Z „Cyganerji“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henry Murger
Tytuł Z „Cyganerji“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Murger
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „CYGANERJI“ [1].

Było to 24 grudnia: tego wieczora, Dzielnica Łacińska miała wygląd bardzo niezwykły. Od czwartej popołudniu, lombardy, handle starzyzny, oraz antykwarnie zalegał hałaśliwy tłum, który znowu wieczorem przypuścił szturm do masarni, piekarń i sklepów korzennych. Gdyby nawet subjekci mieli po sto rąk, nie mogliby nadążyć z obsłużeniem gości, którzy wyrywali sobie zapasy. Pod piekarniami tworzyły się ogonki, niby w dniach głodu. Handlarze wina pozbywali się produktu z trzech zbiorów, najbieglejszy zaś statystyk z trudnością zdołałby ustalić liczbę szynek i kiełbas sprzedanych u sławnego Borela. W ciągu tego jednego wieczora, ojciec Cretaine, zwany Bułeczką, wyczerpał ośmnaście nakładów maślanych ciasteczek. Całą noc, zgiełkliwe krzyki wydobywały się z jarzących studenckich hotelików; atmosfera kiermarszu napełniała dzielnicę.
Obchodzono odwieczną uroczystość Bożego Narodzenia.
Tego wieczora, około dziesiątej, Marcel i Rudolf wracali do do domu dość smutno. Idąc, ujrzeli tłumy ludzi w handlu wędlin i innych przysmaków. Zatrzymali się chwilę przed szybą, oglądając, oczyma Tantala, wystawę smakowicie pachnących produktów gastronomicznych. Dwaj cyganie podobni byli, w tej kontemplacji, do owego nieboraka w hiszpańskiej powieści, od którego już samego spojrzenia chudły szynki.
— To się nazywa indyczka z truflami, rzekł Marcel, ukazując wspaniałą sztukę drobiu, jawiącą, przez różany i przeźroczysty naskórek, ciemne plasterki trufli. Widywałem bezbożników, którzy jedli to, nie padając na kolana, dodał malarz, obrzucając indyczkę spojrzeniami, przy których mogłaby się upiec.
— A co myślisz o tym skromnym combrze baranim? dorzucił Rudolf. Jakie to ładne w kolorze: rzekłbyś, iż świeżo zdjęto go z gwoździa u rzeźnika z obrazów Jordaensa. Comber barani, to ulubiona potrawa bogów, oraz pani Chandelier, mojej chrzestnej matki.
— Popatrz-no na te rybki, podjął Marcel, ukazując pstrągi; to najlepsze pływaki z pośród mieszkańców wód. Te małe bydlątka, które mają minki tak skromne, mogłyby wszelako zrobić gruby majątek, produkując swoje sztuki. Wyobraź sobie, że ta bestja płynie pod wodę rwącego strumienia z taką samą łatwością, z jaką mybyśmy przyjęli zaproszenie na jedną lub dwie kolacje. O mało, że tego raz nie jadłem.
— A tam, te dwa duże pozłociste stożkowate owoce, o liściu przypominającym zbrojownię szabel indjańskich, to się nazywa ananas: taka podwzrotnikowa reneta.
— To mnie mało wzrusza, odparł Marcel; w zakresie owoców, wolałbym kawał wołowiny, szynkę, albo ten skromny ozorek, opancerzony przejrzystą jak bursztyn galaretą.
— Masz słuszność, rzekł Rudolf, szynka jest przyjacielem człowieka, o ile ją ma. Mimo to, nie odtrąciłbym tego bażanta.
— Myślę! Toć to potrawa koronowanych głów.
Wędrując dalej, napotkali tyle radosnych procesyj spieszących czcić Momusa, Bachusa, Komusa i inne żarłoczne bóstwa na us, iż pytali się wzajem, co to może być za osobistość, której gody obchodzi się z taką obfitością wiktuałów.
Marcel pierwszy przypomniał sobie datę i uroczystość która się z nią wiąże.
— To dziś Boże Narodzenie, zawołał.
— Przypominasz sobie, jakeśmy je obchodzili w zeszłym roku? spytał Rudolf.
