Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXX.
DESZCZ.

W tym samym czasie i w tym samym kierunku, w jakim się udał król z panną de La Valliere, lecz idąc środkiem lasu, zamiast drogą, postępowało dwóch mężczyzn, zaniepokojonych stanem pogody. Mieli głowy pochylone, jak ludzie myślący o ważnych sprawach. Nagle mignęło w powietrzu coś nakształt płomienia, a później rozległ się huk przeciągły.
— O!.. — rzekł z nich jeden, wznosząc głowę — burza!... powracajmy do naszych karet, panie d‘Herblay.
Aramis wzniósł oczy w górę i badał powietrze.
— O!... — odpowiedział — nic pilnego.
Następnie, rozpoczynając rozmowę, którą widać grzmot przerwał, rzekł:
— Czyś widział króla przed odjazdem?...
— Widziałem.
— Jak go znalazłeś?...
— Najlepszym, albo najgorszym, stosownie do tego, czy był szczery, czy obłudny.
— A uroczystość?...
— Odbędzie się za miesiąc.
— Czy się na nią zaprosił?...
— Nawet natrętnie, w czem poznałem rękę Colberta.
— To dobrze.
— Czy noc nie wyleczyła cię ze złudzeń?...
— Względem czego?...
— Względem pomocy, którąś mi przyrzekł w tej okoliczności.
— Bynajmniej, spędziłem noc na pisaniu listów i wydałem stosowne rozkazy.
— Uroczystość będzie kosztowała kilka miljonów, z tem się nie taję.
— Ja poniosę sześć. Ty ze swojej strony postaraj się o dwa, albo trzy na wszelki wypadek.
— Cudownym jesteś człowiekiem, panie d‘Herblay.
Aramis uśmiechnął się.
— Ale — zapytał Fouquet, zachowując jeszcze resztę niepokoju — ponieważ rozporządzasz miljonami, dlaczego przed kilkoma dniami nie mogłeś zapłacić panu de Baisemeaux pięćdziesięciu tysięcy liwrów?...
— Bo przed kilku dniami byłem ubogi, jak Hiob.
— A dzisiaj?...
— Dzisiaj jestem bogatszy od króla.
W tej chwili stłumiony huk dał się słyszeć, a następnie uderzenie piorunu.
— Aha!.. rzekł Fouquet — czy nie mówiłem!..
— Kiedy tak, — odpowiedział Aramis — wracajmy do karet.
— Zapewne nie zdążymy, bo oto i deszcz.
W rzeczy samej, jakby się niebo otwarło; ulewny deszcz kroplisty zaszumiał po lesie.
— Będziemy mieli dosyć czasu, aby dostać się do powozów, zanim deszcz przemoczy liście drzew.
— A ja ci mówię — odrzekł Fouquet — że lepiej schronić się do jakiej pieczary.
— Tak, dobrze; ale gdzie tu pieczara?... — zapytał Aramis.
— Ja — odparł Fouquet z uśmiechem — znam grotę o dziesięć kroków stąd.
Następnie, patrząc wkoło siebie, zawołał:
— Tak, to tutaj.
— Jakiś ty szczęśliwy, że masz tak dobrą pamięć — mówił Aramis, uśmiechając się zkolei; — ale czy się nie lękasz, żeby twój woźnica, nie widząc nas powracających, nie pojechał za innemi powozami dworskiemi?
— O!... — odrzekł Fouquet — niema niebezpieczeństwa; kiedy zostawiam mój powóz i woźnice w jakiemkolwiek miejscu, chyba wyraźny rozkaz króla może go poruszyć z miejsca: zresztą, zdaje mi się, że nie my sami zapędziliśmy się tak daleko. Słyszę stąpanie i głosy.
Wymawiając te słowa, Fouquet odwrócił się i odgarnął laską gałęzie, tamując mu drogę.
Spojrzenie Aramisa również jak jego pobiegło przez otwór.
— Kobieta!... — rzekł Aramis.
— Mężczyzna!... — dodał Fouquet.
— La Valliere!...
— Król!
— Czy i król zna twoją jaskinię?... — zapytał Aramis — to mnie zresztą nie dziwi i jest dowodem dokładnej znajomości z nimfami Fontainebleau.
