Wyspa tajemnicza/XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXI.

Burze. — Winda hydrauliczna. — Wyrób szkła. — Drzewo chleba. — Częste wycieczki do zagrody. — Powiększenie się stada. — Pytanie reportera. — Dokładne oznaczenie położenia wyspy. — Projekt Penkroffa.

Czas zmienił się z początkiem marca, upały były nieznośne, a powietrze tak przesycone elektrycznością, że trzeba się było obawiać burzy. Rzeczywiście drugiego marca przy gwałtownym wietrze, przy huku grzmotów i piorunów, zaczął padać grad wielkości gołębiego jaja, uderzając w okna Granitowego pałacu tak mocno, że musiano pozamykać szczelnie drzwi i okiennice, aby nie wpadał do pokojów.
Przez osiem dni srożyła się burza z gwałtownemi grzmotami. Pioruny rozstrzaskały kilkadziesiąt drzew, a spadając na wybrzeże, stopiły i zeszkliły piasek. Gdy inżynier znalazł powstały tym sposobem fulgurit czyli piorunowiec, przyszło mu na myśl, że będzie mógł zaopatrzyć okna Granitowego pałacu w grube szyby, które zabezpieczą jego mieszkańców od wiatru, deszczu i gradu.
Przez cały ten czas koloniści zajmowali się różnemi pracami wewnątrz domu, robili półki i szafy do ustawiania różnych przedmiotów. Inżynier zaś urządził tokarnię. Tak więc oględni i pracowici nie marnowali nigdy ani chwilki czasu.
Nie zapomniano także o Jowie i przy głównym składzie odgrodzono dla niego osobny pokoik, w którym usłano mu wygodne łoże z mchu i suchych liści.
— Nieoszacowany ten nasz Jow — powtarzał często marynarz. — Z nikim się nie sprzecza, nigdy nie usłyszysz od niego niewłaściwej odpowiedzi! Doprawdy, nieoceniony z niego służący.
— To mój uczeń — mówił wówczas Nab — który dorówna mi wkrótce.
— Ba! on już przewyższa cię teraz, Nabie — odpowiadał, śmiejąc się, marynarz — bo ty mówisz, a on milczy.
Łatwo się domyśleć, że Jow coraz większej nabywał wprawy: trzepał suknie, obracał rożen, zamiatał pokoje, usługiwał do stołu, przynosił i układał drzewo, wreszcie, co najwięcej cieszyło Penkroffa, nie położył się spać, dopóki nie otulił się w łóżku prześcieradłem zacnego marynarza.
Wszyscy koloniści wybornem cieszyli się zdrowiem. Pędząc życie na wolnem powietrzu, w klimacie umiarkowanym i zdrowym, zajęci pracą fizyczną i umysłową, mogli nie lękać się żadnej choroby. Harbert urósł o dwa cale w przeciągu tego roku, twarz jego zaczęła nabierać męskiego wyrazu, i wszystko zapowiadało, że chłopiec rozwinie się korzystnie, tak pod względem fizycznym, jak i moralnym. Korzystając chciwie z każdej chwili, wolnej od ręcznej pracy, czytywał książki, znalezione w skrzyni, a oprócz nauki praktycznej, wynikającej z codziennych jego zatrudnień, miał jeszcze gorliwych nauczycieli w Cyrusie do nauk ścisłych, w reporterze do języków.
Inżynier pragnął przekazać całą swą wiedzę Harbertowi: uczył go zarówno przykładami, jak słowami, a młody chłopiec umiał korzystać z nauk zacnego nauczyciela.
— W razie mej śmierci — myślał nieraz Cyrus — on mnie zastąpić potrafi.
Około tego czasu w stajni przybyła mała onaga, a w owczarni kilkanaście jagniątek. Spróbowano także, czy się nie uda przyswoić pekarów, i próba udała się doskonale. Postawiono obok kurnika chlewek, a wkrótce potem kilka małych zwierzątek zaczęło się w nim tuczyć za staraniem Naba. Jow, na którego włożono obowiązek przynoszenia im codziennej żywności, to jest pomyj, obierzyn i tym podobnych rzeczy, sumiennie wywiązywał się ze swego zadania; choć czasem bawił się kosztem swych stołowników, nie pochodziło to bynajmniej ze złości, tylko bawiły go bardzo małe pokręcone ogonki.
