Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXII.
SZCZĘŚLIWY.

W chwili, kiedy Bragelonne wchodził do zamku, spotkał hrabiego de Guiche; Guiche zaś widział się poprzednio z Manicampem, a ten z Malicornem. Malicorne spotkał Manicampa po wyjściu ze mszy, na której Manicamp był z panem de Saint-Agnan. Kiedy się zeszli, winszowali sobie wybrnięcia z kłopotu, a Manicamp, korzystając z okoliczności, zapytał przyjaciela, czy nie ma kilku talarów w kieszeni.
— Daj mi urząd u księcia, a kieszeń będzie pełna — odpowiedział spokojnie Malicorne.
— Masz już tytuł.
— Ale tytuł bez urzędu jest jak sakiewka bez pieniędzy.
— Mój kochany, w naszem dzisiejszem położeniu, pozyskanie u księcia urzędu jest trudną rzeczą.
— A to dlaczego?
— Ponieważ jesteśmy z nim na zimno.
— To niedorzeczność — odpowiedział bez ogródki Malicorne.
— Ba!.. jeżeli umizgamy się do księżnej — odrzekł Manicamp — czyż możemy być miłymi księciu?...
— Zapewne, ale jeżeli umizgamy się do księżnej i jesteśmy zręcznymi, książę powinien nas lubić.
— Hm!...
— A jeśli tego nie umiemy, jesteśmy głupcami; śpiesz się więc, panie de Manicamp, ty, który jesteś wielkim politykiem, i pogódź hrabiego z Jego Królewską Wysokością.
— A! co ci opowiadał pan de Saint-Agnan?...
— Nic; przeciwnie, ciągle mnie pytał.
— Ze mną był mniej ostrożny.
— I czego się pan dowiedziałeś?...
— Że król jest szalenie zakochany w pannie de La Valliere.
— Wiedzieliśmy już o tem — ironicznie odpowiedział Malicorne — przecie ustawicznie o tem trąbią, aby wszyscy wiedzieli. Ale tymczasem proszę pana i radzę, pomów z hrabią de Guiche i staraj się, aby uczynił pierwszy krok pojednawczy względem księcia. Cóż, u djabła, przecież winien Jego Królewskiej Wysokości.
Guiche zbliżał się właśnie; Malicorne usunął się na bok, a Manicamp podskoczył do hrabiego. Hrabia był ponury i zamyślony.
— Powiedz mi jakiego szukasz rymu, mój hrabio — rzekł Manicamp — mam doskonały, jeżeli twój ma końcówkę na.
Guiche kiwnął głową i, poznając przyjaciela, podał mu rękę.
— Mój kochany, czegoś ważniejszego szukam, niż rymu.
— Czegóż zatem szukasz?...
— A czy przyjdziesz mi z pomocą, ty leniwcze, a raczej ty, co jesteś obdarzony tak dowcipnym umysłem?
— Wysilę mój dowcip, kochany hrabio.
— Dobrze, słuchaj więc: chcę zbliżyć się do domu, w którym mam interes.
— Trzeba więc chodzić około tego domu.
— Ale w tym domu mieszka zazdrosny mąż.
— Czy zazdrośniejszy od psa Cerbera?...
— Może nie więcej, ale przynajmniej równie, jak Cerber Jest srogi.
— Czy ma trzy paszcze, jak ten złośliwy stróż piekieł?... — O!... nie wzruszaj tak ramionami, panie hrabio; czynię to pytanie nie bez powodu. Wszakże poeci utrzymują, że dla ujęcia Cerbera, potrzeba przynieść mu placek; więc ja, który prozaicznie patrzę na rzeczy, tak myślę: jeden placek na trzy paszcze, za mało. Jeżeli, hrabio, twój zazdrośnik ma trzy paszcze, miej dla niego trzy placki.
— Manicamp, podobnej rady i Beautru mi udzieli.
— Aby usłyszeć wyraźniejsza radę, panie hrabio, trzeba jaśniej wszystko powiedzieć.
— A! gdyby tu był Raul — rzekł Guiche — onby mnie zrozumiał i pojął.