— Mniejsza o to — odpowiedział Fouquet — jeżeli król nie zna pieczary, zobaczymy, co się dalej z nim stanie; jeżeli zaś zna ją, niezawodnie się do niej schroni, lecz i my unikniemy deszczu, ponieważ grota ma dwa otwory.
— Czy daleko stąd do niej? — zapytał Aramis — bo deszcz dokucza.
— Już przy niej jesteśmy.
Fouquet odchylił kilka gałęzi i odsłonił wydrążenie w skale, które powój i tarnie zupełnie zakrywały. W chwili wejścia do groty, Aramis odwrócił się.
— Ho!... ho!... — rzekł — wchodzą w gęstwinę i dążą tutaj.
— Zatem ustąpmy im miejsca, — rzekł Fouquet, uśmiechając się i pociągając Aramisa za płaszcz — nie sądzę jednak, aby król znał moją grotę.
— O, nie — rzekł Aramis — szukają schronienia pod drzewem.
Aramis nie mylił się; król patrzył w górę a nie wkoło siebie. Trzymał rękę panny de La Valliere i prowadził ją za sobą. Biedna dziewczyna była wyraźnie przerażona i zaniepokojona.
Król kazał jej zbliżyć się do pnia dębu, którego szeroki obwód, osłonięty gęstemi liśćmi, był tak suchy, jakby w tej chwili nie było deszczu. Sam stanął przy niej z odkrytą głową. Po niejakiej chwili kilka kropel, przeciskając się przez liście, padło na czoło króla, który nie zwrócił na to uwagi.
— A!... Najjaśniejszy Panie, — zawołała wtedy La Valliere, chcąc skłonić króla do włożenia kapelusza. Król ukłonił się i nie chciał nakryć głowy.
— Teraz, albo nigdy ofiarować im trzeba to miejsce — rzekł Fouquet do ucha Aramisowi.
— Teraz, albo nigdy słuchać i nie stracić jednego wyrazu z tego, co mówią — odpowiedział Aramis do ucha Fouquetowi.
Obaj umilkli, a głos króla dokładnie ich dochodził.
— A!... mój Boże!... — mówił król — widzę, albo raczej odgaduje niepokój pani, wierzaj mi mocno, iż szczerze żałuję, żem cię odłączył od reszty towarzystwa i zaprowadził w miejsce, gdzie cierpisz od deszczu... Jużeś pani zmokła!... a może ci zimno?
— Nie, Najjaśniejszy Panie.
— Jednakże drżysz?
— Najjaśniejszy Panie, to z obawy, aby nie tłumaczono źle mojego oddalenia się w czasie, kiedy zapewne wszyscy są zebrani razem.
— Chętnie zgodziłbym się na to, aby wracać do powozów, ale sama patrz, słuchaj i powiedz, czy podobna iść teraz?
W rzeczy samej grzmot huczał i deszcz lał potokiem.
— Zresztą — mówił król dalej — niema złego tłumaczenia na twoją, pani, niekorzyść. Alboż nie jesteś z królem francuskim, to jest z pierwszym szlachcicem państwa?
— Zapewne, Najjaśniejszy Panie — odpowiedziała La Valliere — jest to wielkie szczęście dla mnie; ale ja nie o siebie lękam się, tylko...
— O kogóż zatem?
— O ciebie, Najjaśniejszy Panie.
— O mnie, pani?... — odpowiedział król z uśmiechem — nie rozumiem cię.
— Czy Wasza Królewska Mość zapomniałeś, co się działo wczoraj wieczór u Jej wysokości księżny.
— Zapomnijmy o tem, proszę cię, albo raczej pozwól mi pamiętać, abym ci dziękował za twój list...
— Najjaśniejszy Panie — rzekła La Valliere — deszcz pada, a Wasza Królewska Mość stoisz z odkryta głowa.
— Proszę cię, myśl tylko o sobie.
— O mnie!... — rzekła La Valliere, uśmiechając się — ja jestem wieśniaczką, przywykłą do biegania nad Loarą i po ogrodach Blois, bez względu na pogodę. Co do mojej odzieży zaś — dodała, patrząc na skromną muślinową suknię — Wasza Królewska Mość widzi, że niema czego żałować.
