Zając (Dygasiński, 1900)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł Zając
Rozdział IV
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


IV.

Szarak, wyzwolony z niewoli, buchnął teraz w zboża.
Dymią, kurzą się kłosy pyłem kwiatu, prześlicznie falują, szumią. Modrzy się haber, czerwieni mak polny; chwasty to, wdzięku dodają niwie. W tym szumie zboża, w jego woni, w powietrzu ciepłem, dojrzewał zając, rósł w siły, mądrość; tylko obcięte słuchy nie odrastały. Skowronki przyśpiewywały mu w górze, na podniebiu, na ziemi — przepiórki i świerszcze. O dobrze jest zaszyć się w las żyta, pszenicy!
Gęstniało zboże od spodu, dostawało podszewki z koniczyny i miękkiej trawy, która daje chłodek, a przytem ma się tu dobry, gotowy kawałek chleba. Tylko te natrętne muchy, komary, mrówki, przeszkadzały w drzemce i z obciętych słuchów strząsać je trudno. Gdyby to po wsze czasy tak dobrze było na świecie!
Niestety, przyszli jednego dnia żniwiarze, jęli płoszyć, wypędzać szaraka z tego raju, istnego zapiecka u Pana Boga! Żniwa raźno szły naprzód i on przed sierpami z łanu na łan pomykał, aż mu nareszcie zabrakło schronienia. Po świętym Bartłomieju pełno golizny na polach i życie zajęcze leży coraz bardziej na wierzchu. Jednakże mógł jeszcze dać nura w proso, kartofle, rzepę, buraki.
Świat powoli zmieniał barwy: szarzał, płowiał, tracił blask i stawał się chłodny. Różne zwierzęta domowe wałęsały się po rżyskach, rolnicy orali, sieli, i zaczynało być bardzo ciasno zającowi w tej polnej ojczyznie.
Jesień! Więdną i spadają powoli liście z drzew; jedne się mienią w słońcu jakby bursztynowe, inne krwawą jakąś czerwonością połyskują. Poblakły łąki z wygolonemi czuprynami, zszarzały, wytarły się rżyska, jeszcze niedawno złotem połyskujące. Ziemia w swej barwie robi się podobna do skórki zajęczej, lisiej, do piórek kuropatwich. Tylko jeszcze owe liście drzew, krzewów, ostatnie na niej szmaty, i jagody głogów, jarzębiny, kaliny, albo ciemno-granatowe tarki. Dniem, nocą, lecą żórawie, dzikie gęsi, i popod chmurami słychać ich głosy. Przeciągają ogromne stada ptaków śpiewających — pokolenia młode, których zadaniem jest odnowić świat stary.
Latem nosił się zając zamaszyście — brakło mu tylko, że tak powiem, fajki w zębach i czapki na ucho. Nastały czasy oględności, zastanowienia; teraz przystawał co chwila, patrzył, słuchał. Człowiek zadziwiłby się nieraz, widząc, jak nasz szarak, ni stąd ni zowąd, brał nogi za pas i gnał bez pamięci przed siebie. Właściwością bowiem każdej zajęczej duszy są przywidzenia, pochodzące z nadmiaru strachu, a dające się nazwać zajęczą ostrożnością. Człowiek, zającem podszyty, powiada: „Kto wie, coby było, gdybym nie uciekł?“ Jest to także oręż, znamionujący przedewszystkiem zająca, który ma zostać sławnym graczem. Na tych gołych przestrzeniach niebezpieczeństwo ze wszystkich stron zdało się mieć przystęp do niego. Istota, która posiada liczne korzystne przymioty gatunkowe, w stopniu wyższym niż inne zające, posiada także, jeśli się tak wyrazić wolno, talent strachu, natchnienie, wzbudzające obawę nawet wobec mogącego nastąpić niebezpieczeństwa.
No, a niejednokrotnie tak bywało, że istotnie przywidzenie go ocaliło. Gdzie on to tam miał kotlinę od wsi, od dworu! A jednak przeczuł, zmiarkował „coś go piknęło“. Lepiej się omylić, zawieść na swem przywidzeniu, niż stracić życie.
