Złote sidła/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Oliver Curwood
Tytuł Złote sidła
Podtytuł Oblężenie chaty
Wydawca Wydawnictwo Książek Popularnych
Data wydania 1925
Drukarz Drukarnia Diecezjalna w Opolu
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXV.
Oblężenie chaty.

Nie mniejsze było osłupienie grubego Szweda, który nie mógł wierzyć swoim oczom. Ale wkrótce w na pół dzikim jego wzroku zabłysł promień radości. Chwycił kurczowo rękę Filipa, dotykał się jego ciała, jak gdyby się chciał przekonać, czy go oczy nie mylą, a w końcu wybuchnął najkomiczniejszym śmiechem.
Tylko Olaf Anderson potrafił tak się śmiać i wykrzywiać twarz takim grymasem. Krew napłynęła mu do twarzy, wydętej dziwacznie. Był to specjalny jego nawyk, który bawił niezwykle jego kolegów z policji. I im bardziej było położenie tragiczne, tym więcej rumiana jego twarz wykrzywiała się tym śmiechem. Możnaby śmiało przypuszczać, że nawet w godzinie swojej śmierci Olaf nie zapomni tego grymasu.
— Przychodzi pan w porę — rzekł. — w sam czas!
I twarz jego wykrzywiła się jeszcze piękniejszym grymasem, podczas gdy ręka jego chciała uścisnąć rękę Filipa.
— Umarli wszyscy, prócz mnie... Calkins, Harris i mały Holender O’Flynn. Zamarzli i zesztywnieli już, mój dobry Filipie. Spodziewałem się, że kiedyś wyjdzie patrol na poszukiwanie mnie. Czekałem z niecierpliwością. Ile ma pan ludzi?
Spojrzał ku sankom i chacie, na zamarzniętą równinę. Wtedy radosny jego grymas zniknął, a zastąpił go szyderczy śmiech rozczarowania. Poznał zdumiewającą prawdę!
— Sam? — zapytał!
— Tak, sam, — odparł Filip, skinąwszy głową. — Jest ze mną tylko Cecylia Armin. Przyprowadziłem ją do ojca. Pewien hultaj, nazwiskiem Blake, znajduje się również w tych okolicach w towarzystwie zgrai Eskimosów. Dałem mu porządną nauczkę i zmyliłem chwilowo swój ślad. Ale spodziewam się, że wkrótce pokaże swój nos.
Olaf począł się śmiać.
— To zabawne, — rzekł. — Chwała Bogu! Przybędą, że tak powiem, najbliższym pociągiem. Podczas gdy połowa plemienia goniła za panem, druga połowa ścigała mnie. Ale najkomiczniejsze jest to, że pan przybywa sam...
Oczy jego spoczęły nagle na strzelbie i rewolwerze.
— Amunicja? — zapytał. — I ma pan może także żywność?
— Czterdzieści naboi, — odparł Filip. — Z tego część do rewolweru. A następnie mam wiele mięsa.
— A zatem wszystko składa się doskonale! — huknął Szwed. — Zamknijmy się w chacie i weźmy ze sobą psy. Prędzej!
Wystrzał, po którym od strony lasu gwizdnęła kula i przeleciała nad ich głowami, był komentarzem do słów Olafa Andersona.
Psy wprowadzono szybko do chaty, zabrano sanki, które z trudem przesunięto przez drzwi. W czasie tej czynności kilkanaście dalszych wystrzałów huknęło z daleka i jedna z kul, znalazłszy w drzewie chaty ciasną szparą, przeleciała przez nią i wpadła z trzaskiem do wnętrza.
Podczas gdy Olaf zakładał drąg, zamykający drzwi, Filip udał się do Cecylii. Przybiegła do niego z oczyma błyszczącymi w pomroku chaty i zarzuciła mu ramiona na szyję. Szwed odwrócił się i spojrzał z osłupieniem, a nie mniej zdumiony był starzec z siwą brodą.
