Wróżka państwa Andrzejów/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Wróżka państwa Andrzejów
Podtytuł Bajka
Data wydania 1935
Wydawnictwo „Głos Narodu”
Druk Drukarnia „Głosu Narodu”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

IV.

W owym karnawale pani Aniela nie miała już z kim tańczyć, skoro zabrakło najlepszego tancerza. Mąż jej bowiem znał się na stopach wierszowych, a na swoich własnych stopach znał się tak mało, że je zawsze mylił z sobą w tańcu. Zresztą choćby miała z kim, to nie mogłaby tańczyć biedna pani Aniela. Na brak muzyki jednak uskarżać się nie mogła, bo miała jej dosyć we własnym domu: dzieci odzywały się wciąż na dwa głosy od rana do wieczora, a często i od wieczora do rana. Stara Agata, która często przy kołyskach czuwała i napróżno nieraz usiłowała uśpić dzieci kołysanką, mówiła do pani Anieli.
— Wi pani, bez co te dzieciska tak niebożątka krzycom? Im ano krztu świętego potrza, a onego świętego soli w gębę włożenia. Bo tak to napisoł śrybłem na dyjamencie sam Paniezus z nieba w onym dystamencie Swoim, ze takie niekrzceńce nie weńdom do nieba, kady nos wszyćkich puścić przyobiecowoł, ino jako te strzygonie ciorać sie bedom po świecie, po próżnicy ludzisków strasęcy. Im się tyz kce krzynkę raju — i tyle.
Pani Anieli serce cierpło na te słowa, zwłaszcza gdy słyszała ponowny krzyk dzieci. Biegła, siadała przy kołyskach i poruszała je naprzemian to lewą to prawą nogą, i szyjąc dwa jednakowe czepeczki, śpiewała piosneczkę:

Aa! — kotki dwa
Szare bure obydwa!

I patrząc na bliźniątka, szeptała:
— Moje, moje kotki, moje obydwa!
Bo też jedno z nich było szare (była to dziewczynka), a drugie bure (chłopiec), ile sądzić można było z nielicznych jeszcze włosków. Ale ładne były oba dzieciaki, podobne trochę do niej samej, a jeszcze więcej do jej męża. Tylko że mąż miał jeszcze wąsy — i to jakie to były wąsy! — nikt takich nie miał na świecie. Wprawdzie trochę kłuły przy całowaniu, ale na to trudno poradzić! A pan Andrzej taż bardzo, bardzo kochał swoje dzieci i często całował — chociaż miał wąsy kłujące...
Wreszcie — dzieci ochrzczono. Wypadło to w Wielkanoc, przez co bardzo wiele zaoszczędzono pieniędzy, gdyż święcone było zarazem i przyjęciem chrzestnem. Wśród gości, było aż czworo rodziców chrzestnych, a ponadto wiele, wiele powszechnie szanowanych osobistości. Ku zdumieniu wszystkich obecnych było na stole o jedno nakrycie za dużo, gdyż pierwsze miejsce wcale nie było zajęte. Różne stąd były domysły; tajemnicę jednak istotną znały tylko trzy osoby: państwo Andrzejowie i — wróżka, dla której, jako dla sprawczyni całego zdarzenia i opiekunki całej rodziny, przeznaczone było to miejsce.
Inną jeszcze łamigłówkę nastręczały same chrzciny bliźniąt, a mianowicie: jakie im nadać imiona. Biedzili się nad tą kwestją rodzice i inne osoby, świadome rzeczy, coś około trzech miesięcy — i to może było też jednym z powodów, że chrzest odbył się tak późno. Pan Andrzej aż cztery razy przestudjował kalendarz, otrzymany w darze noworocznym od listonosza, chcąc się dokładnie powiadomić, kiedy który ze świętych obchodzi imieniny. Im więcej zagłębiał się w kalendarz, w tem większym znajdował się kłopocie, bo napotykał jużto czterdziestu męczenników, już to siedem boleści, to siedmiu braci śpiących, ale jednego porządnego imienia męskiego i jednego żeńskiego nie mógł napotkać. Stara Agata, która tymczasem czytywała „Kalendarz Stuletni“, zawierający niechybne przepowiednie deszczów i pogody na sto lat naprzód, znalazła tam Mięsopusta i Zapusta, i bardzo jej się te oba imiona spodobały; jednak imiona to były zgoła niestosowne w tym wypadku, przeto na wniosek pani doktorowej Kwintalskiej postanowiono nadać niemowlętom piękne imiona Abelarda i Heloizy. Zanim atoli rodzice chrzestni doszli z chrześniakami do ołtarza, przyszły Abelard z przyszłą Heloizą tak głośno rozkrzyczeli się w babieńcu, że aż ich oboje, w braku grzechotki, kłaputem, czyli kołatką wielkopiątkową uspakajać musiano. Z tego ambarasu wszyscy obecni potracili zupełnie głowy i nikt z obecnych, nawet właśni rodzice (doktorowa rzadko bywała w kościele) nie mogli sobie przypomnieć, jakie to imiona wymyślano dla dzieci.