Do kotliny jego dochodziły odległe gwary świata, wzywające do baczności. Słyszał, jak baby we wsi miądlą konopie, a kłócą się, klną siarczyście. Psy zawzięcie oszczekiwały wóz przejeżdżający z turkotem. Żrebiątko zarżało gdzieś cieniutkim głosem, a matka odpowiadała mu grubem rżeniem. Krowa uparcie raz po razu porykiwała. Kogut zapiał na odmianę.
To wszystko nie przerażało go jeszcze tak dalece. Dopiero kiedy gęsi podniosły wrzask ogromny, ogarnął go niepokój i wyskoczył z kotliny, a dobrze zrobił.
W samej rzeczy, pan Filip, kucharz dworski z Morzelan wybrał się właśnie pod ten czas na polowanie. Szedł w długich butach, z dubeltówką pod pachą, a jego wyżeł Bekas wyskakiwał przed nim radośnie.
Raz się tylko żyje, więc gdy o życie chodzi — na wojnie, czy podczas burzy morskiej — nikt nie lekceważy przywidzeń, przeczuć i przepowiedni. Co najmniej o pięćset kroków od kotliny znajdował się myśliwy, a źle mu było patrzeć, gdyż słońce miał naprzeciw. Zając przeciągnął się, zerknął. Tak, kucharz szedł prosto na kotlinę, a wyżeł merdał ogonem, biegł naprzód i z jego postawy dawało się widzieć, że nawet coś już zawietrzył. Teraz, ma się rozumieć nie ma niebezpieczeństwa; ale gdyby nie gęsi, nie przywidzenia, przeczucie...
Szarak — marsz, marsz — wyciągnął skoki i, niepostrzeżony przez kucharza, psa, pełnym cwałem popędził do brzozowego lasku, gdzie zaraz na brzegu przysiadł i patrzył i słuchał, co będzie. Był to rycerski chrzest jego, pierwsze w życiu spotkanie się z myśliwym i wyżłem. Gdyby to życie tak przeżyć, zmykając niewidzialnie!
Oho, Bekas coraz żwawiej merda kusym ogonem, wyciągnął pysk przed siebie, jak gdyby pił powietrze, przygarbił się nieco i krok za krokiem wolniutko stawiał!... Kucharz podchodził, strzelba na pogotowiu. Pies już coś wystawiał, stanął jak wryty, z jedną łapą podniesioną.
O jakie trzydzieści kroków od kotliny naszego bezuchego szaraka była kotlina druga, a w niej — szarak o dwóch słuchach, śpioch widać, nieczuły na wrażeniu świata zewnętrznego — strach małego talentu. Niech giną zające, które się bać nie umieją! Jak bomba wyskoczył z legowiska, a w tej chwili huknęło — tarach! Zatoczył się, ale pędził... Drugi raz — tarach — i kot przewrócił kozła, poszedł do torby pana Filipa.
Ten zginął, tamten ocalał — oto różnica w przymiotach osobniczych. Zawsze drżyj ze strachu i uciekaj, bylebyś życie ocalił!
Należy wiedzieć, że ten kucharz nie był wcale zawołanym myśliwym, a jego Bekas już czwartego miał pana, zawsze na podziękowanie za usługi odbierał kopnięcie nogą — okrzyczany łapikura, jedynie lizustostwem skarbiący sobie względy panów. Takim się darzy na świecie.
Nasz bezuchy, choć widział zdaleka rozlew krwi zajęczej, zachował się jak zwierzę, nie litość uczuł dla zamordowanego, tylko jeszcze większy strach o siebie. Przycupnął w lesie i słuchał bicia własnego serca: jesto muzyka zajęcza — marsz strachu.
Zeszło mu do późnego wieczora. Wschodził październikowy księżyc, wyglądał jak placek szewski-kołacz z serem, oblany szafranem, poprzypalany, wysadzany czarnymi rodzynkami. Cisza panowała w polach, spokój, budzący w zającach zaufanie i największy tchórz uczuwa w sobie niekiedy błogą pewność, że nikt nie czyha na jego życie. Nie, pewności takiej nigdy niema u zająca; jest tylko pół-pewność.
Szarak opuścił kotlinę, baczył czas jakiś, o ile mógł obciętymi słuchami; potem skacząc z zagona na zagon, popędził na wzgórek z krzyżem. Wytarzał się tu w rosie, przytupnął, wyciął szczupaka — bawił się w zucha, wyobrażał sobie, że jest odważny.
