Wyspa skarbów/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział siódmy.
PRZYBYWAM DO BRYSTOLU.

Wbrew przypuszczeniom dziedzica, sporo wody upłynęło, zanim byliśmy gotowi do żeglugi; przytem nie ziścił się po naszej myśli żaden z pierwotnych zamiarów, nawet zamiar doktora Liveseya, by mnie zatrzymać przy sobie. Doktór musiał wyjechać do Londynu, żeby tam spełniać obowiązki swego zawodu; dziedzic miał wiele pracy w Brystolu, ja zaś mieszkałem w dworze pod opieką starego Redrutha, leśnika dworskiego. Tu prowadziłem życie pustelnicze, ale pełne marzeń o morzu oraz najrozkoszniejszych domysłów i rojeń o nieznanych wyspach i przygodach. Godzinami całemi dumałem o mapie, której wszystkie szczegóły pamiętałem dokładnie. Siedząc przy kominku w pokoju ochmistrzyni, zbliżałem się wyobraźnią moją do tej wyspy coraz to z innej strony; zwiedzałem każdą piędź jej powierzchni, wdrapywałem się po tysiące razy na ów wysoki pagórek, zwany „Lunetą“, a z jego wierzchołka podziwiałem najczarowniejsze i zmieniające się widoki. Niekiedy wyspa była zaludniona przez dzikusów, z którymi staczaliśmy walki; kiedyindziej roiła się od drapieżnych zwierząt, które nas ścigały. Pomimo to we wszystkich tych majaczeniach nigdy nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego i strasznego, jak przygody, które nam przyszło przeżywać na jawie.
Mijał tydzień po tygodniu, aż pewnego pięknego poranku nadszedł list, adresowany do doktora Liveseya i opatrzony uwagą: „W razie jego nieobecności otworzy Tom Redruth lub młody Hawkins“. Stosując się do tego polecenia, znaleźliśmy — ściśle mówiąc, znalazłem ja, gdyż leśnik był nietęgi w piśmie i znał się jedynie na literach drukowanych — następujące ważne nowiny:

„Brystol, gospoda pod Starą Kotwicą,
1 marca 17...
Kochany Liveseyu!
Ponieważ nie wiem, gdzie waćpan się obracasz, czy w dworze, czy w Londynie, przeto posyłam list niniejszy w dwu egzemplarzach w oba miejsca.
Okręt już kupiony i wyporządzony. Stoi na kotwicy, gotów do drogi. Pewno sobie pan nie wyobrażał nigdy piękniejszego szonera — dziecko mogłoby na nim żeglować. Pojemność dwieście ton; nazywa się Hispaniola.
Nabyłem ten statek za pośrednictwem starego przyjaciela, Blandly’ego, który sam wypróbował należycie to zachwycające cacko. Czcigodny wiarus wprost zaprzedał się w mą służbę i mogę powiedzieć, że wszyscy w Brystolu prześcigają się w uprzejmości dla mnie; skoro tylko doczekamy się wiatru, pozwalającego na odbicie od lądu, wyruszymy, jak mniemam, na — poszukiwanie skarbów!“.

— Panie Redruth! — odezwałem się, przerywając czytanie — doktór Livesey nie będzie zadowolony. Jaśnie pan wszystko wygadał...
— No, no, kto ma racyją — burknął leśnik. — Zdaje mi się, że byłoby to rzeczą dziwną, gdyby jaśnie pan nie wygadał wszystkiego doktorowi Liveseyowi.
Słysząc to, już nie kusiłem się o komentarze, lecz czytałem jednym tchem dalej:

„Sam Blandly wynalazł Hispaniolę i dzięki zadziwiającemu sprytowi nabył ją za bajecznie niską cenę. W Brystolu nie brak ludzi, zażarcie uprzedzonych do Blandly’ego. Ci nie wahają się mówić mi w oczy, że to chłopisko poczciwe z kościami dopuściło się szalbierstwa, jako że Hispaniola była jego własnością, a on sprzedał mi za cenę, wyśrubowaną do niemożliwości — wszystko to nikczemna potwarz. Nikt z nich w każdym razie nie śmie odmówić okrętowi wielkich zalet.
Aż dotąd nie miałem trudności. Wprawdzie robotnicy — cieśle okrętowi i jak się tam jeszcze zowią — marudzili wstrętnie przy pracy, jednak czas zrobił swoje. Kłopot mi sprawiało jedynie zdobycie załogi.
Chciałem mieć liczną drużynę — na wypadek spotkania z krajowcami, z korsarzami lub szelmami Francuzami. Gotów już byłem iść choćby do samego djaska, żeby znaleźć z pół tuzina wiarusów, gdy wtem nadzwyczajny zbieg okoliczności nastręczył mi człowieka, jakiego mi było potrzeba.
W rozmowę z nim wdałem się przypadkowo, bawiąc w stoczni. Dowiedziałem się, że był marynarzem, obecnie zaś jest właścicielem szynku i zna wszystkich marynarzy w Brystolu. Pobyt na lądzie oddziaływa niekorzystnie na jego zdrowie, więc stary wilk morski chciałby otrzymać miejsce kucharza na okręcie, aby znów pojeździć po odmętach. Przywlókł się tu rano na kulach, żeby, jak mówi, poczuć zapach słonego powietrza.
Wzruszyło mnie to niezmiernie — i sądzę, że pan również byłby przejęty — więc ze szczerego współczucia zwerbowałem go prosto z mostu na kucharza okrętowego. Nazywa się Długi Jan Silver i jest pozbawiony jednej nogi, co wszakże uważam za chlubę, gdyż postradał ją w służbie ojczyzny pod dowództwem nieśmiertelnego admirała Hawke. Za swe zasługi nie otrzymuje zgoła wynagrodzenia; wyobraź sobie pan, kochany panie Livesey, jaka to czarna niewdzięczność cechuje wiek i społeczeństwo, w którem żyjemy.
No, mociumpanie, myślałem, żem znalazł tylko kucharza... aliści wnet potem jak z pod ziemi wyrosła mi cała załoga! Przy pomocy Silvera zebrałem w ciągu dni kilku zastęp starych marynarzy, najwytrawniejszych, jakich można sobie wyobrazić; na pierwszy rzut oka mogą się nie podobać z wyglądu, lecz z twarzy poznać można chłopców wzorowych, krzepkich i nieulękłych.
Długi Jan odprawił także dwu majtków z liczby sześciu czy siedmiu, których umówiłem poprzednio. Dowiódł mi, że są to nowicjusze, nieobeznani z wodą morską, którzy w razie poważnego niebezpieczeństwa byliby nam jeno kulą u nogi.
Jestem w pełni zdrowia i dobrej myśli. Jem jak wół, sypiam twardo jak kamień; jednego mi tylko braknie do szczęścia, a mianowicie bym już nareszcie posłyszał turkot podnoszonej kotwicy i dreptanie moich marynarzy po pokładzie. Hej, na morze! Co mi tam skarby! sława morska nęci mnie więcej niż one! Dalej więc, mości Liveseyu, przybywaj corychlej i nie trać ani godziny, jeżeli żywisz respekt dla mnie!
Młody Hawkins niech zaraz pod opieką Redrutha pójdzie pożegnać się z matką, następnie niech obaj stawią się w Brystolu.
Jan Trelawney.

Post-scriptum. Nie wspomniałem jeszcze, że ów Blandly, który, mówiąc nawiasem, obiecał przysłać nam w odwodzie drugi okręt, jeżeli nie wrócimy z końcem sierpnia — wyszukał nam doskonałego szypra, który jest wprawdzie człowiekiem małomównym, czego żałuję, ale pod innemi względami jest nieocenionym nabytkiem. Długi Jan Silver wytrzasnął skądś biegłego i doświadczonego sztormana nazwiskiem Arrow. Mam bosmana, który jest namiętnym fajczarzem, co was pewno ucieszy, kochany panie Livesey. W ten sposób nasza miła Hispaniola będzie się prezentowała, niczem okręt wojenny.
Zapomniałem opowiedzieć panu, że Silver jest człowiekiem majętnym, a przekonałem się, że ma nieprześcigniony zmysł kupiecki. Zostawia żonę, aby w jego zastępstwie prowadziła szynk; ponieważ jest to kobieta kolorowa, przeto takim dwóm starym kawalerom, jak pan i ja, można wybaczyć przypuszczenie, że go ta żona, w równym stopniu jak i zdrowie, skłania do ponownej włóczęgi.
J. T.

Post-scriptum. Hawkins może spędzić całą dobę u matki.
J. T.