— Wierzę, osobliwie gdybyś mu powiedział: pragnąłbym widzieć zbliska księżnę, ale lękam się księcia, który jest zazdrosny.
— Trzeba wejść do domu pod jakimkolwiek pretekstem.
— A! Manicamp, wynajdź mi jaki pretekst, byle tylko dobry.
— Nie jeden, ale sto, a nawet tysiąc!... Gdyby tu był Malicorne, gotówby ci wynaleźć pięćdziesiąt tysięcy pretekstów.
— Cóż to za Malicorne?... — zapytał de Guiche, mrużąc oczy, jak człowiek, szuka w pamięci — zdaje mi się, że znam to nazwisko.
— Znasz!... bardzo wierzę temu, wszak winieneś jego ojcu trzydzieści tysięcy talarów.
— A tak, tak, poczciwy chłopiec z Orleanu.
— Któremu miejsce przyrzekłeś u księcia.
— Dobrze, ponieważ więc twój przyjaciel Malicorne jest tak dowcipny, niech mi znajdzie środek, ażeby mnie książę polubił i żebym się mógł z nim pogodzić.
— Dobrze, pomówię z nim.
— Ale któż to nadchodzi?
— Wicehrabia de Bragelonne.
— Raul?.. tak, to on!
I śpiesznie pobiegł naprzeciw zbliżającemu się.
— A! mój drogi przyjacielu — rzekł de Guiche.
— Szukam cię, aby pożegnać się z tobą, mój hrabio — odrzekł Raul, ściskając rękę hrabiego — witam, panie Manicamp.
— Jakto? wyjeżdżasz, wicehrabio?
— Tak, wyjeżdżam... z poselstwem królewskiem.
— Dokąd?
— Do Londynu. Właśnie idę do księżny, która ma powierzyć mi listy do Jego Królewskiej Mości Karola II-go.
— Znajdziesz ją samą, bo książę wyszedł.
— Dokąd?
— Do kąpieli.
— Zatem mój przyjacielu, ty, który jesteś dworzaninem księcia, bądź łaskaw przeprosić go i usprawiedliwić mnie. Byłbym poczekał na jego rozkazy, gdyby pan Fouquet i Jego Królewska Mość nie byli oświadczyli, że poselstwo jest nader ważne i nie cierpi zwłoki.
Manicamp trącił łokciem hrabiego de Guiche.
— Otóż jest pretekst — rzekł.
— Jaki?
— Usprawiedliwienie pana de Bragelonne.
— E! to słaby — odpowiedział de Guiche.
— E! nie, wyborny, jeżeli książę nie jest przeciw nam zagniewany a niestosowny, jak każdy inny, jeżeli książę się złości.
— Masz słuszność, panie Manicamp; niech będzie jakikolwiek pretekst. Życzę ci zatem szczęśliwej podróży, Raulu.
I dwaj przyjaciele uścisnęli się.
W pięć minut potem Raul wszedł do księżny. Księżna siedziała jeszcze przy stole, na którym list pisała. Przed nią paliła się świeca woskowa różana, przy której pieczętowała pismo. W roztargnieniu zapomniała ją zgasić.
Ponieważ spodziewano się Bragelonna, doniesiono natychmiast księżnie o jego przybyciu.
Księżna powitała Raula pytaniem.
— Czy znasz mojego brata, panie wicehrabio?
— Nie, Wasza książęca mość. Pierwszy raz będę miał szczęście widzieć Jego Królewska Mość.
— O! nie potrzebujesz pan być polecany mojemu bratu. Osobiste zalety i fakt, że jesteś synem hrabiego de La Fere wystarcza. Prócz tego — powołaj się pan na mnie.
— Jak Wasza wysokość jesteś łaskawą!
— Nie, panie de Bragelonne, przypominam sobie, żeśmy razem odbywali drogę i zauważyłam wielka twoją roztropność, i dzielność. Dlatego też interesuje się panem. Czy pan jedziesz do Anglji, aby się w niej osiąść? przebacz mojemu pytaniu, które dyktuje nie ciekawość, ale chęć przyjścia ci z pomocą.
