Strona:PL Boy - Antologia literatury francuskiej.djvu/534

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i, spojrzawszy z pod oka na Rudolfa, ujrzał, jak poeta, doszedłszy do końca swego auto-da-fé, wsuwał ukradkiem do kieszeni, ucałowawszy wprzód tkliwie, czepek nocny który należał do Mimi.
— Et, mruknął Marcel, taki sam niedołęga jak ja.
W chwili gdy Rudolf miał się udać do swego pokoju na spoczynek, rozległo się nieśmiałe pukanie.
— Któż-to, u djabła, może być o tej porze? rzekł malarz idąc otworzyć.
Okrzyk zdumienia wyrwał się z jego piersi.
Była to Mimi.
Ponieważ w pokoju było bardzo ciemno, Rudolf nie poznał zrazu kochanki; rozróżniając jedynie kształt kobiecy, pomyślał że to jakaś przelotna zdobycz przyjaciela i, przez dyskrecję, chciał się wysunąć.
— Przeszkadzam wam? spytała Mimi, która zatrzymała się w progu.
Na dźwięk tego głosu, Rudolf padł na krzesło, niby rażony piorunem.
— Dobry wieczór, rzekła Mimi zbliżając się i ściskając rękę, którą jej podał machinalnie.
— Cóż za licho sprowadza cię tutaj, spytał Marcel, i o tej porze?
— Bardzo mi zimno, odparła Mimi trzęsąc się cała; ujrzałam światło u was przechodząc ulicą, i, mimo że jest późno, wstąpiłam.
Mówiąc, drżała ciągle; głos jej miał krystaliczne podźwięki, które wnikały w serce Rudolfa niby dzwon pogrzebowy i napełniały go złowrogiem przeczuciem. Ukradkiem przyjrzał się jej baczniej. To już nie była Mimi, ale jej widmo.
Marcel posadził ją przy kominku.
Mimi uśmiechnęła się widząc jasny płomień, wesoło tańczący na palenisku. — Jakie to dobre, rzekła, przysuwając biedne zsiniałe rączęta. Ale, ale, panie Marcelu, pan nie wie, poco ja przyszłam do pana.
— Na honor, nie, odparł.