— Tak pamiętam, u Momusa. Barbemuche płacił. Nigdy nie przypuszczałem, aby osoba tak delikatna jak Femcia mogła pomieścić w sobie tyle kiełbasek parowych.
— Cóż za nieszczęście, że Momus cofnął nam bilety wstępu, westchnął Rudolf.
— Niestety! rzekł Marcel, lata płyną, ale nie są do siebie podobne.
— Tybyś nie chciał wyprawić wilji? spytał Rudolf.
— Czem i z kim? odparł malarz.
— No, ze mną.
— A złoto?
— Poczekajno, rzekł Rudolf, wstąpię do tej kawiarni, gdzie znam parę osób przywykłych grubo grywać. Pożyczę kilka sestercyj od tego, któremu fortuna sprzyja: może wystarczy na zakropienie sardynki albo wieprzowej nogi.
— Idź, idź, rzekł Marcel, głodny jestem jak pies. Zaczekam tu na ciebie.
Rudolf wstąpił do kawiarni, gdzie miał znajomych. Jakiś pan, który, w kilku rozdaniach, wygrał trzysta franków, z przyjemnością pożyczył poecie dwufrankową sztukę, spowitą w ów znamienny zły humor nieodłączny od gorączki gry. W innej chwili, i nie przy zielonym stoliku, pożyczyłby może czterdzieści franków.
— I cóż? spytał Marcel, widząc wracającego Rudolfa.
— Oto stan wieczornej kasy, odparł poeta, pokazując pieniądze.
— Suchy chleb i woda, rzekł Marcel.
Jednakże, dzięki tej skromnej sumce, zdołali nabyć chleba, wina, wędlin, tytoniu, nafty i drzewa na opał.
Wrócili do hoteliku, gdzie każdy zajmował oddzielny pokój. Mieszkanie Marcela, które mu służyło za pracownię, obrano, jako większe, na salę godową, i tam też obaj przyjaciele rozpoczęli wspólne przygotowania do tej uczty Baltazara w kieszonkowem wydaniu.
Ale, przy małym stoliku przy którym zasiedli, przy tym ogniu gdzie wilgotne polana lichego drzewa trawiły się bez płomienia i ciepła, usiadł również i zajął miejsce melancholijny gość, majak minionej przeszłości.
Godzinę co najmniej siedzieli milczący i zasłuchani, obaj zapewne pochłonięci tą samą myślą i silący się ją ukryć. Marcel pierwszy przerwał milczenie.
— Słuchajno, rzekł, to jakoś nie to, cośmy sobie obiecywali.
— Jak to rozumiesz? spytał Rudolf.
— Ech, Boże! wykrzyknął Marcel, nie będziesz ze mną grał komedji! Myślisz o tem, o czem należałoby zapomnieć, a i ja także, do kroćset... nie zapieram się.
— Więc co...?
— Więc to, że trzeba z tem już zrobić koniec. Do djabła ze wspomnieniami, od których wino traci smak i które sprawiają że siedzimy smutni, podczas gdy wszyscy się bawią! wykrzyknął Marcel, czyniąc aluzję do wesołych okrzyków, które dobywały się z sąsiednich pokoi. — No, dalej, myślmy o czem innem, i niech to będzie ostatni raz.
— Zawsze to sobie powtarzamy, a jednak... rzekł Rudolf, zapadając znów w zadumę.
