Złamany krzak

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Złamany krzak
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 158
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1938
Drukarz „SIŁA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



E. KOROTYŃSKA
ZŁAMANY KRZAK
POWIASTKA


WYDAWNICTWO KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. „SIŁA“ Warszawa





Dwoje dzieci: dziewczynka lat ośmiu i dziesięcioletni chłopczyk, bawiło się wesoło w ogrodzie.
Ania, ładne, żywe dziewczątko, uganiało się za motylkiem, który postanowił widocznie za wszelką cenę uratować swe życie i fruwał coraz to wyżej, unikając zdradliwej siatki.
Chłopczyk pomagał w usiłowaniach swej towarzyszki i biegł obok niej z wesołymi okrzykami.
Ania była córką właściciela domu i ogrodu, znanego w całej okolicy doktora — Józio był sierotą, wziętym przez doktora na wychowanie.
Był to chłopiec niezwykłej w tak młodym wieku prawości — nigdy kłamstwo z ust jego nie wyszło i chociażby wiedział, iż surowo będzie ukarany — przyznawał się do winy.
Doktór kochał tych dwoje dzieci, zamierzając kształcić Józia wysoko, gdyż posiadał duże zdolności, do córki zaś miał przyjąć rozumną wychowawczynię, któraby w braku matki zajęła się kształceniem jej umysłu i serca.
Sam miał rozległą praktykę, czas zaś wolny poświęcał hodowli niezwykłych kwiatów i owoców.
W ogrodzie było pełno prześlicznych odmian roślin krzewiastych. Maliny doprowadził do nadzwyczajnej wielkości, aż uginały się gałęzie od ciężkich, cudnej barwy owoców.
W chwili tej, gdy bawiły się dzieci, myśl doktora była zajęta olbrzymimi porzeczkami, które wypielęgnował sam i za co spodziewał się dużej konkursowej nagrody.
Krzak ten był niezwykłej wielkości: liście wielkie, jak u klonu, opuszczały się ku ziemi, grona pełne porzeczek, wielkości wiśni, podpierane szklanymi podpórkami, uderzały wzrok swą wielkością i pięknym wyglądem. Zwłaszcza jedna gałąź budziła zachwyt — ona to właśnie miała przynieść właścicielowi nagrodę. Musiała jednak dojrzeć dostatecznie i być tak pielęgnowana, aby ani jedna jagódka nie spadła z owej gałęzi i aby nie ułamała się z krzaku.
Nie tylko więc ją podparto, lecz jeszcze jakby pod klosz szklany włożono i nikt prócz doktora nie miał prawa owej pokrywy szklanej zdejmować i zaglądać. Zwłaszcza dzieciom było to jak najsurowiej wzbronione.
Chłopcu ani przez chwilę nie przyszła do głowy myśl nieusłuchania opiekuna — dziewczynka była bardzo ciekawa i długości gałęzi i widoku porzeczkowego krzaku bez zakrycia i nawet smaku tak niezwykle wielkich porzeczek.
— To musi być bardzo dobre — mówiła do Józia — pomóż mi podnieść pokrywę, a spróbuję....
— Nigdy! — wołał oburzony chłopiec — miałbym taką krzywdę wyrządzić memu drogiemu opiekunowi? O, nie, Aniu, wszystko ci ułatwię, ale tego, to nigdy!...
— Wielka rzecz — odpowiadała dziewczynka — cóż znaczyć może jedna jagódka? Zresztą, nie ruszę porzeczek, tylko chcę widzieć ten krzak bez pokrycia.
Ale Józio na to nawet zgodzić się nie chciał, co widząc Ania zaprzestała nalegań, postanawiając kiedyś, gdy nikogo nie będzie w ogrodzie, zaspokoić swą ciekawość.
I teraz, gdy biegli za motylkiem, dobiegli do ścieżki, za którą rozkładał się przepysznie ów hodowany na konkurs krzak porzeczek.
Dziewczynka porzuciła swą gonitwę za motylem i w kilku podskokach przybiegła do krzaku z wołaniem:
— Ach! jaki on piękny, jaki piękny! Spójrz, Józiu, czyż nie bierze cię chęć ujrzeć go bez tego szklanego klosza, który całą piękność jego ukrywa?...
Ale chłopiec spojrzał jakby z żalem na dziewczynkę, iż nie chce zwalczyć tego pragnienia i biegł dalej za motylkiem.
Westchnęła Ania, żałując, iż towarzysz jej zabaw nie podziela chęci ujrzenia porzeczek w całej ich piękności i odbiegła od cudnego krzewu.
Nazajutrz rano była sama w ogrodzie, chłopiec bowiem miał lekcję, gdy naraz zapragnęła ujrzeć przedmiot swych zachwytów i chociażby z pod szkła napawać się widokiem niezwykłych gron porzeczkowych. Stanęła nad krzakiem i z lubością przyglądała się dziełu swego ojca.
— Jakiż mądry mój drogi ojczulek! — mówiła — nie tylko że jest sławnym doktorem, jeszcze i podobne rzeczy potrafi... Jakież to piękne! Zajrzę tylko na jedną jedyną minutkę... odchylę brzeżek klosza, toć nic się napewno nie stanie.
I niepomna na przestrogę, nawet rozkaz surowy ojca, podważyła rączką pokrywę. Udało się to jej nieźle, ośmielona więc powodzeniem, podniosła do góry szklany klosz, który całym ciężarem spadł na krzak porzeczkowy, łamiąc najpiękniejsze gałęzie, przeznaczone do konkursu.
Za ciężkie było pokrycie na siły dziewczątka i oto stała się katastrofa.
Łamiąc ręce i uciekając od miejsca wypadku, biegła Ania w stronę domu, wyobrażając sobie smutek i gniew ojca, żałując za późno swej ciekawości.
— Co pocznę? — myślała zrozpaczona — jak przyznam się do tego występku? jaka kara mię spotka?
Naraz przed wejściem do domu, przystanęła myśląc: Nikt mnie nie widział w ogrodzie, nikogo nie było. Ojczulek w szpitalu u chorych, Józio na lekcji, po cóż mam się przyznawać?
Pędem wbiegła do swego pokoiku i zasiadła do czytania książki z powiastkami, którą otrzymała od ojca.
Gdy Józio skończył lekcje, wszedł do jej pokoiku, wołając:
— Cóż to się stało, że nie biegasz w ogrodzie? Taka cudna pogoda, słonko świeci radośnie, czy masz jaką ciekawą powiastkę?
Dziewczynka była bardzo blada i jakby zmieszana, gdy, spojrzawszy na Józia, odpowiedziała na pytanie.
Nie chce jej się biegać po ogrodzie, głowa trochę boli, woli siedzieć w domu i czytać.