— W rzeczy samej — odpowiedział król — zauważyłem już nieraz, że wszystko winnaś sobie, a nie strojom, nie jesteś zalotna, a to dla mnie wielki przymiot.
— Najjaśniejszy Panie, nie uważaj mnie za lepszą niż jestem, i powiedz raczej, że nie mogę być zalotną.
— A to dlaczego?
— Bo — odpowiedziała La Valliere — nie jestem bogata.
— Zatem przyznajesz, że lubisz piękne rzeczy?... — zapytał król z żywością.
— Najjaśniejszy Panie, tylko dostępne dla mnie rzeczy, nazywam pięknemi. Wszystko, co dla mnie jest za wysoko...
— Jest ci obojętnem?
— Nie obojętnem, ale obcem, jako zakazane.
— A ja pani — rzekł król — widzę, że na moim dworze nie zajmujesz miejsca, jakie ci się należy. Zapewne niedostatecznie przedstawiono mi zasługi twojej rodziny. Los twojego domu, jak widzę, okropnie zaniedbany był przez mojego stryja.
— Bynajmniej, Najjaśniejszy Panie. Jego książęca wysokość, książę Orleański, zawsze był najlepszym dla pana St. Remy, mojego ojczyma, ale małe były jego zasługi i stosownie do nich był wynagrodzony; nie każdy może znaleźć sposobność świetnego służenia swojemu monarsze; nie wątpię, że gdyby okoliczności były po temu, moja rodzina znalazłaby tak wielkie serce, jak chęci; ale nie mieliśmy tego szczęścia.
— A więc monarchowie takie trafy powinni nagradzać, i ja z przyjemnością biorę na siebie poprawić niełaskę fortuny.
— Nie, Najjaśniejszy Panie — z żywością zawołała La Valliere — niech rzeczy zostaną w takim stanie, jak są.
— Jakto?... pani odrzucasz to, co powinienem i chcę uczynić dla ciebie?...
— Już uczyniono dla mnie wszystko, Najjaśniejszy Panie, skoro mam szczęście należeć do dworu księżny.
— Kiedy pani odmawiasz za siebie, nie odmawiaj jeszcze za swoich.
— Najjaśniejszy Panie, twoje szlachetne zamiary olśniewają mnie i zatrważają zarazem, albowiem, czyniąc dla mej rodziny to, do czego twoja dobroć cię skłania, narobisz nam zawistnych i nieprzyjaciół; pozwól mi, Najjaśniejszy Panie, zostać w mierności, zostaw moim uczuciom ich bezinteresowność.
Król zbliżył się do panny de La Valliere, a że woda coraz mocniej przeciekała przez liście dębu, kapelusz trzymał nad jej głową. Dziewica wzniosła piękne, błękitne oczy ku temu kapeluszowi, który ją osłaniał, skinęła głową i westchnęła.
— A!... mój Boże — rzekł król — jaka smutna myśl mogła dojść do serca pani, kiedy go mojem osłaniam?...
— Najjaśniejszy Panie, wszystko ci powiem. Jużem dotknęła tej kwestji, drażliwej dla młodej panienki, lecz Wasza Królewska Mość nakazałeś mi milczenie. Najjaśniejszy Panie, ty nie należysz do siebie, Wasza Królewska Mość jesteś żonaty. Każde uczucie, które oddala Waszą Królewską Mość od królowej, będzie dla niej powodem okropnego cierpienia.
Król chciał przerwać dziewicy, ale mówiła ona dalej z błagającym wyrazem:
— Królowa czule kocha Waszą Królewską Mość, królowa z oczu Waszej Królewskiej Mości poznaje, ilekroć się od niej oddalasz. Będąc szczęśliwą, ze znalezienia takiego małżonka, błaga nieba, aby zapewniły jej posiadanie go i zazdrości najmniejszemu wzruszeniu twojego serca.
