Złote sidła/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Olaf Anderson
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIV.
Olaf Anderson.

Zaledwie Filip spostrzegł, że Blake uciekł, zapomniał Cecylii i przykląkł. Cecylia osunęła się na ziemię i obudziła się nagle, nic początkowo nie rozumiejąc. Mignął jej przed oczyma blask rewolweru Filipa. Potem spojrzała przed siebie i zrozumiała, że Blakea już nie było.
Filip ogarnął bystrym spojrzeniem otaczający go, blady widnokrąg. Ale Blake zniknął bez śladu. W owej chwili Filip potrącił nogą strzelbę, leżącą u nóg Cecylii i odetchnął z ulgą. Blake nie zabrał jej ze sobą. I nie uwięził Filipa ani Cecylii. Dlaczego? Było to na razie niewytłumaczone.
Filip zrozumiał, że Blake nie chciał się narazić na kulę, sądząc, że on nie śpi i nie chcąc się zbliżać do niego. A może umknął w chwili, gdy Filip zaczął się budzić. Chciał tylko uratować swoją głowę, pozostawiając broń wrogom.

Pozostawiwszy Cecylię w skórach, Filip otrząsnął się ostatecznie ze snu i ostrożnie zbliżył się do pogórka śnieżnego, przy którym leżał bandyta. Odskoczył nagle i krzyknął z przerażenia. Blake nie uciekł o własnych siłach. Za pagórkiem ciągnęła się głęboka brózda, podobna do śladu, jaki pozostawia po sobie niedźwiedź morski.
Cecylia zbliżała sie do Filipa ze strzelbą w ręce.
Filip wiedział, że Eskimosi ryją podobne ślady, gdy pełzają na brzuchu, chcąc podejść śpiącą, dziką zwierzynę. W ten sposób otrzymał Blake w stosownej chwili pomoc. Dwaj ludzie, których odmienne ślady widniały na śniegu, pełzając na rękach i kolanach, wymknęli się z powrotem.