— Nie, Wasza książęca mość. Do Anglji udaję się z poselstwem króla, który raczył zaufać mi.
— I spodziewasz się pan powrócić do Francji?
— Zaraz po dopełnieniu poselstwa, jeżeli Jego Królewskiej Mości Karolowi II-mu nie będzie się podobało innych wydać rozkazów.
— O, panie wicehrabio, widzę, że radbyś wrócić do nas! Czyżbyś zostawiał serce po tej stronie cieśniny?
— Wasza książęca mość ma dar czytania w głębi serca.
— No, nie mam potrzeby pytać, czy tak waleczny rycerz doznaje wzajemności?
— Wasza książęca mość, byłem wychowany z tą, którą kocham, i sądzę, że podziela ona moje uczucia.
— To jedź prędko, panie de Bragelonne, i powracaj jeszcze prędzej, a za powrotem powitamy szczęśliwych, bo zapewne żadnej niema przeszkody.
— Jest, a nawet i wielka.
— A to jaka?
— Wola królewska.
— Wola królewska... Król sprzeciwia się temu małżeństwu?
— Przynajmniej odkłada je na później; prosiłem króla o zezwolenie, za pośrednictwem hrabiego de La Fere, a chociaż nie odmówił zupełnie, kazał jeszcze czekać.
— Czy osoba, którą pan kochasz, nie jest godną ciebie?
— Godną jest nawet Królewskiej Mości.
— Chciałam powiedzieć.... Może jej ród jest niższym od twojego?
— Pochodzi z dobrej rodziny.
— Młoda i piękna?
— Siedemnaście lat, a dla mnie czarująca.
— Na prowincji jest czy w Paryżu?
— Nawet w Fontainebleau.
— Przy dworze?
— Tak, Wasza wysokość.
— A czy ją znam?
— Ma szczęście należeć do dworu Waszej książęcej mości.
— Jej nazwisko?... — zapytała księżna z przymusem — jeżeli — dodała, śpiesznie się miarkując — nazwisko nie jest tajemnicą.
— Nie, Waszą książęca mość, miłość moja jest tak czystą, że z niej przed nikim nie robię tajemnicy, a cóż dopiero przed Waszą książęcą mością, która dla mnie jesteś tak łaskawą!... Jest to panna Ludwika de La Valliere.
Księżna nie mogła się wstrzymać od wykrzyku, w którym było coś więcej, niż zdziwienie.
— A!... — rzekła — La Valliere... to ona wczoraj... i ucięła — to ona była cierpiącą, jak sądzę — dodała po chwili.
— Tak, Wasza książęca mość; dziś dopiero dowiedziałem się o tym wypadku.
— Czyś ją pan widział przed przyjściem do mnie?
— Pożegnałem ją.
— I mówisz pan, że król odroczył małżeństwo pańskie?
— Tak, pani, na później.
— I czy podał jaką przyczynę tej zwłoki?
— Żadnej.
— A jak dawno hrabia de La Fere o to prosił?
— Przed miesiącem.
— To szczególne — wyrzekła księżna.
I jakby chmura przeszła jej przed oczyma.
— Przed miesiącem!... — powtórzyła.
— Tak.
— Masz słuszność, panie wicehrabio — dodała księżna z uśmiechem, w którym Bragelonne dostrzegł jakiś przymus — brat mój nie powinien długo cię zatrzymywać, wyjeżdżaj zatem a ja w pierwszym liście, pisanym do mojego brata, upomnę się o ciebie od króla.
I powstała aby oddać list w ręce Bragelonna.
Raul zrozumiał, że posłuchanie skończone, wziął list, ukłonił się księżnie i wyszedł.
— Przed miesiącem!... — powtórzyła księżna — czyż to byłam ślepą do tego stopnia? więc on ją kocha oddawna?
Że zaś księżna nie miała nic do czynienia, zaczęła pisać list do brata, którego post scriptum miało przyśpieszyć powrót Bragelonna.