Król chciał przemówić, ale La Valliere zdołała mówić dalej:
— Czyżby to nie było występnem, aby, widząc tyle czułości szlachetnej i żywej, Wasza Królewska Mość miał dać powód do zazdrości?... O!... przebacz mi, Najjaśniejszy Panie. O!... mój Boże, wiem o tem dobrze, że niepodobna, aby wielka monarchini zazdrościła biednej, jak ja dziewczynie. Ale królowa jest także kobietą i jej serce, równie jak każdej innej, złośliwi mogą zatruć. W imię nieba, Najjaśniejszy Panie, nie zajmuj się mną, jam tego niegodna.
— O!... pani!... — zawołał król — nie wiesz o tem, że, mówiąc, jak się teraz odzywasz, zmieniasz mój szacunek w uwielbienie.
— Najjaśniejszy Panie, bierzesz moje wyrazy za to, czem nie są; uważasz mnie za lepszą, niż jestem, i czynisz wyższą, niż mnie Bóg stworzył. Dzięki ci, Najjaśniejszy Panie, bo, gdybym nie znała cię jako najszlachetniejszego mężczyzny w państwie, sądziłabym, że ze mnie żartujesz.
— O!... nie lękaj się niczego podobnego!...
— Najjaśniejszy Panie, zmuszona będę tak sądzić, jeżeli dalej będziesz do mnie przemawiał tym językiem.
— Jestem nieszczęśliwym monarchą — rzekł król ze smutkiem, który nie miał w sobie nic udanego — jestem najnieszczęśliwszym monarchą z całego chrześcijaństwa, ponieważ nie mogę czynem stwierdzić moich wyrazów względem osoby, którą najbardziej kocham na świecie i która rozdziera mi serce, nie wierząc mojej miłości.
— Najjaśniejszy Panie — odrzekła La Valliere, zlekka oddalając króla, który się coraz bardziej do niej zbliżał — sądzę, że burza uspakaja się i deszcz ustaje.
Ale w tej samej chwili, kiedy biedne dziecię, zadając przymus swojemu sercu, zgodnemu zapewne z królewskim, wymawiało te wyrazy, burza kłam im zadała; błyskawica oświeciła las fantastycznem odbiciem i grzmot, podobny do huku dział, zagrzmiał nad głowami kochanków, jakby go wywołał dąb, pod którym stali. Dziewica nie mogła się wstrzymać od krzyknięcia z przestrachu. Król jedną ręką zbliżył ją do swojego serca, drugą zaś wyciągnął nad jej głową, jakby ją chciał osłonić od piorunu. Nastąpiła chwila milczenia, w której ta śliczna grupa, jak wszystko, co młode, pozostała nieruchomą, tymczasem Fouquet i Aramis przypatrywali się jej równie nieporuszeni.
— Najjaśniejszy Panie, czy, słyszysz?... — rzekła La Valliere.
I zwiesiła głowę na jego ramie.
— Tak — odrzekł król — widzisz, że burza nie przemija.
— Najjaśniejszy Panie, to jest przestrogą.
Król uśmiechnął się.
— Najjaśniejszy Panie, to głos Boga grozi.
— Dobrze, — rzekł król — przyjmuje ten huk za ostrzeżenie, a nawet za groźbę, jeżeli jednak za pięć minut ponowi się z równą siłą i gwałtownością; ale jeżeli nie, przebacz, będę uważał burzę tylko za burzę.
Jednocześnie król wzniósł głowę, jakby badał niebo.
I niebo jakby było w zmowie z Ludwikiem, bo przez pięć minut milczenia, które nastąpiło po huku, jaki przeraził dwoje kochanków, w najzupełniejszej pozostawało ciszy i żaden grzmot słyszeć się nie dał; kiedy zaś znowu się odezwał, odległy był i stłumiony, jakby w ciągu pięciu minut burza, pędzona wiatrem, o kilka mil uciekła.
— A co, Ludwiko — odrzekł król cicho — czy jeszcze będziesz mi groziła gniewem bożym? a skoro chcesz z piorunem czynić przepowiednie, czy nie przyznasz, że nie wróży mi on nieszczęścia?...
Dziewica wzniosła głowę; tymczasem deszcz przeciekał przez liście dębu i oblewał potokiem twarz króla.
— A!... Najjaśniejszy Panie — rzekła z wyrazem obawy, który do najwyższego stopnia wzruszył króla.