— A jednak wciąż do tego wracamy, odparł Marcel. To stąd, iż, zamiast szczerze szukać zapomnienia, robimy z najbłahszych rzeczy pozór do przywoływania wspomnień; stąd zwłaszcza, że uparcie żyjemy w środowisku, w którem żyły istoty będące tak długo naszem udręczeniem. Jesteśmy niewolnikami nałogu, bardziej jeszcze niż uczucia. Te więzy trzeba skruszyć, inaczej strawimy się w śmiesznej i haniebnej niewoli. A więc, przeszłość minęła, trzeba potargać ogniwa, które nas jeszcze z nią łączą. Nadeszła godzina, aby iść naprzód, nie oglądając się już poza siebie; przebyliśmy już czas młodości, beztroski i błazeństwa. Wszystko to bardzo piękne, możnaby z tego sklecić ładną powieść; ale ta komedja miłosnych szaleństw, to marnotrawstwo dni straconych z rozrzutnością ludzi którym się zdaje że mają wieczność do rozdania, wszystko to musi mieć swój koniec. Pod grozą słusznej wzgardy świata, pod grozą wzgardy dla samych siebie, niepodobna tak żyć poza nawiasem społeczeństwa, poza nawiasem życia niemal. Ostatecznie bowiem, czyż to nie są bardzo problematyczne korzyści? Prawdziwa swoboda, to móc się obejść bez drugich, istnieć o własnych siłach; czy to umiemy? Nie! pierwszy z brzegu łajdak, którego nazwiska nie chcielibyśmy nosić ani pięć minut, mści się za nasze szyderstwa i staje się naszym władcą i panem, skoro pożyczamy od niego pięć franków; a nim je pożyczy, kosztuje nas to za sto talarów chytrości lub upokorzeń. Co się mnie tyczy, mam tego dosyć. Poezja istnieje nietylko w bezładzie życia, w improwizowanem szczęściu, w miłostkach trwających tyle co ogarek świecy, w mniej lub więcej ekscentrycznych buntach przeciw przesądom, które wiecznie będą władały światem: łatwiej obalić dynastję, niż zwyczaj bodaj najniedorzeczniejszy. Nie wystarczy włożyć letni paltot w grudniu, aby mieć talent; można być poetą i prawdziwym artystą mając całe buty i jadając trzy razy na dzień. Mimo wszystko co się gada i robi, chcąc dojść do czegoś, trzeba zawsze wędrować ubitym gościńcem. Ta przemowa zdziwi cię może, druhu Rudolfie; powiesz, że kruszę swoje bóstwa, nazwiesz mnie filistrem, odstępcą, a jednak to moje szczere przekonanie. Bezwiednie odbyła się we mnie powolna i zbawcza metamorfoza: rozsądek wstąpił do mego ducha, z włamaniem jeśli chcesz, i może bez mej woli; ale, ostatecznie, wstąpił i wzkazał mi, że jestem na złej drodze i że upierać się przy niej byłoby śmieszne i niebezpieczne zarazem. W istocie, cóż się stanie, jeśli będziemy nadal uprawiali tę jednostajną i bezcelową włóczęgę? Dobijemy trzydziestki, nieznani, samotni, zmierżeni wszystkiem i sobą; napojeni zawiścią do wszystkich, którzy w naszych oczach dojdą do celu; zmuszeni, aby żyć, uciekać się do haniebnych środków pasorzytnictwa: a nie wyobrażaj sobie, że to jest jakiś fantastyczny obraz, który wywołuję umyślnie aby cię odstraszyć. Nie patrzę systematycznie na przyszłość czarno, ale nie patrzę też i różowo; widzę jak jest. Aż do dziś, życie, któreśmy pędzili, pędziliśmy z musu; mieliśmy za wymówkę nacisk konieczności. Dziś, nie mielibyśmy żadnego usprawiedliwienia; jeżeli nie wrócimy do normalnego życia, będzie to już z umysłu, ponieważ przeszkody, z któremi musieliśmy walczyć, już nie istnieją.
— Bagatela! rzekł Rudolf, do czegóż ty zmierzasz? Z jakiej racji i w jakim celu całe to kazanie?