Ksiądz, już przedtem zniecierpliwiony, teraz do reszty cierpliwość stracił, więc aby nie przeciągać obrzędu, dał chłopcu własne swoje imię — Edward — a dziewczynkę nazwał Zofją. Imiona te pozostały — nic już na to nie można było poradzić, skoro tak Kościół postanowił. Same dzieci nie sprzeciwiały się takiemu nazwaniu, ponieważ jeszcze nie umiały mówić.
Ale nie pozostało tak raz na zawsze. Za rok i Edzio i Zosia zaczęli już chodzić i mówić; za trzy lata mówiły dzieci nawet to, co nie potrzeba, a Edzio umiał już sam sobie rozpinać guziczki przy ubranku. Zosi pomagała w ubieraniu jeszcze mamusia, albowiem stara Agata, właśnie gdy pewnego razu odmawiała litanję za umarłych, sama nagle odeszła do tych, za których się modliła... i już nie wróciła... Smutno było bez niej, bo nie miał kto opowiadać bajek; mamusia ich nie umiała, a tatusia nie można było uprosić, chociaż, jak mówiono, umiał bajki układać, a nawet, jak sam mówił, znał się z wróżką.
Dziwny był czasem ten tatuś: jakby mu niedość było pisania w biurze, zasiadał nieraz do swego biurka w domu i coś tam pisał i pisał; często darł i rzucał do kosza to co napisał, a potem przechadzał się tam i z powrotem, jak to wahadło zegaru w sklepionym pokoju albo ten tekturowy chrząszcz, co chodził na szpuleczce z gumką. Miewał wtedy pan Andrzej bardzo chmurny i posępny wyraz twarzy, jakgdyby się na kogoś gniewał, lub był czemś bardzo zmartwiony. Edzio znał dobrze to zmarszczenie brwi i tę rysę na czole i wiedział, że ta chmura poprzedza często gromy za czyjeś niesforne sprawowanie. Tulił się więc wtedy z Zosią do kąta za szafę i cichutko bawili się w „państwo Gankowskich“. Edzio bywał wtedy panem Gankowskim, Zosia panią Gankowską i mieli dużo, dużo dzieci. Najstarsze z tych niby dzieci w ich zabawie nazywało się Tadzio. Jego wyobrażeniem była taczka do wożenia piasku — miał przeto ów syn pierworodny cienkie, jak bocian, i sztywne nogi, a zato do niemożliwości ruchliwą głowę, która sama na karku fikała koziołki; pomimo to nie był on najhałaśliwszym z rodzeństwa, gdyż przewyższyło go w tem ośmiu braci, którzy kolejno po starszeństwie nosili imiona: Lucio, Lancio, Bibuś, Boruś, Plamka, Kwiacio, Józio i Osiołek. Wszyscy oni mieli wygląd barchanowych królików, kotów i innych zwierzątek, wypchanych trocinami, a w żołądkach posiadali niegdyś skrzeczące mieszki, dziś już popsute; uszy ze szmatek często im przyszywała szwaczka Agnieszka a niektórzy z nich, którzy potracili pierwotne oczy szklane, mieli dorobione inne, z zatrzasek lub guzików. W każdym razie w zabawie uchodzili za ludzi, a w ich przydomkach należało rozpoznawać chrześciańskie imiona: Lucjan Bogumił, Bronisław, Placyd, Kwiryn, Józef i Oskar. Ten ostatni najwięcej broił, zwłaszcza w klasie, pomimo napomnień poważnego nauczyciela — niedźwiedzia. Miłe przeciwieństwo względem urwisowskich charakterów swych braci stanowiła jedyna siostrzyczka Talusia. Była ona prawdziwą wróżką opiekuńczą „chłopaków“ i choć najmłodsza, przewyższała innych grzecznością — odznaczała się bowiem wrodzoną delikatnością, jako że była zrobiona z morskiej pianki. Najhuczniejsze wybryki swego rodzeństwa umiała poskromić jednem tylko napomnieniem, że trzeba być cicho, bo „dziadzio jest poważny i nasrożony, więc zapewne teraz coś myśli“; natychmiast cichło i poważniało całe męskie grono (nie wyłączając Osiołka), jakby i ono miało zamiar... myśleć.