— Czy to dla mnie — mówiła dalej — król stoi z odkryta głową i naraża się na deszcz?... Kimże ja jestem?...
— Ty jesteś, jak widzisz — odpowiedział król — bóstwem, przed którem burza cichnie i które sprowadza pogodę.
W rzeczy samej promień słoneczny, przebijając gęstwinę drzew w miljonowych odbiciach, oświetlił jasne krople deszczowe na liściach wiszące.
— Najjaśniejszy panie — zawołała dziewica — już deszcz nie pada; zdaje mi się, że ktoś nadchodzi.
I, zapominając o etykiecie, pochwyciła rękę królewską.
— Dobrze, niech przychodzą — odrzekł król — któż może poczytać mi za złe, że towarzyszyłem pannie de La Valliere?...
— Przez litość, Najjaśniejszy Panie; o!... dziwnem się to im wyda, że zastaną przemokłym Waszą Królewską Mość, a przemokłym dla mnie.
— Spełniłem powinność szlachcica — odpowiedział Ludwik — biada temu, kto zapomni o swojej, obmawiając postępowanie króla.
W tej chwili ukazało się na drodze kilka głów ciekawych, które zdawały się czuwać i śledzić, a które, spostrzegłszy króla i pannę de La Valliere zdawały się znaleźć to, czego szukały. Byli to posłańcy królowej i księżny, którzy zdjęli z głów kapelusze na znak, że ujrzeli Jego Królewską Mość. Lecz pomimo pomieszania panny de La Valliere, Ludwik nie zmienił swojej postawy, pełnej uszanowania i godności. Następnie, kiedy wszyscy dworzanie zebrali się na drodze, kiedy wszyscy mogli widzieć względy, jakie, stojąc z odkrytą głową podczas burzy, okazywał młodej dziewicy, podał jej rękę i poprowadził ku gromadce, która go oczekiwała, a odpowiadając skinieniem głowy, na wszystkie pojedyńcze ukłony i, trzymając kapelusz w ręce, pomógł pannie de La Valliere wsiąść do karety. Królowa i księżna musiały, jak inne, patrzeć na zbytnią grzeczność króla; księżna nie mogła nawet wytrzymać, aby nie trącić ręką królowej, mówiąc:
— Patrz, patrz, Najjaśniejsza Pani!...
Królowa zmrużyła oczy, jakby doznała zawrotu głowy; ręką zasłoniła twarz i wsiadła do karety.
Król wskoczył na konia i, żadnemu nie towarzysząc powozowi, puścił rumakowi cugle, i zamyślony i zatopiony sam w sobie, powrócił do Fontainebleau.
Kiedy tłum się oddalił, kiedy turkot powozów i tętent koni ucichł, kiedy nakoniec byli pewni, że nikt ich nie widzi, Aramis i Fouquet wyszli z groty.
Następnie w milczeniu obaj podążyli ścieżką. Aramis zanurzył wzrok nietylko w całą przestrzeń, jaka się przed nim i za nim rozwijała, ale w cały gąszcz lasu.
— Panie Fouquet — rzekł — kiedy był pewny, że wszędzie jest pusto — cokolwiek ma to kosztować, trzeba twój list, adresowany do La Valliere, odebrać.
— To rzecz najłatwiejsza, jeżeli go posłaniec nie oddał.
— Trzeba koniecznie, rozumiesz?...
— Wszak król ją kocha?...
— Bardzo, a to jeszcze gorsze, że ona namiętnie kocha króla.
— Więc zmieniamy taktykę, nieprawdaż?...
— Tak jest; niema co tracić czasu, trzeba jak najprędzej widzieć się z La Valliere i nie myśląc o tem, aby zostać jej kochankiem, co jest niepodobieństwem, trzeba oświadczyć się z przyjaźnią i najpokorniejszemi usługami.
— Uczynię to, a nawet chętnie — odparł Fouquet — ta dziewczyna wydaje mi się pełną serca.
— Albo zręczności — dodał Aramis — a w takim razie trzeba tem śpieszniej i tem zręczniej postępować.
I dodał po chwili milczenia:
— Albo się mylę, albo ta dziewczyna obudzi w królu wielką namiętność.
— Wsiadajmy do powozu i co konie wyskoczą do zamku.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.