Cecylia ucałowała Filipa. Potem zwróciła się do swojego ojca i wypowiedziała kilka słów. A opuściwszy Filipa, zbliżyła się do starca. Olaf zrozumiał bez wątpienia, ponieważ westchnął głęboko.
— Co ona powiedziała? — zapytał Filip błagalnym tonem.
Olaf, który spoglądał teraz przez jakąś szparę w drzwiach i obserwował równinę, odparł:
— Powiedziała, że poślubi pana, jeśli kiedyś wydobędziemy się z tego piekła. Pan jest szczęśliwcem. Cecylia Armin poślubi takiego eleganckiego i dzielnego kawalera jak pan. To będzie niezwykle piękne, jeśli kiedyś nastąpi... Ale, prawdę mówiąc, wątpię o tym. Jeśli pan nie wierzy, niech pan spojrzy.
Filip spojrzał przez szparę. Za małą, białą płaszczyzną, która otaczała chatę, na brzegu lasu roiło się od Eskimosów. Było ich może pięćdziesięciu i zupełnie nie próbowali się ukrywać.
— Już czterdziesty dzień, — rzekł Olaf spokojnym i wyraźnym głosem, jak gdyby zdawał raport któremuś ze swoich przełożonych, — oblegają nas w ten sposób. Kilkadziesiąt razy odparliśmy ich ataki. Zużyliśmy osiemdziesiąt naboi i dzieliliśmy się pozostałą żywnością. Przedwczoraj pozostały nam tylko trzy naboje. Wczoraj dzień upłynął spokojnie. Ponieważ nie mieliśmy już żywności i byliśmy skazani na śmierć, wyruszyłem dzisiaj rano na poszukiwanie jakiegoś pokarmu. Napotkałem dwóch Eskimosów, którzy wieźli mięso renifera. Rozpocząłem z nimi walkę. Przybyli im na pomoc inni Eskimosi, a ja rozporządzałem tylko dwoma nabojami. W końcu pozostał mi tylko jeden. Domyślają się tego i oto dlaczego przybywają z taką zuchwałością. Mam strzelbę kalibru 35. A jaka jest pańska?
— Ten sam numer, — odparł Filip, który jął nabierać ochoty, przewidując wspaniałą bitwę. — Podzielimy naboje między siebie. Mam ich jeszcze dosyć. Należę do oddziału fortu Churchilla i opowiem panu krótko, w jaki sposób, dobrowolnie, dotarłem aż tutaj.
I obserwując równocześnie to, co się działo na dworze, opowiedział szybko Olafowi Andersonowi swoje spotkanie z Bramem Johnsonem i następne wydarzenia. Dręczyły go tysiączne pytania, dotyczące ojca Cecylii i Cecylii samej.
Ale Szwed, który przez inny otwór obserwował równinę ze strony przeciwległej lasowi, na której rozpościerała się lodowata powierzchnia rzeki Pokładów Miedzi, pociągnął go za ramię i dał mu znak, aby spojrzał.
Na drodze, którą przebył Filip, pojawiły się sanie, za którymi przybyły wkrótce drugie, trzecie i czwarte. Za saniami kroczyły postacie, odziane w futra.
— Blake i jego ludzie! — zawołał Filip.
Obojętna twarz Olafa Andersona, kontrastująca ze wzburzonymi rysami twarzy jego towarzysza, zasępiła się i zszarzała jak żelazo. Jego uśmiech nawet i grymas przetopiły się jakby w metal, a oczy jego połyskiwały zielonawym blaskiem. I on przygotowywał się do walki. Wyciągnął powoli ramię i okrągłym ruchem wskazał cztery ściany chaty.