Niestety, ku ogólnemu zmartwieniu, pan Andrzej coraz częściej zaczynał myśleć. Często siadywał po nocach i coś tam pisał, a nazajutrz rano miewał od niewyspania oczy czerwone, jakie mają króliki i jakie miał Plamka, zanim nie zastąpiono mu ich dwoma guzikami: blaszanym i nicianym. Męczył się i trapił pan Andrzej; żona niepokoiła się o jego zdrowie i dzieci smuciły się, że się nie mogą bawić tak jak przedtem, a zapewne i młodzi „Gankowscy“ byliby współczuli, gdyby w swych zmiętoszonych i mocno pocerowanych piersiach mieli serca zamiast trocin. Pan Andrzej atoli dobrze wiedział, że najwięcej ze wszystkich współczuła z nim wróżka: głos jej teraz, zapewne od starości, był już chrapliwy i skrzypiący, jak zużyte pióro do pisania, a głosem tym często dawała swemu ulubieńcowi jakieś przestrogi, jak niegdyś Mademoiselle Patatrac przy dyktowaniu zdań francuskich. On jednak nie słuchał, tylko pisał i pisał, a co w mocy napisał, to rano darł w kawałki, głęboko wzdychając. Podobny był w tem do jakiejś księżniczki z bajki, co w dzień szyła suknię, a w nocy pruła, bo się bała wyjść za mąż.
Pewnego dnia zasiadł tak do stolika i długo się nad czemś namyślał, mając przed sobą otwarty gruby zeszyt, aż w ręce pióro, po kilkakroć już nadaremnie maczane w atramencie; atrament raz po raz obsychał na stalówce, a na otwartej stronie zeszytu nie przybyła jeszcze ani jedna kreska, prócz dużego kleksa, mającego postać żyrafy (w pomniejszeniu). Twarz piszącego była przytem smutna, że Zosience wydawało się, iż jej niedługo z żalu nad tatusiem łzy z oczu spadną, jak te kleksy atramentu na papier. Podeszła więc na paluszkach, przesunęła się ojcu pod ramię jak łasica, a znalazłszy się na jego kolanach, zarzuciła mu rączki na szyję, pytając:
— Tatulko, czemu jesteś taki smutny?
Nie odpowiedział nic na to p. Andrzej, tylko smutno się uśmiechnął i pocałował córeczkę w czoło. A ona szczebiotała dalej:
— Poco tatuś właściwie myśli? To wcale nie jest zdrowo; tylko łysinka stąd rośnie — sama mamusia mi to mówiła. A ja jeszcze tatusiowi powiem, że tatuś nie powinien nigdy pisać, bo tatuś jest wtedy smutny i zagniewany, a ja chce, by mnie tatuś zawsze kochał... i Edzio też chce, tylko boi się powiedzieć... Kiedy ja będę duża, to nie będę nic myślała i nie będę się uczyła pisać!... Pisanie to rzecz bardzo niedobra!
Jeszcze przez chwilę (naostatek) myślał p. Andrzej, aż nakoniec pacnął się dłonią w kolana i rzekł:
— Masz rację, Zośko! Ja nie powinienem pisać — i nigdy nie będę!
I porwawszy zeszyt, leżący na stole, rzucił go do palącego się pieca. Płomień w jednej chwili ogarnął stronice, tak iż za chwilę pozostała tylko szara warstwa, po której gdzieniegdzie błądziły popielate kreski — ślady liter...
