Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział L

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ L.
D‘ARTAGNAN NIE USTAJE W POSZUKIWANIACH.

Równo ze świtem d‘Artagnan sam osiodłał Fureta, który w nocy pozjadał i swoją i swoich towarzyszy porcje. Muszkieter badał gospodarza, lecz przekonał się, że to człowiek przebiegły, podejrzliwy, dusza i sercem oddany panu Fouquetowi. Aby wiec nie nasunąć żadnego podejrzenia temu człowiekowi, d‘Artagnan opowiedział mu, że zamierza nabyć żupy solne. W Roche Bernard wsiadać na statek, byłoby to wystawiać się na domysły, które już może czyniono, a które niezawodnie doszłyby były do zamku na wyspie. Wreszcie uderzyło to d‘Artagnana, że, pomimo wszelkich zapytań, czynionych gospodarzowi, który zdawał się znać doskonale owego podróżnego i lokaja, nazwiska ich się nie dowiedział. Kazał więc udzielić sobie jak najdokładniejszych wiadomości o żupach i udał się drogą, prowadzącą na bagna. Tym sposobem, zostawiając morze na prawo, zapuścił się w owe równiny rozległe i puste, podobne do morza błota, którego wyniosłości posrebrzają gdzie niegdzie warstwy soli. Furet szedł cudownie cienkiemi żylastemi nóżkami po tej szosie, mającej stopę szerokości, a ciągnącej się wśród kopalni solnych. D‘Artagnan, upewniwszy się, że nie potrzebuje się obawiać, aby go spotkała nieprzewidziana zimna kąpiel z racji nieuwagi wierzchowca, wlepił wzrok w trzy wysmukłe wieżyczki, które, wychodząc nakształt trzech dzid z łona tej jałowej równiny, rysowały się na widnokręgu.
Były to Pirial, oraz miasteczka Batz i Croisie, zupełnie do siebie podobne. Pirial był to najpierwszy porcik na prawo. D‘Artagnan więc udał się do niego, zapytując o nazwiska znaczniejszych handlarzy soli. W chwili, gdy oglądał ten mały port, wypływały z niego cztery wielkie galary, napełnione kamieniami. D‘Artagnana zdziwił ten zapas kamieni w okolicy, gdzie nie było ich wcale. Z największą więc uprzejmością zapytał ludzi w porcie, skąd się wzięły te kamienie. Jakiś stary rybak odpowiedział panu d‘Artagnanowi, że przywożą je z Nantes i z Pain-boeuf, a wiozą do Belle-Isle, ponieważ pan Fonquet każe co rok naprawiać mury zamkowe.
— Być może — pomyślał d‘Artagnan — że to rzecz naturalna. Każdy właściciel ma prawo restaurować swoją posiadłość. To tak właśnie, jakgdybym ja kazał poprostu naprawiać swój dom pod znakiem obrazu Matki Boskiej, a tymczasem mogłoby się komuś zdawać, że ja go fortyfikuję. Doprawdy, zdaje mi się, że ktoś fałszywie zawiadomił króla i że jest on w błędzie.
— Jednakże przyznasz, mój przyjacielu — rzekł do rybaka — że te kamienie szczególniejszą odbywają podróż.
— Jakto?... — spytał rybak.
— Wszak z Nantes albo z Painboeuf spławiają je tu Loarą, nieprawdaż?
— Tak, panie.
— Prawda, że wodą to wygodnie; ale dlaczegóż nie zwożą ich prosto z Saint-Nazare do Belle-Isle?
— Dlatego, proszę pana, że takie galary przewozowe nie są zupełnie pewne na morzu — odrzekł rybak.
— I cóż stąd?
— Przepraszam pana, widać, że pan nigdy jeszcze nie odbywałeś podróży morskiej?... — dodał rybak z uśmiechem nieco szyderczym.
— Bądźże tak grzeczny i wytłomacz mi to, mój kochanku. Mnie się zdaje, że jechać z Painboeuf do Pirial, aby znowu z Pirial udawać się do Belle-Isle, to zupełnie tak, jakgdyby kto z Roche-Bernard, jadąc do Pirial, jechał przez Nantes.
— Jechać wodą byłaby najkrótsza droga — rzekł uporczywie rybak.