E. Korotyńska - Złamany krzak p0001.png

Józio miał chęć ogromną pobiegać po ogrodzie, ale pozostał przy Ani, zmartwiony jej niedyspozycją.
Naraz rozległ się szybki chód doktora, drzwi się otworzyły i na progu stanął wzburzony i rozgniewany właściciel domu i ogrodu.
— Kto z was zrobił mi tę okropną krzywdę?! — zawołał — kto połamał mi krzak porzeczek, przeznaczony na konkurs? Nikt prócz was obojga nie ma wstępu do tej części ogrodu, nikt nie posiada klucza od furtki... Które z was to zrobiło? Nikt inny tylko Ania.
Dziewczynka postanowiła ratować się kłamstwem.
— Nie, ojczulku — wyszeptała niepewnie — nie byłam dzisiaj w ogrodzie. Józio świadkiem, iż siedziałam w domu, gdy miał lekcję.
— A ty, Józiu, czy byłeś dzisiaj w ogrodzie? czyś to ty złamał wskutek ciekawości ten okaz niezwykły, który miał być jutro przedstawiony na konkurs? Nie kłamałeś nigdy, nie kłam więc i tym razem.
— Byłem, panie doktorze — odpowiedział śmiało Józio — rano w ogrodzie, przed lekcją z panem Wacławem, nie wchodziłem do zagrodzonej części, gdzie znajduje się krzak porzeczek i nie złamałem gałęzi. Przyznałbym się napewno.
— Wierzyłbym ci, jeśliby nie przeświadczenie, iż nikt inny nie był w ogrodzie. Dziś jeszcze o 7-ej rano był cały... któż inny więc to zrobił? Ty tylko, niedobry i niewdzięczny chłopcze, którego kochałem, jak syna... Pójdziesz do domu poprawy, nie tylko bowiem zniszczyłeś moją pracę, nie usłuchałeś mego rozkazu nie zbliżania się do kosztownego krzaku, ale jeszcze zapierasz się i chcesz mnie okłamać. Nie chcę mieć dłużej w swym domu kłamcy i niewdzięcznika... Idź do swego pokoju, za godzinę odwiozę cię do zakładu.
Chłopiec zrozumiał teraz dobrze bladość Ani, ona to, nie kto inny, zniszczyła pracę doktora, wie, jak pragnęła zobaczyć krzak bez osłony... A i teraz siedzi zmartwiała i blada, ale boi się przyznać... Kocha ją ojciec, przebaczyłby, a jego jakże okropna czeka kara! Siedzieć w domu poprawy, w tym dużym smutnym domu, który stoi tuż za ogrodem i z którego okien wyglądają takie małe, bolesne twarzyczki...
Chłopiec wybuchnął płaczem i gdy doktór przyszedł po niego, chwiał się ze wzruszenia i wstydu...
Umieszczono go w smutnym domu, nie odwiedzano go nigdy nawet w niedzielę, tylko mała blada dziewczynka stawała zawsze o jednej porze przed domem i wpatrywała się w jego okienko.
To była Ania.
Od dnia, w którym doktór wywiózł chłopca do domu poprawy, dziewczynka nikła w oczach.
Nie jadła, chyba, gdy ją przymuszano, nie spała, często biegła do ogrodu i zalewała się łzami, patrząc na okalające ciemny dom kraty, wreszcie rozchorowała się i położono ją do łóżka. Przypisywano to tęsknocie za Józiem, nie domyślając się, iż powodem smutku i choroby były wyrzuty sumienia.
Doktór próbował wydobyć prawdę z Józia, a gdy ten nie przyznawał się do nieposłuszeństwa, pozostawiał go w domu poprawy, zgryziony zawodem na tym, którego miał za prawego i nigdy niekłamiącego.
Wreszcie w pewien wieczór, gdy doktór siedząc przy Ani, mówił jej, iż wyśle chłopca daleko i łożyć będzie na jego naukę, ale do domu swego nigdy nie przyjmie, dziewczynka wybuchła płaczem i przyznała się do wszystkiego.
Oburzony był doktór, iż do jednego występku dodała drugi większy, ale ze względu na jej skruchę i żal, przebaczył i czymprędzej sprowadził Józia do domu, gdzie przyjęto go ze łzami radości i przywiązania.
Zapamiętała Ania smutny szary dom, gdzie siedział niewinny Józio i od tej pory przyznawała się do wszystkiego, nie mogąc zapomnieć o krzywdzie przez nieposłuszeństwo i kłamstwo wyrządzonej.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.