Zosia odtąd pozostała wierna swej niechęci do pisania, co okazało się zwłaszcza wówczas, gdy zaczęła uczęszczać na pensję. Nie nauczyła się nigdy kaligrafji i bazgrała, jak kura pazurkiem, do nauki też się nie przykładała, zwłaszcza tam, gdzie trzeba było dużo myśleć. Nauczyła się za to grać na fortepianie i to nietylko: „Wlazł kotek...“ i t. p., ale nawet wielce smętną i rzewną pieśń: „Ach gdzieżeś ty, mój arlekinku mały?“ Wśród tej pieśni zawsze robiło jej się smutno, zwłaszcza gdy dochodziła do słów: „ja tęsknię do cię, królewiczu mój“... Wtedy i ona tęskniła do jakiegoś królewicza, którego wprawdzie nie widziała nigdy na oczy — boć nastają czasy republikańskie i coraz mniej na świecie królewiczów, jak i mniej wróżek — ale którego w myśli nazywała Arlekinem. Była pewna, że go kiedyś zobaczy i że już wtedy nie będzie za nim tęskniła, bo on będzie z nią nazawsze; równocześnie jednak nie wiedziała, czy będzie mogła rozstać się ze swoją tęsknotą, która była jej najmilszem i najwierniejszem uczuciem. Codziennie, gdy budziła się ze snu, nie chciało się jej wstać odrazu, ale zawsze czas pewien przytulała się do ciepłej poduszki i marzyła że znajduje się przy kimś oczekiwanym i ukochanym... Oczekiwała, pragnęła kogoś — niemal go kochała...
Przeszło lat parę i zjawił się wreszcie — wprawdzie nie królewicz, ale ktoś taki, kogo dawno oczekiwała i pragnęła. Nie nazywał się atoli Arlekin, ale Adam. Miał on głos miły i śpiewał ładnie; najchętniej zaś śpiewał przy akompanjamencie fortepianu ową piosenkę o arlekinie, tak bardzo ukochaną przez Zosię. Gdy ona, zasiadłszy przed klawiaturą i otwarłszy nuty, prosiła:
— Panie Adamie, niech pan dla mnie zaśpiewa! — wtedy on, szarmancko się kłaniając, odpowiedział:
— Dla pani — zaśpiewam!
I śpiewał, śpiewał, śpiewał, nie mając litości nad biednym Arlekinem, któremu wciąż kazał się smucić... Co gorsza, sam zaczynał być smutny i często twarz jego stawała się jeszcze ciemniejsza niż była sama przez się, więc też Zosia (która czuła zawsze sympatję dla ludzi smutnych) chcąc pocieszyć pana Adasia, powiedziała mu, że go kocha. On też jej się przyznał, że ją kocha, a potem oboje przyznali się rodzicom, którzy zgodzli się chętnie, by młodzi się pobrali. Ponieważ jednak pan Adam miał przed sobą jeszcze cztery lata studjów, przeto odbyły się tylko zaręczyny, a ślub miał się odbyć po ukończeniu uniwersytetu przez Adama. Oj, ta nieznośna i marudna nauka! Jakże na nią i teraz utyskiwała Zosieńka!
Atoli ledwo pan Adam skończył uniwersytet, powołano go do wojska, gdzie miał odbywać służbę jednoroczną. Bawić się w wojsko lubi każdy chłopak, bo to jest rzecz naprawdę bardzo przyjemna; ludzie starsi są jednak do tego stopnia nudni, że nie umieją i nie lubią się bawić, to też p. Adam nawet się nie ucieszył, że dostał ładne ubranie i prawdziwy karabin, tylko ustawicznie skarżył się w listach do Zosi, że mu w tem wojsku markotno. Ale nie dosyć na tem. Wybuchła prawdziwa wojna i jednoroczna służba pana Adama przeciągnęła się na lat kilka. Wyjechał wówczas gdzieś daleko i wojował z tymi Chińczykami, co to noszą warkocze, jak panny, i których cesarz chował słowika. Pisał o tem Adam do Zosi, a ona, choć pisania nie lubiła, jednak każdego listu wyczekiwała z utęsknieniem i codzień wybiegała przed dom, patrząc czy tam na drodze nie widać listonosza. I ona też pisała dużo o sobie, o tatusiu i mamusi i też miała nadzieję, że jakaś wróżka sprowadzi jej ukochanego — ale napróżno czekała... I pisała również, że w domu po raz pierwszy, odkąd ona pamiętała zakwitł prześliczny aloes, podarowany przed wieloma laty rodzicom przez dobrą wróżkę.