— Oto jest nasza twierdza, — rzekł. — W każdej z tych ścian sporządziłem strzelnicę, aby móc strzelać we wszystkich kierunkach. Stary Armin nie może nam być chwilowo użyteczny, ponieważ mamy tylko dwie strzelby. Jeśli przyjdzie do walki wręcz, będzie walczył kijem. Ściany chaty są sporządzone z młodego drzewa, a grubość ich nie jest znaczna. Kule naszych nieprzyjaciół mogą je przebić. W tym tkwi niebezpieczeństwo. Trzeba się również liczyć z przebiegłością Blakea, który z pewnością będzie kierował walką. Na tego to łotra natknąłem się, gdy spotkałem po raz pierwszy Armina i jego towarzyszy...
Podczas tej rozmowy Cecylia stała obok swojego ojca i oboje słuchali, nic nie rozumiejąc. Schowawszy połowę swoich naboi do prawej kieszeni munduru Olafa, Filip zbliżył się do starca i pozdrowił go, wyciągnąwszy obie ręce. Cecylia uśmiechnęła się. Armin uścisnął jego ręce. Obaj mężczyźni spojrzeli na siebie.
Jeżeli włosy i broda ojca Cecylii były białe, jeśli ramiona jego były zgarbione, a ręce chude i długie, wzrok jego ukryty głęboko w oczodołach, nie postarzał się. Jak oczy sokoła wpatrywały się w Filipa i wnikały w głąb jego myśli, podczas gdy młody człowiek mówił głosem miłym i szybkim. Po Filipie począł mówić Armin i nagły rumieniec Cecylii był najlepszym wytłumaczeniem jego słów.
W czasie tego Olaf ładował swoją strzelbę. Powiedział kilka słów do Cecylii i do jej ojca. Potem zwrócił się do Filipa:
— Godzina zbliża się... Bądźmy gotowi!
Przywiązał silnie psy do jednego z kołów chaty, aby z przerażenia nie oszalały w czasie walki. Filip obserwował dalej.
Na dworze działy się rzeczy nowe. Eskimosi opuścili brzeg lasu i ruszyli naprzód.
Szli bez najmniejszego ładu, nie w zwartej masie, ale rozprószeni, rozstawieni na śniegu daleko od siebie, aby nie przedstawiać dogodnego celu dla strzałów. Celem ich był mały wzgórek, którego Filip dotychczas nie spostrzegł, utworzony z ziemi naniesionej przez wiatr między lasem a chatą.
— Ruszają się, Olafie, — zawołał Filip. — Ludzie Blakea połączyli się z nimi. Jest ich cała armia.
Olaf spojrzał.
— Nie ma ich nawet stu, — odparł spokojnie. — Nie przerażaj się. Ale znajdują się w dostatecznej liczbie, aby wszystkie nasze strzały mogły trafić, gdy zejdą ze wzgórka, na który się teraz wspinają Przedstawiają dla nas diabelnie dogodny cel do strzałów, zupełnie podobny do okoliczności wśród jakich padli Calkins, Harris i O’Flynn, gdy ja uciekłem wśród nocy. Wtedy wypłatali nam piekielnego i niespodziewanego figla... Tym razem my im odpłacimy.
Ale rozproszona linia małych, ruchomych sylwetek zatrzymała się za śnieżnym wzgórkiem i przestała się posuwać naprzód.
Olaf Anderson wydał pomruk niezadowolenia.
— Do licha, cóż to! Teraz oni bawią się w strategie. Zobaczymy, co zrobią. To pomysł Blakea!
Filip stał koło niego, ciała ich ocierały się.
— Słuchaj, Olafie, godzina, którą przeżywamy jest straszna. Czyż nigdy nie wydobędziemy się z tej piekielnej krainy? Chciałbym poznać niektóre rzeczy, zanim umrę. Wiesz, że kocham młodą kobietę, która jest tutaj. Obiecała mi, że wyjdzie za mnie za mąż. Ale prócz kilku słów, zupełnie nie znam jej języka, Kto ona jest? Skąd przybywa? Co się jej wydarzyło? Dlaczego w chwili, gdy ją spotkałem, była w towarzystwie Brama Johnsona? Muszę się dowiedzieć od ciebie. Ponieważ rozmawiasz z nią, musisz o tym wiedzieć...