Pewnego dnia Penkroff, rozmawiając z inżynierem, przypomniał mu obietnicę, której Cyrus nie miał czasu dotąd spełnić.
— Wspomniałeś pan o przyrządzie, którym możnaby zastąpić drabinę, wiodącą do Granitowego pałacu. Czy nie zechciałbyś pan zająć się tem obecnie?
— Mówisz zapewne o windzie hydraulicznej — powiedział Cyrus.
— Niech się nazywa i hydrauliczna, skoro pan tak chcesz. Mnie nie idzie o nazwisko, lecz o łatwiejsze wejście do mieszkania.
— Nic łatwiejszego, Penkroffie, ale czy potrzebne?
— Bez wątpienia, panie Cyrusie. Skoro własną pracą pozyskaliśmy już rzeczy potrzebne, wolno nam pomyśleć o wygodzie. Zresztą dla nas samych może byłoby to zbyteczne, ale do wnoszenia ciężarów prawie niezbędne. Ciężko wchodzić na tak wysoką drabinę, dźwigając ciężar na grzbiecie.
— Dobrze, Penkroffie, spełnię twoje życzenie.
— I zrobisz pan maszynę parową?
— Nie, będzie to maszyna, poruszana wodą, a zbudowanie jej nie jest zbyt trudne.
Czytelnicy przypominają sobie zapewne, że przy zamurowaniu dawnego upustu pozostawiono mały otwór, przez który wpływała dostateczna ilość wody na zaspokojenie potrzeb mieszkańców Granitowego pałacu. Otóż obecnie powiększono ten otwór, przez co utworzył się dość silny spadek wody, spływającej następnie do studni, umieszczonej tuż pod nim, wewnątrz korytarza. Pod tym spadkiem umieścił inżynier koło, podobne do tych, jakie obracają młyny wodne, a zostające w styczności zapomocą trybu i drąga z drugim kołem zewnętrznem, około którego obwijała się gruba lina, utrzymująca wielki i mocny kosz. Tym sposobem zapomocą sznura, opadającego aż do ziemi, można było wprawić w ruch lub powstrzymać motor hydrauliczny i, stosownie do woli, podnieść się w koszu aż do drzwi lub też spuścić nadół.
Siedemnastego marca windy po raz pierwszy użyto i odtąd już stale zastąpiła drabinę, której też nikt nie żałował. Najwięcej zadowolenia okazywał Top, który nie mógł tak zręcznie wchodzić na drabinę jak Jow i z początku zwykle na grzbiecie Naba, a następnie orangutanga, przebywał tę przykrą dla siebie drogę.
W parę dni później Cyrus Smith rozpoczął przygotowania do wyrobu szkła od przerobienia pieca garncarskiego na hutniczy. Czynność ta przedstawiała liczne trudności, które jednak zdołał pokonać po wielu próbach, przy współudziale reportera i Harberta, swych zwykłych pomocników.
Cyrus Smith miał pod ręką materjały, wchodzące w skład szkła, to jest biały piasek, kredę i sodę. Piasku dostarczało wybrzeże, kredy — wapno, sody — rośliny morskie, kwasu siarczanego — piryty, a opału do ogrzania pieca — kopalnia węgla kamiennego. Najtrudniejszem do wyrobienia narzędziem była rurka żelazna, długa na pięć stóp, zwana „cybuchem” lub „piszczelem”; rurka ta z jednego końca jest obłożona drzewem, drugim zaś zanurza się w roztopionej masie szklanej. Penkroff niemało się napracował, zanim udało mu się zrobić dość dobry cybuch z cienkiej i długiej sztabki żelaza, którą zwinął w kształcie lufy od strzelby.