— Tatuś i mamusia — donosiła Zosia — uważają to za dobry znak, a mama płacze z radości, kiedy na kwiaty te patrzy... i codzień je liczy... bo mówi, że tyle będę miała... ale czego, to Ci nie napiszę, bo się jeszcze wstydzę, a powiem Ci dopiero, jak będziesz moim mężem... A są te kwiaty białe i różowe; jeden z nich posyłam Ci na pamiątkę...
Nie odpisał Adaś, czy kwiatek otrzymał — niegrzeczny, nawet nie podziękował. Zosia była zrazu smutna i zdziwiona, później zaczynała się niepokoić i trwożyć. Chciała pojechać tam do kraju Chińczyków i okazać się grzeczniejszą od Adasia, a zarazem sprawić mu niespodziankę swem przybyciem.
Została więc pielęgniarką: pielęgnowała chorych i uczyła się sztuki lekarskiej, bo miała zamiar pojechać na tę wojnę, do niego, do niego! I ta Zosia, która dawniej nie chciała myśleć o niczem, teraz często stawała się zamyślona — myślała i myślała, choć nic nie mogła. Ojciec chrzestny, doktór, zaczął mówić, że jej zdrowie się psuje, że nie powinna się zamęczać pracą i smutnemi myślami, że jej potrzeba zmiany powietrza i że powinna natychmiast jechać do Zakopanego, bo ma początki suchot...
Załamała ręce pani Aniela, gdy to posłyszała; czemprędzej przeto wysłała Zosię w góry. Umieszczono chorą w wielkim i wygodnym domu leczniczym; był tam rozległy i przepiękny widok na góry, były wszelkie wygody i przyjemności; jej wciąż jednak brakowało Adasia i — zdrowia, które stawało się coraz gorsze. Płakała sama po nocach i wszyscy nad nią płakali, bo wszyscy kochali dobrą Zosię... Ale nie było przy niej tego, kto najwięcej ją kochał...
Późną jesienią odwieziono nieprzytomną i gorączkującą Zosię do rodzinnego miasta, bo doktór napisał, że już niema ratunku. Nad jej łóżeczkiem czuwał pan Andrzej z żoną — Edzia nie było, bo też go wzięto do wojska. Pan Andrzej szeptem wciąż rozmawiał z lekarzem, pani Aniela modliła się we łzach dniem i nocą... Zosia nie słyszała tego wszystkiego, tylko nieustannie uśmiechała się i z kimś rozmawiała w gorączce... twarzyczkę miała tak białą, jak te kwiaty aloesu, co stały u jej wezgłowia. Potem i mówić już nie mogła; ostatnie jej westchnienie było ciche, jak szelest opadających płatków kwietnych... i duch jej odpłynął błogo ku niebu, jak ta woń z nad kwiatów...
Pani Aniela, szlochając, ubrała córkę w tę białą sukienkę z welonem, co wisiała w szafie wiśniowej na prawo... a potem złożyła biedne, zimne ciało w drewnianej, skromnej trumience... Pan Andrzej schylił nisko, bardzo nisko swą nadsiwiałą, łysawą głowę i w milczeniu oparł czoło o nóżki Zosieńki... Cicho, bardzo cicho było w Zosinym pokoju... za oknem jęczał wiatr, a szyby całe były spłakane od deszczu. Koło trumienki skwierczała cicho i syczała świeca woskowa — pamiątka niegdyś pierwszej Komunji — i chwiała na wszystkie strony swą głowę z płomienia... Aloes tylko, rozkwitnięty i świeży jeszcze, dziwił się, skąd tyle łez i smutku w małem mieszkanku państwa Andrzejów.
Jeszcze dawniej, na parę miesięcy przedtem, gdy w odległej Mandżurji piaski dopiero się zaczęły okrywać skąpą, choć wiosenną zielenią, w jednym z bataljonów na froncie czytał dowódca żołnierzom rozkaz dzienny w jakimś obcym języku. Była tam wzmianka, że dnia... marca ... roku padł w bitwie podporucznik Adam N. Ale tego rozkazu dziennego nikt Zosieńce nie odczytał... Nie doszedł...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.