Hrabia de Guiche uległ, jakeśmy to widzieli, naleganiom pana Manicampa i pozwolił mu się zaprowadzić do stajni, gdzie kazali sobie osiodłać konie; potem pośpieszyli małą ulicą, wysadzaną drzewami, naprzeciw księciu, który, wyszedłszy z kąpieli, orzeźwiony powracał do zamku.
Książę był w najlepszym humorze, w jaki go wprawiało poczucie swojej piękności. W wodzie mógł porównać białość swojego ciała z białością dworzan i, dzięki staraniom Jego Królewskiej Wysokości, nikt, nawet kawaler lotaryński, nie mógł wytrzymać porównania.
Dlatego też, na widok hrabiego de Guiche, który na pysznym białym koniu pędził naprzeciw niemu galopem, nie mógł się książę wstrzymać od radosnego okrzyku.
— Zdaje mi się, że dobrze rzeczy idą — mówił Manicamp, sądząc z wesołej powierzchowności księcia.
— A! witam cię, hrabio de Guiche, witam cię, biedaku... — zawołał książę.
— Życzę zdrowia, szczęścia i wesela Waszej książęcej mości — odpowiedział de Guiche, zachęcony głosem Filipa.
— Jeszcze raz witam cię, hrabio, jedź po prawej mojej stronie, ale wstrzymaj konia, bo chcę zwolna przybyć pod te zielone sklepienia.
— Zastosuję się do rozkazów Waszej książęcej mości.
I Guiche zajął prawe miejsce przy boku księcia, jak mu polecono.
— Mój kochany hrabio — mówił książę — powiedz mi co o tym panu de Guiche, którego niegdyś znałem, a który umizgał się do mojej żony.
Guiche mocno się zarumienił, ale nie stracił przytomności. Manicamp oczu z niego nie spuszczał.
— Mości książę — odparł — miej litość nad nieszczęśliwym; nie poświęcaj mnie na ofiarę kawalerowi Lotaryńskiemu!
— Jakto?
— Gdyby usłyszał żarty Waszej książęcej mości, szydziłby ze mnie bez litości.
— No, ale przyznaj, mój hrabio, że robiłeś do księżny słodkie oczy.
— Nigdy nie przyznam się do czegoś podobnego, mości książę.
— Zresztą to przebrzmiałe sprawy. Jeżeli księżna wczoraj dobrze cię uważała, jestem pewny jednej rzeczy...
— Jakiej? Wasza książęca mość zatrważa mnie.
— Wyrzekła się ciebie na zawsze. Tańczyłeś wczoraj jak niedźwiedź.
I roześmiał się głośno.
— Zapewne — pomyślał sobie Manicamp — wszyscy mężowie są do siebie podobni.
Książę mówił dalej:
— Trzeba ci wiedzieć, iż podczas twojej nieobecności powziąłem jedną myśl.
— Jaką?
— Kiedy kawaler, nie widząc ciebie i pewny swego panowania, udręczał mnie, postanowiłem stać się wzorowym mężem, przyszło mi na myśl kochać moją żonę.
Guiche spojrzał na księcia ze zdumieniem; w którem nie było obłudy.
— O! — podchwycił drżący — zapewne, mości książę, nie mówisz tego poważnie?
— Na honor, poważnie; mam majątek, który mi brat mój dał przed ożenieniem; ona ma pieniądze i nawet wiele, bo jej daje brat, król angielski i szwagier, król francuski. A co?... Gdybyśmy opuścili dwór? Gdybym ja oddalił się do mojego zamku Villers-Cotterets, gdybyśmy tam oddali się szczerej miłości, jak mój dziad Henryk IV-ty z piękną Gabrjolą... cóż ty na to powiesz, hrabio de Guiche?
— Ja, mości książę?
— Wezmę cię z sobą, jak to wprzód zamierzałem.
— Mnie z sobą?
— Nieinaczej, jeżeli tylko przyjdzie mi chęć pogniewać się ze dworem.
— Mości książę, kiedy rozkażesz, gotów jestem iść z tobą na koniec świata.
— Skoro tak — rzekł książę — to zgoda, skoro jesteś tak przywiązany do mnie, biorę cię z sobą.