Dwudziestego ósmego marca rozpalono mocno piec. Cyrus Smith zmieszał 100 części piasku białego z 35 częściami kredy, 40 sody i 2 częściami sproszkowanego węgla. Wszystko to wsypał do tyglów z gliny ogniotrwałej, umieszczonych w piecu. Gdy, pod wpływem wysokiej temperatury pieca, masa roztopiła się a następnie przez zmniejszanie ognia stała się ciągnącą, Cyrus umaczał w niej koniec cybucha, wydął nieco przyczepioną do niego kulkę, aby nie zatkała otworu cybucha, obracał przez pewien czas na przygotowanej blasze i podał Harbertowi, aby ją dalej wydymał przez otwór cybucha.
— Czy w ten sposób, jak się robi bańki mydlane?
— Zupełnie tak samo — odpowiedział Cyrus.
Harbert dopóty dął, obracając ciągle cybuch, dopóki się kulka nie rozszerzyła; wówczas dodano do niej większą ilość, masy przez powtórne umaczanie w tyglu. Wreszcie przez ciągłe wydymanie i obracanie utworzyła się bańka, mająca stopę średnicy. Cyrus wziął wtedy cybuch z rąk Harberta i nadając mu ruch wahadłowy, wydłużał bańkę tak, że przybrała kształt podłużny.
Obcięto następnie tę bańkę u dołu i góry, rozcięto wzdłuż żelaznem ostrzem, umaczanem w zimnej wodzie, i po stosownem ogrzaniu, umieszczono na gorącej blasze, gdzie wyprostowano drewnianym wałkiem.
Pierwsza szyba była zrobiona. Gdy powtórzono tę czynność pięćdziesiąt razy, okna Granitowego pałacu zaopatrzono w szyby, wprawdzie niebardzo białe i przejrzyste, ale przepuszczające dostateczną ilość światła.
Szklanki i butelki daleko mniej kosztowały pracy, tem bardziej, że brano takie, jakie się udały. Penkroff prosił, aby mu także pozwolono zająć się tą pracą. Tak mocno jednak dął w cybuch, że wyroby jego przybierały najdziwaczniejsze kształty. Niewymownie go to cieszyło.
W tym czasie odkryto nowe i nader użyteczne drzewo. Harbert, idąc przez las z inżynierem, zatrzymał się nagle z radosnym okrzykiem.
— A! panie Cyrusie, spojrzyj na to drzewo.
Mówiąc to, wskazywał ręką małe drzewko bez gałęzi, pokryte łuskami.
— Cóż to za drzewo, tak podobne do małej palmy? — zapytał Cyrus.
— Jest to cycas revoluta, którego rysunek znajduje się w naszym podręczniku historji naturalnej.
— Nie widzę na nim żadnego owocu.
— Tak, panie Cyrusie, ale pień jego dostarczy nam mąki już zmielonej.
— W takim razie, mój chłopcze, zrobiłeś nieocenione dla nas odkrycie, zwłaszcza, gdy nie mamy dostatecznej ilości pszenicy. Ale czy się tylko nie mylisz.
Harbert nie mylił się, był to rzeczywiście sagowiec. Gdy złamano jego łodygę, przekonano się, że rdzeń zawiera mąkę, przesiąkniętą kleistym sokiem niemiłego smaku, który jednak łatwo było usunąć przez wyciskanie w prasie. Ten gatunek sagowca znajduje się także w Japonji, a wywóz pożywnej jego mąki był dawniej surowo zakazany prawami tego kraju.
Cyrus i Harbert przyjrzeli się dobrze tej części i, wracając do domu, znaczyli drogę, aby mogli później znaleźć miejsce, w którem rosły sagowce. Zaraz nazajutrz wszyscy się tam udali, a Penkroff, coraz więcej zachwycony wyspą, zapytał inżyniera:
— Jak pan sądzisz, panie Cyrusie, czy są wyspy, przeznaczone dla rozbitków?
— Co przez to rozumiesz, Penkroffie?
— Pytam się, czy są wyspy umyślnie nato stworzone, aby przy nich można się było rozbić szczęśliwie, to jest takie, na których biedni rozbitkowie mogliby zapracować sobie na wygodne życie.
— Bardzo to być może — odpowiedział z uśmiechem inżynier.
— Dla mnie jest to rzeczą pewną — odpowiedział marynarz — a niewątpliwie wyspa Lincolna należy do ich liczby.