Pst!... Usłyszał lekki szelest. Aa, to jakiś zając! Tylko nie gach, jeno płeć żeńska. Wprawdzie minęła już pora zajęczych zalotów i w październiku nie zawiera się związków małżeńskich; ale dobrze jest mieć znajomą i nigdy nie szkodzi pożartować z miłą płcią nadobną.
Zrazu nie spodobał się coś gach — że to bezuchy, a u zająców w słuchach, nie w wąsach wdzięk męski spoczywa. Może i myślała, że ten gach postradał uszy w pojedynku o kochankę, a taka zawziętość jego byłaby nadzwyczajnie chlubna.
Wesoło im było, gdy się puścili na harce zajęcze, odbywali gonitwę koło krzyża, stawali słupka jedno naprzeciw drugiego, szybko poruszali wargami, przytupywali tylnemi skokami, szczypali się po szyjach, macali się po biodrach, pomrukiwali z rozkoszy — zwyczajnie, romans zwierzęcy po księżycu.
Gach jednak łowił szmery obciętemi uszyma, zaczynało go coś korcić. Ona, pewnie lekkomyślniejsza, widocznie rozfiglowała się, pożądała jak najwięcej zabawy, pląsów, potrząsów i przeszkadzała mu w czujności, kołysała do snu baczny strach jego. Niejeden już zginął z takiego powodu!
Oni się tak weselą, a tu zgiełk jakiś, łoskot bardzo wyraźny zakłóca im te rzadkie w życiu chwile szczęścia: — właśnie on, uniesiony szałem swawoli, chwycił ją zębami za kosmyk, gdy się to stało.
Spojrzeli i odrazu zniknął ich wesoły nastrój duszy. W dolinie, gdzie cień pagórka mroki rozpościerał, coś się ku nim toczyło w podskokach.
Był to Burek, pies księży, szeroko znany z nocnych wypraw na zające. Kloc drzewa zawieszono mu na szyi w celu powstrzymania go w zapałach myśliwskich, a nic to nie pomagało: co noc uciekał z domu i zapalczywie ścigał szaraki, chociaż ciężki kawałek drewna plątał mu się między nogami.
W oka mgnieniu rozbawiona para pierzchła: jedno na prawo, drugie na lewo. Pies pogonił za zającem płci męskiej i już węchem, już wzrokiem tropiąc, zawzięcie go ścigał do samego rana.
Z początku szarak zmykał nadzwyczajnie, potem otrzaskał się z pogonią, widział, że mu żadne niebezpieczeństwo nie grozi i wodził psa po rowach, dołach, różnych wertepach. Nazwalibyśmy żartami, psotą takie postępowanie, gdyby to robił człowiek, ale zając...
W każdym razie noc przepadła, zaświtał dzień biały, tak bardzo najeżony niebezpieczeństwy, że się koniecznie dobrze ukryć trzeba. Zając i sił należycie nie pokrzepił, a tu nie wiadomo, co wypadnie. Nieprzyjaciel uparty, zawzięty, choć niedołężny, znękał, utrapił. Jak długie i szerokie są Morzelany, wszystkie dziury, kąty, wycierał zając w ciągu tej jednej nocy, a Burek z klockiem wszędzie go dochodził, wypłaszał.
Dopiero rano, pies zziajany, z językiem długo wywieszonym, zaszargany w bagnach, ledwie się wlókł do domu — tak mu klocek nogi poobijał. Pociesznie wyglądała ta ofiara namiętności! Żył po to w dzień, aby w nocy polować. Nie mógł nigdy nic zdobyć z tym nieszczęśliwym klockiem, a jednak nie tracił nadziei, że zdobędzie. Codziennie dostawał w domu srogie kije za nocną wyprawę, a jednak nie opuścił ani jednej nocy bez polowania. Są tacy! „Przegrałem dziś, wczoraj, przed-wczoraj; ale jutro mogę się odegrać“.
Takie były najpierwsze występy naszego szaraka na widowni życia. Na pozór niby nic groźnego nie było; ale kto niema szczęścia, zawsze zginąć może.

Adolf Dygasiński - Zając.djvu str 47.jpg





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.