— Rozumiesz mnie doskonale, odparł Marcel wciąż poważnym tonem; widziałem przed chwilą, iż, tak samo jak mnie, i ciebie ogarnęły wspomnienia, które wzbudziły w tobie żal za minionym czasem: myślałeś o Mimi jak ja o Muzecie; byłbyś pragnął, jak i ja, mieć swą kochankę przy boku. Otoż, powiadam ci, nie powinniśmy już myśleć o tych istotach; nie przyszliśmy na świat jedynie poto, aby poświęcać istnienie tym pospolitym Manon. Kawalera des Grieux, który jest tak piękny, prawdziwy i poetyczny, ratuje od śmieszności jedynie jego młodość i złudzenia które umiał zachować. W dwudziestu latach, może towarzyszyć kochance za morze, nie przestając być interesującym, ale w dwudziestu pięciu wyrzuciłby Manon za drzwi i miałby słuszność. Darmo gadać, mój drogi, jesteśmy starzy; żyliśmy za wiele i za szybko; serce nasze, niby pęknięty garnek, wydaje już tylko fałszywy dźwięk: nie można być bezkarnie trzy lata kochankiem takiej Muzety lub Mimi. Dla mnie, to już skończone; że zaś chcę wziąć zupełny rozbrat z jej wspomnieniem, rzucę do ognia kilka drobiazgów, które zostawiła u mnie w czasie rozmaitych nawrotów, a które każą mi myśleć o niej, ilekroć wpadną mi w ręce.
I Marcel, podniósłszy się, wyjął z komody tekturowe pudełeczko, w którem znajdowały się pamiątki po Muzecie; zwiędły bukiet, pasek, kawałek wstążki i kilka listów.
— No, dalej, rzekł do poety, Rudolfie, idź za moim przykładem.
— Więc dobrze! wykrzyknął ten po krótkiem zmaganiu, masz słuszność. I ja także chcę skończyć z tą dziewczyną o bladych dłoniach.
I, zerwawszy się nagle, poszedł do siebie i przyniósł mały pakiecik, zawierający pamiątki po Mimi, mniej więcej tej samej natury, co te, których inwentarz Marcel sporządzał w milczeniu.
— Dobrze się składa. Te cacka posłużą nam na skrzepienie ognia który gaśnie.
— W istocie! dodał Rudolf, panuje tu temperatura sprzyjająca wylęganiu się białych niedźwiedzi.
— Dalej, rzekł Marcel, palmy w duecie. Patrz, oto epistoła Muzety płonie niby poncz na araku. Lubiła ponczyk dziewczyna; ba! Dalej Rudolfie, mój stary, baczność!
I, przez kilka minut, rzucali naprzemian w ogień, płonący jasno i hucznie, relikwjarz zgasłej miłości.
— Biedna Muzeta, szepnął Marcel oglądając ostatni drobiazg, który mu został w ręku; zwiędłą wiązankę polnych kwiatów.
— Biedna Muzeta, ładna była dziewczyna i kochała mnie szczerze, nieprawdaż, mała wiązanko, serce jej zwierzyło ci to w dniu, w którym te kwiaty tkwiły u jej paska? Biedna wiązanko, wyglądasz jakbyś prosiła zmiłowania; więc dobrze, dobrze, ale pod warunkiem, że nigdy nie będziesz mi mówiła o niej, nigdy, nigdy! — I, korzystając z chwili kiedy sądził iż Rudolf go nie widzi, Marcel ukrył bukiecik na piersi. — Niema co, to silniejsze odemnie. Szachruję, pomyślał malarz; i, spojrzawszy z pod oka na Rudolfa, ujrzał, jak poeta, doszedłszy do końca swego auto-da-fé, wsuwał ukradkiem do kieszeni, ucałowawszy wprzód tkliwie, czepek nocny który należał do Mimi.
— Et, mruknął Marcel, taki sam niedołęga jak ja.
W chwili gdy Rudolf miał się udać do swego pokoju na spoczynek, rozległo się nieśmiałe pukanie.
— Któż-to, u djabła, może być o tej porze? rzekł malarz idąc otworzyć.
Okrzyk zdumienia wyrwał się z jego piersi.
Była to Mimi.
Ponieważ w pokoju było bardzo ciemno, Rudolf nie poznał zrazu kochanki; rozróżniając jedynie kształt kobiecy, pomyślał że to jakaś przelotna zdobycz przyjaciela i, przez dyskrecję, chciał się wysunąć.
— Przeszkadzam wam? spytała Mimi, która zatrzymała się w progu.
Na dźwięk tego głosu, Rudolf padł na krzesło, niby rażony piorunem.
— Dobry wieczór, rzekła Mimi zbliżając się i ściskając rękę, którą jej podał machinalnie.
