Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/211

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   211   —

    Królowa zmrużyła oczy, jakby doznała zawrotu głowy; ręką zasłoniła twarz i wsiadła do karety.
    Król wskoczył na konia i, żadnemu nie towarzysząc powozowi, puścił rumakowi cugle, i zamyślony i zatopiony sam w sobie, powrócił do Fontainebleau.
    Kiedy tłum się oddalił, kiedy turkot powozów i tętent koni ucichł, kiedy nakoniec byli pewni, że nikt ich nie widzi, Aramis i Fouquet wyszli z groty.
    Następnie w milczeniu obaj podążyli ścieżką. Aramis zanurzył wzrok nietylko w całą przestrzeń, jaka się przed nim i za nim rozwijała, ale w cały gąszcz lasu.
    — Panie Fouquet — rzekł — kiedy był pewny, że wszędzie jest pusto — cokolwiek ma to kosztować, trzeba twój list, adresowany do La Valliere, odebrać.
    — To rzecz najłatwiejsza, jeżeli go posłaniec nie oddał.
    — Trzeba koniecznie, rozumiesz?...
    — Wszak król ją kocha?...
    — Bardzo, a to jeszcze gorsze, że ona namiętnie kocha króla.
    — Więc zmieniamy taktykę, nieprawdaż?...
    — Tak jest; niema co tracić czasu, trzeba jak najprędzej widzieć się z La Valliere i nie myśląc o tem, aby zostać jej kochankiem, co jest niepodobieństwem, trzeba oświadczyć się z przyjaźnią i najpokorniejszemi usługami.
    — Uczynię to, a nawet chętnie — odparł Fouquet — ta dziewczyna wydaje mi się pełną serca.
    — Albo zręczności — dodał Aramis — a w takim razie trzeba tem śpieszniej i tem zręczniej postępować.
    I dodał po chwili milczenia:
    — Albo się mylę, albo ta dziewczyna obudzi w królu wielką namiętność.
    — Wsiadajmy do powozu i co konie wyskoczą do zamku.