Koloniści przywieźli do domu znaczną ilość pieńków sagowca. Inżynier urządził prasę do wyciskania kleistej cieczy, a niezadługo Nab wyrabiał z białej sagowej mąki placki i budynie. Nie był to jeszcze chleb, ale przynajmniej coś bardzo podobnego.
Wszystko szło więc pomyślnie na wyspie, i koloniści tak się przyzwyczaili do niej, że z żalem opuściliby jej gościnną ziemię. Pomimo to przywiązanie do rodzinnej ziemi tak silnie jest zakorzenione w sercu człowieka, że, gdyby zjawił się na morzu okręt, staraliby się zwrócić na siebie uwagę jego osady zapomocą sygnałów i wróciliby z ochotą do kraju.
Tymczasem wyspa Lincolna była często przedmiotem ich rozmowy. Pewnego dnia dało to powód do pytania, które pociągnęło za sobą ważne następstwa.
Było to 1 kwietnia, w niedzielę, w pierwszy dzień Wielkiej Nocy, który koloniści poświęcili wyłącznie modlitwie i czytaniu Pisma Ś-go. Dzień był piękny, choć trochę chłodny. Wieczorem wszyscy zasiedli w altanie i, pijąc odwar z jagód bzowych, zastępujący im kawę, rozmawiali o swej wyspie i samotnem jej położeniu na oceanie Spokojnym, wskutek czego Gedeon Spilett zapytał inżyniera:
— Powiedz mi, kochany Cyrusie, czy, odkąd posiadasz sekstans, nie obrachowałeś powtórnie geograficznego położenia naszej wyspy?
— Nie — odpowiedział Cyrus.
— Zdaje mi się, że wartoby się tem zająć, posiadając odpowiednie i dokładne narzędzie.
— A to poco? — zapytał marynarz. — Wyspa jest z pewnością tam, gdzie wówczas była.
— Bez wątpienia — odpowiedział Gedeon — lecz pierwsze obrachowanie mogło być niedokładne z powodu braku stosownych narzędzi.
— Masz słuszność, kochany Gedeonie, mogłem się pomylić o kilka stopni. Zaraz jutro sprawdzę.
— Ba! — rzekł marynarz — pan Cyrus nie mógł się pomylić. Jeżeli więc wyspa nie poruszyła się z miejsca, to jest tam, gdzie ją umieścił.
Po sprawdzeniu nazajutrz obrachowania pokazało się, że Cyrus Smith, pomimo niedokładności pierwszych narzędzi, omylił się tylko o pięć stopni.
— Teraz — rzekł Spilett — ponieważ posiadamy także atlas, oznacz, kochany Cyrusie, dokładnie położenie naszej wyspy na oceanie Spokojnym.
Harbert przyniósł atlas, rozwinięto mapę oceanu Spokojnego, a inżynier wziął cyrkiel, aby oznaczyć położenie wyspy.
Nagle cyrkiel wysunął mu się z ręki.
— Patrzcie! na tej części oceanu jest jakaś wyspa.
— Wyspa? — zawołał Penkroff.
— Zapewne nasza — rzekł Gedeon Spilett.
— Nie — rzekł Cyrus — gdyż leży o 2 i pół stopnia więcej na zachód i 2 stopnie niżej na południe, niż wyspa Lincolna.
— Jak się nazywa?
— Wyspa Tabor.
— Czy to znaczniejsza wyspa?
— Nie, mała i samotna wysepka, zapewne mało komu znana.
— No to my ją poznamy — rzekł Penkroff.
— My?
— Tak, panie Cyrusie, zbudujemy szalupę, a ja podejmuję się nią kierować. Jak daleko może być od nas wyspa Tabor?
— O jakie sto pięćdziesiąt mil!
— To niedaleko — rzekł Penkroff. — Przy dobrym wietrze można do niej dopłynąć w czterdzieści osiem godzin.
— Ale w jakim celu? — zapytał reporter.
— Trudno naprzód wiedzieć, naco się to przydać może.

Na żądanie marynarza postanowiono zbudować mocną szalupę, tak, aby za powrotem ciepłej pory roku, to jest w początku października, można się było puścić na morze.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.