— Cóż za licho sprowadza cię tutaj, spytał Marcel, i o tej porze?
— Bardzo mi zimno, odparła Mimi trzęsąc się cała; ujrzałam światło u was przechodząc ulicą, i, mimo że jest późno, wstąpiłam.
Mówiąc, drżała ciągle; głos jej miał krystaliczne podźwięki, które wnikały w serce Rudolfa niby dzwon pogrzebowy i napełniały go złowrogiem przeczuciem. Ukradkiem przyjrzał się jej baczniej. To już nie była Mimi, ale jej widmo.
Marcel posadził ją przy kominku.
Mimi uśmiechnęła się widząc jasny płomień, wesoło tańczący na palenisku. — Jakie to dobre, rzekła, przysuwając biedne zsiniałe rączęta. Ale, ale, panie Marcelu, pan nie wie, poco ja przyszłam do pana.
— Na honor, nie, odparł.
— Oto, ciągnęła Mimi, przyszłam poprostu prosić, czyby się pan nie mógł wystarać dla mnie o pokój w tym domu. Wyrzucili mnie właśnie z hotelu, ponieważ jestem dłużna za cały miesiąc, i nie wiem gdzie się obrócić.
— Tam do licha! rzekł Marcel potrząsając głową; nie mamy najlepszej marki u gospodarza; nasze polecenie wywarłoby opłakany skutek, moje dziecko.
— Co tedy począć? rzekła Mimi, nie wiem naprawdę co zrobić z sobą.
— Jakże to? spytał Marcel, nie jesteś już tedy wicehrabiną?
— Och, mój Boże, nie.
— Ale odkąd?
— Już od dwóch miesięcy.
— Płatałaś tedy figle młodemu dostojnikowi?
— Nie, odparła, rzucając ukradkowe spojrzenie w stronę Rudolfa, który zaszył się w najciemniejszy kąt; wicehrabia zrobił mi scenę z powodu wierszy, które na mnie napisano. Posprzeczaliśmy się, i wysłałam go do stu djabłów. Ech, to skończony kutwa.
— Jednakże, rzekł Marcel, wyekwipował cię wcale pięknie, wedle tego com widział w dniu kiedy cię spotkałem.
— Otóż, rzekła Mimi, niech pan sobie wyobrazi, odebrał mi wszystko, kiedym odchodziła od niego; dowiedziałam się że puścił moje rzeczy na loterję w garkuchni gdzieśmy chodzili na obiady. A jednak on ma pieniądze; ale, przy całym majątku, skąpy jest jak Harpagon i głupi jak stołowe nogi; nie dał mi nigdy pić czystego wina i kazał pościć w piątki. Uwierzyłby pan, że on chciał abym nosiła czarne wełniane pończochy, pod pozorem że mniej się brudzą niż białe! Pojęcia nikt o tem nie ma; słowem, zalał mi sadła za skórę, wierzcie. Mogę śmiało powiedzieć, że przeszłam z nim swój czyściec.
— A czy wie, w jakiem jesteś położeniu? spytał Marcel.
— Nie widziałam go od tego czasu i nie chcę widzieć, odparła Mimi; na mdłości mi się zbiera kiedy o nim pomyślę; wolałabym raczej umrzeć z głodu niż go o grosz poprosić.
— Ależ, ciągnął Marcel, od czasu jak go porzuciłaś, nie żyłaś chyba sama.
— Och! wykrzyknęła Mimi żywo, zaręczam panu że tak, panie Marcelu: pracowałam na życie; tylko, ponieważ kwiaciarstwo przynosiło dosyć słabo, przerzuciłam się na inne rzemiosło: pozuję malarzom. Gdyby pan miał dla mnie robotę... dodała wesoło. Tu, spostrzegłszy mimowolny gest Rudolfa, którego, mówiąc do Marcela, równocześnie nie spuszczała z oczu, Mimi dodała: Ale ja pozuję tylko do głowy i rąk. Mam dużo roboty, winni mi są w paru miejscach, mam odebrać za dwa dni, do tego czasu chciałabym się gdzieś podziać. Skoro będę miała pieniądze, wrócę do swego pokoju. O! rzekła spoglądając na stół, gdzie widniały jeszcze przygotowania do skromnej uczty, której przyjaciele zaledwie dotknęli, mieliście, widzę, wieczerzać.