Cecylia zbliżyła się do Filipa ze strzelbą w ręce. Podobnie jak on przypatrywała się z trwożną ciekawością wymownym śladom, wyrytym na śniegu. Filip, który czuł się winny, był teraz zadowolony, że on i młoda kobieta nie mówią tą samą mową, i że Cecylia nie może go wypytywać o tę niepokojącą inwazję inaczej, jak wzrokiem.
Odebrał jej z rąk strzelbę i wsunął rewolwer do futerału. W razie napadu Eskimosów, którego należało się wkrótce spodziewać, strzelba będzie skuteczniejszą na dalszą odległość. Kogmollok, który uwolnił Blakea, musiał mieć w pobliżu lub nieco dalej swoich towarzyszy
Ucałował szybko ciepłe usta Cecylii i uścisnąwszy ją krótko, posadził ją na sanki. Niestety, zbyt dobrze zrozumiała, o ile pogorszyło się ich położenie. Potem udał się do psów i zbudził je.
Mimo zmęczenia i wyczerpania usłuchały jego rozkazu i pociągnęły zaprzęg. Sanki ruszyły. Długi bat świsnął groźnie nad ich grzbietami, smagnąwszy je lekko i sanki pognały szybciej.
Ukazał się księżyc, otoczony opalizującą mgłą, która opadała na ziemię i niemal zakrywała teraz podwójny brzeg rzeki. Sanki pędziły prosto lodowatym śladem. Filip biegł obok psów i prosił żarliwie Boga, aby Eskimosi nie pokazali się przed świtem.
Ważąc naprzód bieg wydarzeń, spodziewał się, że przybędą cało do chaty, o której mówił Blake, a do której schronił się ojciec Cecylii. Skoro znajdzie się tam będzie się bronił, a gdy go napadną, pierwszy swój strzał wymierzy przeciw Blakeowi. Zdołałby bowiem może pogodzić się z Kogmollokami. Ale on uwziął się na Cecylię. Zdarzało się, że Eskimosi trzymali białych więźniów jako zakładników przez cały rok, nie czyniąc im żadnej krzywdy.
Ale czy Blake narazi się na niebezpieczeństwo? Oto była zagadka. Jeśli się nie pokaże, Filip gotów był użyć podstępu. Wywiesi białą chusteczkę i zażąda prowadzenia układów z bandytą. A wtedy, gdy się znajdą naprzeciw siebie, strzeli mu prosto w łeb. Konieczność usprawiedliwia wszystkie środki, jeśli się ma do czynienia z tego pokroju łajdakiem.
Jeśli napad nastąpi przed osiągnięciem chaty, Filip wywróci sanki, za którymi skryje się Cecylia, jak za barykadą.
Pokrzepiony tym na duchu, Filip popędzał psy, raz wołając ich po imionach, które poznał od Blakea, to znowu smagając ich grzbiety biczem. W widmowej poświacie bladej światłości księżycowej psy biegły jak milczące cienie. Słychać było tylko szelest ich łap, tupiących po gładkim lodzie rzeki, owo klak, klak, klak, jak trzaskanie małych kastanietów wśród skrzypienia fiszbinowych łyżew sanek.
Mila za milą rozwijała się długa, zamarznięta wstęga rzeki Pokładów Miedzi za zaprzęgiem, pędzącym w nieskończoność. Księżyc zaszedł już na widnokręgu i wśród zupełnych ciemności Filip pomagał zadyszanym ze zmęczenia psom. ciągnąc wraz z nimi zaprzęg. Od czasu do czasu zbliżał się do Cecylii, obejmował ją czule i wśród pieszczot zapewniał ją, że wszystko idzie gładko.
W końcu zaświtała jutrzenka, potem nastał dzień. Cienie nocy rozprószyły się i dwa brzegi rzeki zarysowały się ponownie, zrazu słabo, potem z zupełną wyrazistością.
Po przebyciu mili drogi Filip, który sądził, że pod tą szerokością drzewa zniknęły zupełnie, ujrzał czarny skrawek nowego lasu, który wśród białej pustyni wyglądał jak wielki palec wyciągnięty ku zachodowi. W pobliżu brzegu lasu stała chatka, a z chatki tej ulatywał w powietrze dym.
Cecylia przywołała Filipa i pokazała mu chatkę, a potem głosem przerywanym łkaniem tłumaczyła mu gadatliwie tysiąc rzeczy, których nie rozumiał, ale z których najważniejsze było łatwe do odgadnięcia. Oto tutaj winien się znajdować Armin, ojciec młodej kobiety, jeśli jeszcze żyje, jak to zapewniał Blake. Osiągnięto cel niebezpiecznej podróży!
Wzruszenie Cecylii było tak wielkie, że opuściły ją siły i na pół nieprzytomna osunęła się w ramiona Filipa.
Z długiej gęstwi czarnych jodeł wydobywał się na mroźną równinę zmieszany gwar. Był to chór głosów ludzkich, podobny do wycia wilków i ujadania psów. Horda Eskimosów polowała na dzikie zwierzęta, otaczając je dokoła. Rozległ się strzał, a po nim bezładna strzelanina. Potem znów zapadło milczenie.
Filip usadowił Cecylię na saniach i pognał psy w kierunku chaty i lasu, do którego wkrótce dojechał. Cecylia gwałtownie wyskoczyła na ziemię.
Chata była zamknięta i nie dochodził z niej żaden szmer. Tylko dym zdradzał życie. Niespokojna i nerwowa Cecylia kołatała do drzwi małymi swoimi piąstkami, wołając kogoś w swojej dziwnej gwarze. Filip, który stał koło niej, usłyszał niewyraźny szelest za drewnianymi ścianami, trzask odsuwanej zasuwki oraz głuchy i stłumiony głos mężczyzny, któremu odpowiedział przejmujący krzyk młodej kobiety.
Drzwi otworzyły się i ukazał się starzec z siwą brodą i siwymi włosami, wyciągając ku Cecylii swoje ramiona.
Filip przypatrywał się w milczeniu tej scenie, gdy drugi krzyk, który rozległ się za nim, zmusił go do odwrócenia się. Z lasu wybiegła druga postać mężczyzny i pędem zdążała do chaty. Filip poznał natychmiast białego człowieka i wyszedł naprzeciw niego z rewolwerem w ręce. Obaj znaleźli się naprzeciw siebie twarzą w twarz.
Nieznajomy był niemal średniego wzrostu. Miał długie, rude włosy, spadające dokoła jego twarzy. Głowę miał odkrytą, a twarz jego zalana była krwią. Kiedy patrzał na Filipa oczy wychodziły mu z orbit. Zdumiony Filip opuścił rewolwer niemal na ziemię i szepnął z niedowierzaniem:
— Na Boga! Czy to ty Olafie Andersonie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.