— Czynią istotnie przygotowania do walki, — przerwał mu Olaf, nie odpowiadając natychmiast na pytania Filipa. — Gotują jakiś diabelski plan. Spójrz na te formujące się grupki. Niektórzy idą z olbrzymimi pniami drzewa. Podczas gdy część pozostaje w ukryciu, za wzgórkiem, inni posuwają się ku chacie. Pnie drzewa posłużą im za tarany.
Urwał i westchnął głęboko. Potem ciągnął dalej:
— Calkins, Harris i O’Flynn zginęli podczas zasadzki, o której opowiem kiedyś, po zaciętej obronie. Przez siedm dni uciekałem przed hordą, która mnie ścigała i wpadłem na obóz, w którym przebywał Armin z córką i dwaj inni biali. Byli to Rosjanie. Dwaj Kogmollocy z zatoki Couronnement służyli im za przewodników. Szli na południe. Ale nazajutrz dognała nas zgraja małych demonów pod dowództwem Blakea i wzięła nas do niewoli. Niespodziewanym zupełnie zbiegiem okoliczności błąkający się Bram Johnson, przybyły Bóg wie skąd, zjawił się w owej chwili. Dla naszych Eskimosów Bram jest istotą nadprzyrodzoną, potwornym diabłem, a każdy z jego wilków wcielonym demonem. Łotrzy gotowali się do zabicia nas czterech, mnie i trzech mężczyzn, natomiast Blake zamierzał zabrać dziewczynę. Ale pędraków tych przeraził Bram Johnson, usiadłszy za nimi i przeszywając ich swoim wzrokiem. Wzrok jego sparaliżował ich ruchy. Aż do następnego dnia nic się nie stało. Bram wciąż nie odchodził. Zauważyłem, że znalazł na śniegu jeden z długich, złotych włosów Cecylii i przypatrywał mu się miłośnie. Widząc, że zbliżam się do niego, mruknął gniewnie, jak dzikie zwierzę, sądząc, że chcę mu go zabrać. Wtedy przyszła mi do głowy genialna myśl. Poradziłem Cecylii, aby odcięła sama kosmyk swoich włosów i podarowała go Bramowi. Dała mu go własnoręcznie i szaleniec czuwał odtąd nad nią z wiernością psa. Próbowałem rozmawiać z nim, ale na próżno. Zdawało się, że nie rozumie, co do niego mówię. Wiedział tylko tyle, że gdy się oddali, zostaniemy wszyscy wymordowani.
Szwed przerwał na chwilę swoje opowiadanie i spojrzał mechanicznie przez wąski otwór.
— Skończyli kombinować swój atak, — rzekł. — Ci, którzy niosą pnie drzewa, wypoczęli trochę i ruszają dalej. Teraz baczność, Filipie! Zaczniemy strzelać, gdy znajdą się w połowie drogi do chaty. Ale nie pierwej. To będzie pewniejsze... Wracam do mojej historii. Upłynęło kilka dni. Bram i jego wilki oddalili się na polowanie. W czasie jego nieobecności Blake i Eskimosi zaatakowali nas. Dwaj Rosjanie padli. Armin i ja walczyliśmy rozpaczliwie, mając z sobą młodą dziewczynę, gdy nagle zjawił się niespodzianie Bram. Nie walczył wcale, ale zadowolił się porwaniem dziewczyny, którą wsadził na swoje sanki i znikł z nią w szalonym galopie swoich wilków. Skorzystawszy z chwilowego zamieszania wśród Kogmolloków, próbowaliśmy uciec ze starcem. Ale nie ubiegliśmy daleko. Jakiś szczęśliwy los zaprowadził nas do tej chaty. Zamknęliśmy się tutaj i przez czterdzieści dni i nocy...
Słowa Olafa przerwał wystrzał strzelby Olafa. Strzał był celny i jeden z Eskimosów wywrócił kozła na śniegu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Oliver Curwood i tłumacza: Kazimierz Bukowski.