już we mnie, sformułowane oczywiście po polsku. Nie umiałem nawet sześciu słów po angielsku i dość byłem przebiegły aby zrozumieć, że lepiej nic o swym zamiarze nie mówić. Już i tak uważano mię za trochę pomylonego, a przynajmniej dalsi znajomi byli tego zdania. Trzeba było przedewszystkiem wyjechać. Pokładałem wszystkie nadzieje w liście dobrodusznego Solary do mego wuja — liście bardzo uprzejmym — choć zgorszyło mię trochę zdanie o métier de chien.
Ten Solary (Baptistin) okazał się, gdy go zobaczyłem na własne oczy, zupełnie młodym człowiekiem, bardzo przystojnym, o pięknej czarnej bródce krótko przystrzyżonej, świeżej cerze i łagodnych, wesołych czarnych oczach. Był tak pełen humoru i dobroduszności jak tylko sobie można było życzyć. Spałem jeszcze w skromnym hotelu blisko bulwaru starego portu, zmęczony podróżą via Wiedeń, Zurich, Lyon, gdy wpadł do mego pokoju i otworzył jednem pchnięciem okiennice na słońce Prowancji, łając mnie gwałtownie za wylegiwanie się w łóżku. Jakże miło mnie zaskoczyły jego hałaśliwe wymysły i nakaz, abym wstał i wybrał się natychmiast w „trzyletnią podróż po morzach południowych“. O magiczne słowa! Une campagne de trois ans dans les mers du sud — tak brzmi po francusku określenie trzyletniej wycieczki na dalekie wody.
To przebudzenie było rozkoszne, a życzliwość Solary’ego niewyczerpana; lecz sądzę że w poszukiwaniu dla mnie okrętu nie okazał należytego przejęcia. Służył sam na morzu, ale rzucił je w wieku lat dwudziestu pięciu, uważając że na lądzie będzie zarabiał w sposób daleko przyjemniejszy. Był spokrewniony z niewiarygodną liczbą porządnych i zamożnych rodzin marsylskich. Jeden z jego wujów, ceniony makler okrętowy, miał bardzo duże stosunki na angielskich statkach; inni krewni Solary’ego zajmowali się zaopatrywaniem okrętów, sprzedażą łańcuchów i kotwic, a także żaglowego płótna; pracowali jako uszczelniacze statków, specjaliści od ładowania, cieśle okrętowi. Zdaje mi się że jego dziadek był swego rodzaju dygnitarzem — prezesem pilotów. Poznałem wielu z tych ludzi, a pilotów przedewszystkiem. Pierwszego dnia, który spędziłem całkowicie na słonej wodzie, byłem ich gościem w wielkiej półkrytej łodzi, która pod mocno skróconemi żaglami krążyła w mglistą, wietrzną pogodę, wypatrując okrętowych żagli oraz dymu parowców za smukłą, wysoką latarnią morską Planier, co przecinała białą prostopadłą kresą horyzont omiatany wiatrami. Byli to ludzie gościnni, ci krzepcy prowansalscy marynarze. Pod ogólną nazwą le petit ami de Baptistin stałem się gościem Stowarzyszenia Pilotów i mogłem korzystać z ich łodzi dniem i nocą. Wiele dni a także i nocy spędziłem na morzu w towarzystwie tych prostych, życzliwych ludzi, pod których opieką zaczęła się moja zażyłość z morzem. Nie raz i nie dwa uczciwe ich ręce zarzucały płaszcz z kapturem — zwykłe odzienie śródziemnomorskich marynarzy — na plecy „małego przyjaciela Baptysty“, gdyśmy błąkali się nocą u brzegów Château d’If, wypatrując okrętowych świateł. Oblicza tych marynarzy, schłostane przez wiatr i morze, pochylały się nad mem morskiem niemowlęctwem — oblicza brodate lub ogolone, okrągłe lub chude, o bacznych, pomarszczonych oczach właściwych pilotom, niekiedy z cienkiem złotem kółkiem we włochatem uchu. Pierwszą marynarską czynnością, którą miałem sposobność obserwować, było przybijanie do statków na morzu o każdej godzinie i przy wszelkiej możliwej pogodzie. Moi gospodarze dali mi się tego napatrzeć do syta. I nieraz też zapraszali mię do wysokich, ciemnych domów starego miasta, gdzie zasiadałem u gościnnego stołu; żony pilotów, kobiety o piskliwych głosach i szerokich czołach, nakładały mi bouillabaisse na talerz z grubego fajansu, ja zaś rozmawiałem z ich córkami — krępemi dziewczętami o czystych profilach, ciemnych oczach, olśniewająco białych zębach i wspaniałej gęstwie czarnych włosów ułożonych w skomplikowaną koafiurę.