— Wszędzie, wszędzie, mości książę — wesoło odparł de Guiche — wszędzie i natychmiast.
To mówiąc, popuścił cugli i wysunął się naprzód.
— Stój! stój!... — wołał książę — wstąpimy do zamku.
— A to po co?
— Po moją żonę.
— Po księżnę?... — zapytał de Guiche.
— Zapewne; ponieważ mówiłem ci, że to projekt miłości małżeńskiej, muszę zatem i żonę wziąć z sobą.
— Kiedy tak, mości książę — odpowiedział hrabia — jestem w rozpaczy.
— A to dlaczego?
— Dlatego, że wasza książęca mość zabiera księżnę.
— Zabieram, ponieważ widzę, że ją kocham.
Guiche zbladł nieco, zachował jednak powierzchowną wesołość.
— Mości książę — rzekł — jeżeli kochasz księżnę, miłość ta powinna ci wystarczyć o tyle, iż nie będziesz potrzebował swoich przyjaciół.
— Nieźle, nieźle — mruknął Manicamp.
— Jak widzę, znowu lękasz się księżny — odpowiedział książę.
— Mości książę, ja nie mam ochoty powtórnie być wygnanym.
— A! mój Boże, jakiż ty, hrabio, zły masz charakter! widzę, że nie zapominasz urazy.
— Ciekawym, czy Wasza książęcą mość zdołałby również zapomnieć?
— Zapewne i dlatego widać wczoraj niegodziwie tańcowałeś, chciałeś, jak sądzę, zemścić się na księżnie, robiąc fałszywe figury. A!... hrabio, to niegodne i muszę o tem powiedzieć księżnie.
— Możesz powiedzieć, Mości książę, co ci się tylko podoba; Jej wysokość nie może mnie nienawidzieć więcej, niż nienawidzi.
— Ho!... ho!... ho!... kiedy przesadzasz!.. cóż wielkiego, żeś przepędził kilkanaście dni na wsi.
— Prawda, kilkanaście dni nic wielkiego, ale kilkanaście dni wśród nudów, to wieki.
— Zatem nigdy tego mojej żonie nie przebaczysz?
— Nigdy.
— No, no, mój hrabio, daj się przeprosić, już ja cie z księżną pogodzę, przekonasz się, bywając u niej, że niema w niej złośliwości, a nie brak jej dowcipu.
— Mości książę...
— Zobaczysz, że umie przyjmować, jak księżna, a śmiać się, jak mieszczanka; zobaczysz, że kiedy zechce, godziny stają się minutami. Hrabio, mój przyjacielu, musisz koniecznie zmienić wyobrażenie o mojej żonie.
— Kiedy chce — szepnął Manicamp do ucha hrabiemu — uczyńmy zadość jego woli.
— Mości książę — rzekł hrabia — będę ci posłusznym.
— Dzisiaj — mówił dalej książę — jest wieczór u księżny, zjesz u mnie obiad, a potem pójdziemy do niej.
— O!... co do tego — uczynił uwagę de Guiche — wybaczysz, mości książę, że się sprzeciwię.
— Jeszcze!... ależ to nieposłuszeństwo.
— Błagałem o przebaczenie, ale...
— Hrabio — przerwał książę — pójdziesz się przebrać po obiedzie i powrócisz do mnie, będę na ciebie czekał
— Kiedy Wasza książęca mość tak każe...
— Koniecznie.
— O, nie ustąpi — mówił sobie de Manicamp — podobne upory najbardziej głów mężowskich się trzymają. A!... czemuż pan Moliere nie słyszał go, byłby wszystko opisał wierszem.
Książę i jego dwór, tak rozmawiając, weszli do pokojów zamkowych.
— Ale — rzekł Guiche, stając na progu drzwi — miałem zlecenie do Waszej książęcej mości.
— Mów.
— Pan de Bragelonne wyjechał do Londynu z rozkazu królewskiego i polecił mi, wyjeżdżając oświadczyć jego uszanowanie Waszej książęcej mości.