— Nie, rzekł Marcel, nie jesteśmy głodni.
— Toście szczęśliwi, rzekła naiwnie Mimi.
Na te słowa, Rudolf uczuł, iż serce mu się strasznie ściska; dał Marcelowi znak, który ten zrozumiał.
— Doskonale, skoro tu jesteś, Mimi, musisz podzielić z nami tę skromną biesiadę. Mieliśmy zamiar z Rudolfem wyprawić sobie wilję, a potem... słowo daję, zeszło jakoś na co innego.
— W takim razie, dobrze trafiłam, rzekła Mimi rzucając na stół wygłodniałe niemal spojrzenie. Nic dziś w ustach nie miałam, szepnęła do artysty, tak aby jej nie usłyszał Rudolf, który gryzł chustkę aby nie wybuchnąć płaczem.
— Chodźże tu, Rudolfie, rzekł Marcel do przyjaciela, urządzimy sobie ucztę we troje.
— Nie, rzekł poeta, nie ruszając się z kąta.
— Drażni cię to, Rudolfie, że przyszłam? pytała Mimi łagodnie; ale gdzież miałam iść?
— Nie, Mimi, odparł Rudolf, przykro mi tylko, że cię widzę w takim stanie.
— To moja wina, Rudolfie, ja się nie skarżę; co minęło to minęło, nie myśl o tem, tak samo jak ja. Czy już nie możesz być moim przyjacielem, dlatego że byłeś czem innem? Owszem, prawda? A zatem, nie patrz na mnie krzywo i usiądź do stołu z nami.
Wstała, aby go ująć za rękę, ale była tak słaba, że nie mogła zrobić kroku i padła na krzesło.
— Gorąco mnie odrętwiło, rzekła: nie mogę się utrzymać na nogach.
— No, rzekł Marcel do Rudolfa, chodź nam dotrzymać towarzystwa.
Poeta zbliżył się do stołu i zaczął jeść wraz z nimi. Mimi była bardzo wesoła.
Skoro ukończyli tę skromną wieczerzę, Marcel rzekł do Mimi:
— Moje drogie dziecko, niepodobna nam się wystarać o pokój w tym domu.
— Trzeba mi zatem iść, rzekła próbując wstać.
— Ależ nie! nie! wykrzyknął Marcel, mam inny sposób rozwiązania sprawy: zostaniesz w moim pokoju, a ja się przeniosę do Rudolfa.
— Będzie wam bardzo niewygodnie, rzekła Mimi, ale to nie na długo, dwa dni.
— Niema mowy o niewygodzie, oparł Marcel; zatem rzecz załatwiona, jesteś tu u siebie, a my pójdziemy spać do Rudolfa. Dobranoc, Mimi, śpij dobrze.
— Dziękuję, rzekła, podając im kolejno rękę na rozstanie.
— Chcesz się zamknąć? spytał Marcel obracając się na progu.
— Poco? rzekła Mimi spoglądając na Rudolfa; nie boję się!
Skoro przyjaciele znaleźli się sami w pokoju Rudolfa na tem samem piętrze, Marcel rzekł nagle do poety:
— No i cóż? co ty teraz zrobisz?
— Ależ, bąknął Rudolf, nie wiem...
— No, no, nie kręć, idź do Mimi; jeżeli pójdziesz, przepowiadam ci, że od jutra zaczniecie na nowo żyć razem.
— A gdyby to Muzeta wróciła, cobyś ty zrobił? spytał Rudolf przyjaciela.
— Gdyby Muzeta była w sąsiednim pokoju, odparł Marcel, hm, szczerze ci powiem, sądzę, iż od kwadransa jużby mnie tu u ciebie nie było.
— A zatem ja, rzekł Rudolf, będę hartowniejszy od ciebie: zostaję.
— Zobaczymy to jeszcze, rzekł Marcel już leżąc w łóżku; kładziesz się?
— Oczywiście, odparł Rudolf.