Nawiązałem także stosunki innego rodzaju. Jedna z moich znajomych, pani Delestang, imponująca, posągowa piękność, zabierała mię niekiedy do Prado na przedniej ławeczce powozu, w godzinach spacerowych eleganckiego towarzystwa. Pochodziła z południowej arystokracji. Jej wyniosłość i jak gdyby znużenie przypominały mi Lady Dedlock z „Pustkowia“ Dickensa, książki mistrza, dla której mam od dzieciństwa taki podziw, a raczej tak głębokie i niewyrozumowane uczucie, że nawet jej słabe miejsca są mi droższe niż doskonałości w dziełach innych ludzi. Czytałem „Pustkowie“ niezliczoną ilość razy, i po polsku, i po angielsku; odczytywałem je dopiero co, i przez dość zrozumiałe odwrócenie porządku rzeczy, Lady Dedlock z książki przypomniała mi bardzo panią Delestang.
Jej mąż (siedziałem naprzeciw ich obojga) o cienkim, kościstym nosie i wąskiej, zupełnie bezkrwistej twarzy, jakby ujętej w klamry krótkich, klasycznych faworytów, nie miał w sobie nic ze wspaniałego wyglądu i uroczystej dworności Sir Leicester Dedlocka. Należał tylko do haute bourgeoisie i był bankierem, u którego otwarto mi skromny kredyt. Pozatem był takim zapalonym — nie, takim lodowatym, zakamieniałym rojalistą, że w potocznej mowie używał zwrotów współczesnych, powiedzmy, dobremu królowi Henri Quatre; a kiedy mówił o sprawach pieniężnych, rachował nie we frankach, jak pospolita, bezbożna horda porewolucyjnych Francuzów, lecz w przestarzałych i zapomnianych écus — trudno to sobie wyobrazić — jakby Louis Quatorze przechadzał się jeszcze po wersalskich ogrodach w królewskiej swej wspaniałości, a Monsier de Colbert kierował sprawami marynarki. Musicie przyznać, że jak na bankiera dziewiętnastego stulecia była to dość dziwna idjosynkrazja. Na szczęście w banku (zajmującym parter miejskiej rezydencji Delestangów na cichej, zacienionej ulicy) prowadzono rachunki w nowożytnej monecie, tak że bez żadnej trudności porozumiewałem się z poważnymi i pełnymi godności urzędnikami o przyciszonych głosach, legitymistami (jak mi się zdaje); siedzieli za grubą kratą okien w wiecznym półmroku przy ciemnych, starodawnych pulpitach, pod wyniosłemi sufitami opartemi o ciężkie gzymsy. Wychodząc stamtąd, miałem zawsze wrażenie, że opuszczam świątynię jakiegoś bardzo poważnego lecz nawskroś świeckiego kultu. I zwykle przy tej właśnie okazji spotykałem w wielkiej bramie wjazdowej siedzącą w powozie Lady Ded — — chciałem powiedzieć panią Delestang; spostrzegłszy mój podniesiony kapelusz, kiwała na mnie uprzejmie nakazującym ruchem, mówiąc z wesołą nonszalancją: „Venez donc faire un tour avec nous“ — mąż jej zaś zachęcał mnie słowami: „C’est ça. Allons, montez, jeune homme“. Wypytywał mnie niekiedy znacząco — lecz z wielkim taktem i delikatnością — jak spędzam czas, i nigdy nie zapominał wyrazić nadziei, że pisuję regularnie do mego „szanownego wuja“. Nie taiłem bynajmniej jak spędzam czas i mam wrażenie że moje naiwne opowiadania o pilotach i tym podobnych historjach bawiły panią Delestang, o ile ta nieporównana kobieta mogła znajdować rozrywkę w paplaninie młokosa, bardzo przejętego nowemi przeżyciami wśród dziwnych ludzi i dziwnych warunków. Pani Delestang nie wyrażała nigdy swego zdania i mówiła bardzo mało, a jednak portret jej wisi w galerji mych poufnych wspomnień ze względu na pewien krótki, przelotny epizod. Pewnego dnia, gdy wysiadłem na rogu jakiejś ulicy, pani Delestang podała mi rękę i przytrzymała na chwilę moją dłoń w lekkim uścisku. Jej mąż siedział bez ruchu, patrząc prosto przed siebie, a ona pochyliła się naprzód i rzekła z leciutkim odcieniem przestrogi w swobodnym tonie: „Il faut cependant faire attention à ne pas gâter sa vie“. Nigdy przedtem nie widziałem jej twarzy tak blisko. Serce mi załopotało; byłem potem zamyślony przez cały wieczór. No tak, właściwie trzeba uważać aby nie popsuć sobie życia. Ale pani Delestang nie mogła wiedzieć — nikt nie mógł wiedzieć — jak dalece niebezpieczeństwo to uważałem za wykluczone.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.