— Życzę szczęśliwej podróży wicehrabiemu, lubię go bardzo. Dalej, Guiche, idź się ubrać i powracaj. Jeśli zaś nie powrócisz...
— To cóż się stanie, mości książę?...
— Każę cię zamknąć w Bastylji.
— Jak widzę — rzekł Guiche, śmiejąc się — Jego książęca mość jest w sprzeczności z księżną panią. Księżna pani skazuje mnie na wygnanie za to, że mnie nie lubi, książę pan każe mnie więzić za to, że mnie bardzo kocha. Dziękuję księciu, dziękuję i księżnie!...
— Dobrze, dobrze — odrzekł książę — miłym jesteś przyjacielem i wiesz, że się nie mogę obejść bez ciebie, powracajże prędzej.
— Dobrze, ale i ja muszę także postawić pewne zastrzeżenie.
— Ba!...
— Powrócę do Waszej książęcej mości pod jednym tylko warunkiem.
— Pod jakim?
— Chciałbym jednemu z moich przyjaciół zrobić przysługę.
— Jak się nazywa?
— Malicorne.
— Paskudne nazwisko.
— Ale ten, co je nosi, mości książę, to dobry człowiek.
— Być może, wiec?
— Przyrzekłem mu wyjednać miejsce w domu Waszej książęcej mości.
— Jakie miejsce?
— Jakiekolwiek, naprzykład inspektora.
— Na Boga!... wybornie, dzisiaj właśnie odprawiłem inspektora mieszkań.
— Doskonałe miejsce, mości książę!... jakież to obowiązki?
— Prawie żadne, powinien tylko patrzeć i donosić.
— Wiec to policja wewnętrzna?
— Zapewne.
— O! to wyborne miejsce dla Malicorna!... — odważył się wtrącić Manicamp.
— To pan znasz człowieka, o którym mowa, parnie Manicamp?... — zapytał książę.
— Wyśmienicie, to mój przyjaciel.
— Jakież twoje zdanie o nim?
— Że Wasza książęca mość nie znajdzie zdolniejszego inspektora mieszkań.
— Jaki dochód daje ten urząd?... — zapytał hrabia księcia.
— Nie wiem; mówiono mi tylko, że niezły, jeżeli go zajmuje kto sprytny.
— Zatem Wasza książęca mość będzie z niego zadowolony, albowiem Malicorne ma dowcip djabelski.
— Dobrze, w takim razie ten pan inspektor będzie nieoszacowany — odparł książę, uśmiechając się — prawdziwy podarunek czynisz mi, hrabio.
— Zatem, mój kochany de Guiche, donieś mu o jego mianowaniu. Albo zaczekaj...
— Co Wasza książęca mość rozkaże?...
— Chcę go wprzódy widzieć. Jeżeli tak brzydki, jak jego nazwisko, cofam moje słowo.
— Wasza książęca mość widział go w Pałacu Królewskim, nawet ja go przedstawiałem.
— A!... przypominam sobie. Do licha!... to ładny chłopiec!...
— Wiedziałem dobrze, że Wasza Książęca Mość zauważył go.
— Tak, tak. Widzisz, mój hrabio, nie chcę, abyśmy ja lub moja żona mieli ludzi szpetnych przed oczyma. Moja żona powinna mieć piękne panny honorowe, a ja przystojnych dworzan. Tym sposobem, widzisz, mój Guiche, jeżeli Bóg da nam dzieci, to będziemy mieli przed oczyma piękne wzory.
— Rzecz ślicznie wyrozumowana, mości książę — odezwał się Manicamp, potwierdzając zdanie księcia oczami i głosem.
Co do hrabiego de Guiche, temu zapewne rozumowanie to nie tak się bardzo podobało.
Manicamp poszedł zawiadomić Malicorna o szczęśliwej nowinie. Guiche niby niechętnie pośpieszył przywdziać strój dworski. Książę, śmiejąc się, śpiewając i przeglądając w zwierciadle, doczekał godziny obiadowej w tem szczęśliwem usposobieniu, które stwierdza przysłowie: „Szczęśliwy, jak książę“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.