Ale, przebudziwszy się w nocy, Marcel spostrzegł że Rudolfa niema.
Rano, zapukał dyskretnie do pokoju gdzie była Mimi.
— Proszę, rzekła, i, widząc Marcela, dała mu znak, aby nie budził Rudolfa który spał jeszcze. Siedział w fotelu który przysunął do łóżka, głowę zaś złożył na poduszce obok głowy Mimi.
— W ten sposób spędziliście noc? spytał Marcel bardzo zdziwiony.
— Tak, odparła młoda kobieta.
Rudolf obudził się nagle, i, uścisnąwszy Mimi, podał rękę Marcelowi, który zdawał się bardzo zaintrygowany.
— Pójdę poszukać pieniędzy na śniadanie, rzekł do malarza, dotrzymaj towarzystwa Mimi.
— I cóż, spytał Marcel młodej kobiety skoro zostali sami, cóż się działo w nocy?
— Bardzo smutne rzeczy, rzekła Mimi. Rudolf mnie ciągle kocha.
— Wiem o tem.
— Tak, chciałeś go odciągnąć odemnie, nie biorę ci tego za złe, Marcelu, miałeś słuszność, dość uczyniłam krzywdy biednemu chłopcu.
— A ty, spytał Marcel, kochasz go jeszcze?
— Czy kocham! rzekła składając ręce, to właśnie moja męczarnia. Bardzo, bardzo się zmieniłam, dobry przyjacielu, i niewiele czasu było na to trzeba.
— A więc, skoro on ciebie kocha, skoro ty go kochasz, i skoro nie możecie żyć bez siebie, zejdźcie się znowu do kupy i starajcie się, aby to już trwało.
— To niemożliwe, rzekła Mimi.
— Dlaczego? spytał Marcel. Oczywiście, byłoby rozsądniej abyście się rozeszli; ale, aby się nie widywać, musielibyście się chyba znaleźć o tysiąc mil od siebie.
— Niedługo, będę znacznie dalej.
— Cóż to znowu ma znaczyć?
— Nie mów nic Rudolfowi, toby go nadto zmartwiło; odejdę stąd na zawsze.
— Ale dokąd?
— Patrz, mój dobry Marcelu, rzekła Mimi szlochając, patrz. — I, odchylając prześcieradło, pokazała artyście barki, szyję i ramiona.
— Och, Boże! wykrzyknął boleśnie Marcel, biedne dziecko!
— Nieprawdaż, panie Marcelu, że się nie mylę i że trzeba mi umrzeć niebawem?
— Ale w jaki sposób doprowadziłaś się w tak krótkim czasie do tego stanu?
— Och! odparła Mimi, przy tem życiu jakie pędzę od dwóch miesięcy, to nic dziwnego; noce strawione na płaczu, dnie na pozowaniu w nieopalonych pracowniach, liche pożywienie, zgryzota... A przytem, nie wiesz wszystkiego; chciałam się truć; uratowano mnie, ale nie na długo, jak widzisz. Zresztą, ja nigdy nie byłam bardzo zdrowa; ostatecznie, to moja wina; gdybym żyła spokojnie z Rudolfem, nie doszłoby do tego. Biedny chłopak, znów mu spadam na kark, ale to nie na długo; ostatnia suknia, którą mi sprawi, będzie cała biała, i w niej mnie pochowają. Och! gdybyś wiedział, jak ja cierpię na myśl że mam umierać! Rudolf wie że jestem chora; godzinę całą siedział bez słowa wczoraj, kiedy ujrzał moje ręce i ramiona; nie mógł poznać swojej Mimi... Ach! nawet własne zwierciadło już mnie nie poznaje. Ha, trudno; wiem choć, że byłam ładna i że mnie kochał mocno. Och, Boże! wykrzyknęła kryjąc twarz w rękach Marcela, mój dobry, przyjacielu, muszę cię opuścić i Rudolfa także. Och, mój Boże! — I łkania zdławiły jej głos...





Przypisy

  1. Murger, Cyganerja, przełożył Boy. Kraków-Warszawa, J. Czernecki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henry Murger i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.