Możecie sobie wyobrazić podniecenie, jakiemu uległem po odczytaniu tego listu. Nie posiadałem się z radości i niemal odchodziłem od zmysłów; jeżeli czułem kiedy dla kogokolwiek wzgardę, to dla starego Tomasza Redrutha, który umiał tylko zrzędzić i narzekać. Niejeden z leśniczych zazdrościł mu jego losu i chętnieby się z nim pomieniał; cóż jednak zrobić, że tak właśnie rozporządził jaśnie pan, a wola jaśnie pana była dla nich prawem. Nikt też z wyjątkiem starego Redrutha nie miał nawet tyle odwagi, by sarkać lub utyskiwać.
Nazajutrz rano w towarzystwie leśnika wyruszyłem piechotą pod „Admirała Benbow“, gdzie zastałem matkę w dobrem zdrowiu i usposobieniu. „Kapitan“, który tak długo był powodem wielu naszych zgryzot, odszedł już tam, gdzie nawet największe zawalidrogi stają się pokorni i cisi. Dziedzic kazał ponaprawiać to i owo, przemalować pokoje gościnne i tablicę, a nawet podarował nieco sprzętów — zwłaszcza prześliczny fotel dla mojej matki, który dziś stoi w szynkowni. Wynalazł jej również chłopaka do posług, tak iż miała wyrękę podczas mej nieobecności.
Patrząc na tego chłopaka, uprzytomniłem sobie po raz pierwszy własne położenie. Dotychczas myślałem wyłącznie o nadchodzących przygodach, a wcale nie o domu, który miałem opuścić; teraz na widok tego niezdarnego przybłędy, który miał zająć moje miejsce przy matce, łzy puściły mi się z oczu... Mam wyrzuty sumienia, że zanadto dokuczałem temu chłopcu, traktując go jak kundla podwórzowego; był on jeszcze niewprawny w robocie, więc nie zaniedbałem żadnej sposobności, by go strofować i popychać.
Przeszła noc, a na drugi dzień po obiedzie znów obaj z Redruthem puściliśmy się pieszo w drogę. Powiedziałem: do widzenia! matce i zatoce, nad którą żyłem od urodzenia, i staremu drogiemu „Admirałowi Benbow“, który już mi mniej był drogi, odkąd go przemalowano. Jedną z ostatnich mych myśli było wspomnienie o „kapitanie“, który tak często wałęsał się po wybrzeżu w swym wystrzępionym kapeluszu stosowanym, ze starą mosiężną lunetą pod pachą, z policzkiem, pokiereszowanym od szabli. Niebawem minęliśmy zakręt drogi i strony rodzinne znikły mi z oczu.
Już się zmierzchało w pustkowiu, gdy wsiedliśmy do dyliżansu przy zajeździe „pod królem Jerzym“. Wcisnąłem się między Redrutha i otyłego, podeszłego już w leciech jegomościa; pomimo szybkiej jazdy i nocnego chłodu musiałem zrazu tęgo zadrzemać, a następnie chrapnąć snem kamiennym, podczas gdyśmy mijali góry, doliny i postój za postojem — skoro bowiem, szturchnięty przez kogoś w żebra, obudziłem się i przetarłem powieki, zobaczyłem, że jesteśmy przed wielkim gmachem w ulicy jakiegoś miasta, a słońce świeci już wysoko na niebie.
— Gdzie jesteśmy? — zapytałem.
— W Brystolu — usłyszałem głos Tomasza. — Wyłaź, ospalcze!
Pan Trelawney zakwaterował się w odległej gospodzie, aż koło stoczni, aby mógł doglądać roboty na statku. Zwróciliśmy tam swoje kroki. Ku wielkiej mej uciesze droga nasza wiodła wzdłuż nabrzeża, gdzie sterczał istny las okrętów, przeróżnych kształtów i wielkości i należących do wszelkich narodów. Na jednym z nich żeglarze śpiewali przy pracy, na drugim wysoko nad mą głową wdrapywali się ludzie po linach, które wydawały się cienkie, jak nitki pajęcze. Choć całe życie dotychczas spędziłem nad morzem, to jednak miałem wrażenie, że nigdy nie znajdowałem się tak blisko morza, jak wówczas. Woń smoły i soli była dla mnie jakby nowością. Widziałem tu najosobliwsze istoty ludzkie, przybywające z najodleglejszych krain za oceanem. Widziałem również wielu starych marynarzy z kolczykami w uszach, z bokobrodami trefionemi w kędziory i z zasmolonemi harcapami, idących niezgrabnie, chwiejnym krokiem, z rozkraczonemi nogami; dalibóg nie zachwycałbym się więcej, gdybym widział tłum królów czy arcybiskupów!
I ja sam też wybierałem się na morze... na statku, gdzie był bosman, kurzący fajkę, i marynarze z harcapami na głowie, śpiewający swe przedziwne pieśni... Wybierałem się w drogę ku nieznanej wyspie na poszukiwanie zakopanych skarbów!...
Gdy jeszcze oddawałem się tym błogim marzeniom, doszliśmy już do dużej karczmy i ujrzeliśmy pana Trelawneya, ubranego w grubą błękitną kurtę oficera marynarki, uśmiechniętego i zdążającego ku nam przepysznym krokiem żeglarskim.
— Witam was, witam! — zawołał. — Doktór również przybył tej nocy z Londynu. Brawo! załoga okrętowa stawiła się co do jednego!
— Panie łaskawy! — wykrzyknąłem. — Kiedy odjeżdżamy?
— Kiedy odjeżdżamy? — powtórzył. — Jutro podnosimy kotwicę!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.