Z „Życia Napoleona“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stendhal
Tytuł Z „Życia Napoleona“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Stendhal
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Z „ŻYCIA NAPOLEONA“.

Doznaję uczucia jakby religijnego wzruszenia, kreśląc pierwsze zdanie dziejów Napoleona. Chodzi, w istocie, o największego człowieka jakiego świat wydał od czasu Cezara. A nawet, jeżeli czytelnik zadał sobie trud zgłębiania życia Cezara w Swetonjuszu, Cyceronie, Plutarchu i Komentarzach, odważę się rzec, iż przebiegniemy społem życie człowieka najbardziej zdumiewającego jaki zjawił się od Aleksandra, co do którego nie mamy dość szczegółów, aby sprawiedliwie ocenić trudności jego przedsięwzięć.
Spodziewałem się, iż ktoś z tych, którzy patrzyli na Napoleona, podejmie się opowiedzieć jego życie. Czekałem dwadzieścia lat. Ale, w końcu, widząc, że ten wielki człowiek staje się coraz bardziej nieznany, nie chciałem umrzeć, nie wyraziwszy sądu jaki mieli o nim niektórzy towarzysze broni; albowiem, pośród znanego dobrze służalstwa, byli ludzie, którzy zachowali swobodę myśli w owych Tuilleryach, wówczas centrum świata.
Zapał dla cnót republikańskich, zrodzony w latach bliskich jeszcze dziecięctwa, bezgraniczna nienawiść i wzgarda dla postępowania królów, przeciw którym toczyła się wojna, a nawet dla najprostszych obyczajów wojskowych zachowywanych przez ich armje, wszystko to wszczepiło wielu żołnierzom z 1794 r. uczucie, iż jedni tylko Francuzi są istotami obdarzonemi rozumem. W naszych oczach, reszta Europy, bijąca się o zachowanie swych kajdanów, byli to jedynie żałośni głupcy, lub też łajdaki zaprzedane despotom. Pitt i Koburg, których imię rozlega się niekiedy, powtarzane przez dawne echo rewolucji, to byli dla nas wodzowie tych łajdaków, wcielenie przewrotności i głupoty. We wszystkich sercach władało wówczas głębokie uczucie, którego nie widzę już śladów. Niechaj czytelnik, o ile ma mniej niż pięćdziesiąt lat, zechce sobie uzmysłowić na podstawie książek, iż, w 1794 r., nie mieliśmy ani cienia żadnej religji; nasze wewnętrzne i pełne powagi uczucie skupiało się całe w tej myśli: być użytecznym ojczyźnie.
Wszystko inne, odzież, żywność, stopnie, było w naszych oczach jedynie nędznym i znikomym szczegółem. Ponieważ nie było społeczeństwa, powodzenia społeczne, rzecz tak pierwszorzędna w charakterze naszego narodu, nie istniały.
Na ulicy, oczy nasze napełniały się łzami, kiedyśmy widzieli na murze napis na cześć młodego dobosza Barra (trzynastoletniego chłopca, który raczej wolał zginąć, niżby miał przestać bić na alarm, dla udaremnienia zasadzki). Dla nas, którzy nie znaliśmy żadnego innego wielkiego zgromadzenia ludzi, istniały święta, liczne i wzruszające ceremonje, które podsycały uczucie, królujące we wszystkich sercach.
Był naszą jedyną religją. Kiedy Napoleon ukazał się i położył koniec ustawicznym klęskom na które wystawiała nas nieudolność Dyrektorjatu, widzieliśmy w nim jedynie wojskową użyteczność dyktatury. Dawał nam zwycięstwa, ale sądziliśmy wszystkie jego czyny wedle prawideł religji, która, od pierwszego dziecięctwa, wypełniała nasze serca: wartość w niej miała jedynie użyteczność ojczyźnie.
Sprzeniewierzyliśmy się później tej religji; ale, we wszystkich wielkich okolicznościach, tak jak religja katolicka u wiernych, tak i ona odzyskiwała władzę w naszych sercach.
Inaczej z ludźmi urodzonymi około 1790 r., którzy, jako piętnastoletni chłopcy, w 1805, kiedy zaczynali otwierać oczy, ujrzeli, jako pierwsze widowisko, aksamitne, strojne piórami kołpaki książąt i hrabiów, świeżo stworzonych przez Napoleona. Ale my, dawni słudzy ojczyzny, mieliśmy jedynie wzgardę dla dziecinnej ambicji i dla niedorzecznych upojeń tego naszego pokolenia.
I, między tymi ludźmi, mieszkającymi, można powiedzieć, w Tuillerjach, którzy obecnie mieli powozy i na drzwiczkach tych powozów piękne herby, było wielu takich, którzy patrzyli na te rzeczy jak na kaprys Napoleona, i jak na kaprys naganny; najrozważniejsi widzieli w tem fantazję niebezpieczną dla nich; ani jeden na pięćdziesięciu nie wierzył w ich trwałość.
Ci ludzie, bardzo różni od pokolenia które zdobyło epolety w 1805, odnajdywali rzeźkość i szczęście pierwszych kampanij włoskich z r. 1796 jedynie wówczas, kiedy Cesarz jechał do armji. Opowiem w swoim czasie niechęć, z jaką armja zgromadzona w Boulogne, w 1804, przyjęła pierwsze rozdanie krzyżów Legji honorowej.
Tak więc, nawet we wnętrzu Tuilleryj, między tymi którzy szczerze kochali Napoleona, kiedy się czuli zupełnie między sobą, bezpieczni od szpiegostwa Savaryego, byli ludzie, którzy nie uznawali innej zasady do oceniania czynów Cesarza, jak tylko użyteczność ojczyźnie. Takimi byli Duroc, Lavalette, Lannes i paru innych; takimi byliby zwłaszcza Dessaix i Cafarelli-Dufalga; i, rzecz osobliwa, takim był on sam; kochał bowiem Francję z całą słabością kochanka...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Stendhal i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.