Z papierów po nieboszczyku czwartym/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Z papierów po nieboszczyku czwartym
Podtytuł Obrazek
Wydawca W. Czajewski
Data wydania 1896
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział ostatni, będący zakończenienn historyi nieboszczyka czwartego.

Kiedy mi szczęśliwe zdarzenie dało poznać pana Melchiora i bliższe zawiązać z nim stosunki — mieszkał on wówczas w Warszawie i zajmował niewielki pokoik przy familii, ale z osobnem wejściem, przy ulicy Wspólnej, wysoko, na trzeciem piętrze.
Przychodziłem do niego niekiedy na pogawędkę i cygaro.
Gawędziliśmy, a w tych gawędach malowała się cała jego dusza, dusza prostoty gołębiej.
Pobyt w Woli zrobił w nim wielki przewrót, zniechęcił go do świata, źle mówię, nie zniechęcił — ale onieśmielił bardziej jeszcze.
Lekcyi już dawać nie chciał, od zastępstw się wymawiał, chyba, gdy go bardzo proszono, ustępował — i poprawiał ćwiczenia uczniowskie za tych, co czasu nie mieli, albo nie chcieli mieć; opracowywał gramatykę łacińską, która wyjść miała z druku, jako samodzielna praca doświadczonego pedagoga pana Iksa; pomagał komuś przy układaniu praktycznego słownika greckiego, ale czynił to bez wynagrodzenia i jedynie na usilne prośby.
Zapłaty żadnej nie chciał — pieniędzy nie potrzebował. To, co zarobił na wsi miał i czerpał z tego funduszu, jakby przeczuwając, że mu na krótkie życie wystarczy.
— Mnie tu między wami niedługo już — mówił nieraz do mnie — dni moje policzone.
— Cóż to, panie Melchiorze, chory jesteś? dolega ci co?
— Nie chorym ja, nic mnie nie boli i nie dolega, a przecież czuję, że już koniec. Słabnę, siły tracę, dopalam się, jak świeca. I lepiej. Śmierci się nie lękam, życia nie żałuję. Nikomu nie byłem i nie jestem potrzebny... Odejdę, bo taka kolej rzeczy; kto przyszedł, musi odejść. Jeden pozostawia po sobie żal, inny pogardę, jeszcze inny przekleństwo — ja nic. Nikt nie zauważył mego istnienia, nikt nie spostrzeże, żem zniknął; w statystyce przybędzie jednostka, w księgach! stanu cywilnego akt zejścia, na cmentarzu mogiła...
Starałem się go pocieszać, lecz on na inny przedmiot rozmowę zaraz zwracał, najczęściej szachy wydobywał i do gry zapraszał.
— Pokażę ci partyę Tobiasza Tupeta, doskonała! Nie dostanie się ona zapewne do literatury szachowej, nie będzie uwieczniona drukiem, ale jest ciekawa i warta studyów. O! patrz: ja tak, on tak; ja tak, on tak; dalsze posunięcia są te, te i te; on szach, ja zasłaniam się koniem, on szach, zasłaniam się damą, on jeszcze szach tracę wieżę — i rób, co chcesz — mat! Tale grywał Tobiasz Tupet, myśliciel, filozof najdziwniejszego rodzaju, mistyk, kabalista, osobliwa istota, jakiej podobnej w życiu mojem nie widziałem i zapewne już nie zobaczę...
Rozmawialiśmy o pannie Wandzie, o Woli, o zacnem sercu sędziny i sędziego, o Biernackim.
Był to ulubiony temat gawęd pana Melchiora, zawsze chętnie do niego powracał i rozpamiętywał wszelkie szczegóły kilkoletniego pobytu na wsi, który byłby mógł do najpiękniejszych chwili życia swego zaliczać, gdyby nie to odkrycie fatalne.

Biedny Melchior, nie mylił się co do stanu swego zdrowia; siły go opuszczały, chociaż cierpień żadnych nie doznawał, gasnął, dogorywał, dopalał się, jak świeca.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jednego razu, gdym wstąpił do niego na pogawędkę wieczorną, nie zastałem go w domu.
Powiedziano mi, że zasłabł i kazał się do szpitala odwieźć.
Nazajutrz pojechałem tam rano, ale go już nie było.
Siostra miłosierdzia powiedziała mi, że skonał o drugiej po północy.
Zasnął na wieki, bez cierpień..
Chciałem go raz jeszcze zobaczyć i pogrzebem się zająć.
Posługacz szpitalny, człowiek, za mały datek, bardzo uprzejmy i grzeczny, zaprowadził mnie, jak się wyrażał, do... składu.
Kilka ciał zesztywniałych, wyprostowanych, leżało na stołach, każde było grubem płótnem przykryte.
— Któryż jest Melchior Kurkiewicz? zapytałem, zdejmując kapelusz przed majestatem śmierci.
Posługacz rękę wyciągnął, policzył umarłych, pomyślał i rzekł:
— A to właśnie, proszę łaski pana, jest ten nieboszczyk... czwarty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.