— Ależ niepotrzebnie nakładać tyle drogi, która tu tworzy kąt.
Rybak potrząsnął głową.
— A przecież każda droga najkrótsza z jednego punktu do drugiego jest linją prosta — mówił dalej d’Artagnan.
— Ale pan zapominasz o falach.
— No, to prawda.
— A wiatr?
— I temu nie przeczę.
— Otóż prąd Loary pędzi statki aż do Croisie. Jeżeli potrzebują naprawy albo odświeżenia zapasów, udają się do Pirial, płynąc nad brzegiem morskim. Z Pirial mają znowu inny prąd wody, wsteczny, który je pędzi aż do wyspy Dumet całe półtrzeciej mili.
— Masz słuszność, mój przyjacielu.
— Tam prąd rzeki Vilaine niesie je do innej wyspy zwanej Hoedie.
— I na to się zgadzam.
— Otóż, mój panie, z tej wysepki do Belle-Isle droga zupełnie prosta. Morze, przecięte na krzyż temi przeciwnemi prądami, ma tu gładką powierzchnię, podobna do zwierciadła, po którem statki przesuwają się jak kaczki po Loarze.
— Wszystko to dobrze — odrzekł uparty pan Agnan — jednakże to bardzo wiele nałożonej drogi.
— Zresztą!... Taka jest wola pana Fouquet — zakończył rybak, uchylając wełnianej czapki, przy wymówieniu tego szanownego nazwiska.
Spojrzenie d‘Artagnana, które przeszyło, jak klinga szpady, serce mówiącego starca, nie znalazło w nim nic prócz otwartości i zaufania, a na twarzy jego malowała się obojętność i zadowolenie.
D‘Artagnan dosyć już w tem miejscu postąpił w badaniach; zresztą, statki już odpłynęły, i w porcie Pirial pozostała tylko krypa starego rybaka, która nie była jeszcze przygotowaną do wypłynięcia na morze.
Muszkieter więc nasz pogłaskał Fureta, który w dowód posłuszeństwa puścił się żwawo wśród żup solnych, chwytając nozdrzami suchy wiatr, pod którym uginały się krzewy i liche chwasty tych rozległych równin.
Około godziny piątej przybył do Croisie.
Widząc, że niebo pogodne, i czując wonny wietrzyk, rzekł do siebie:
— Za pierwszym przypływem puszczę się na morze, choćby na łupinie z włoskiego orzecha.
W Croisie, również jak w Pirial, dostrzegł niezmierne stosy poskładanych kamieni na obszernym placu.
Te olbrzymie składy, zmniejszające się za każdym nowym transportem, wysyłanym do Belle-Isle, utwierdzały naszego muszkietera w domniemaniu, które już powziął był w Pirial.
Ale czy pan Fouquet naprawiał tylko mury, czy też budował warownię, to stwierdzić mógł tylko naocznie.
D‘Artagnan więc odesłał konia do stajni, zjadł wieczerzę, położył się, a nazajutrz zrana zaczął przechadzać się pomiędzy stosami kamieni.
Croisie ma port, pięćdziesiąt stóp rozległy, i strażnicę, wyglądającą zupełnie, jak piramida z ciasta na półmisku.
Na brzegu kilku rybaków rozmawiało o serdelach i rybach morskich.
Pan Agnan z okiem wypogodzonem i uśmiechniętą twarzą zbliżył się do nich.
— Czy będziecie dziś łowili ryby, moje dzieci?... — zapytał.
— Tak, panie, — odrzekł jeden z nich, — czekamy tylko na przypływ morza.
— A gdzież łowić będziecie?...
— Przy brzegach.
— Któreż brzegi są najlepsze?...
— Jak się zdarzy; ale najlepsze są około wysp.
— Ależ do wysp za daleko stąd.
— Niezbyt daleko. Cztery mile.
— Cztery mile!... To mała podróż?...
Rybak zaczął śmiać się pod nos panu Agnan.
— Posłuchajże — rzekł ten ostatni — o cztery mile stad czy już nie widać lądu?
— Tak... niezawsze.
— Jednakże... to zbyt daleko... i gdyby nie to, byłbym was prosił, abyście mnie z sobą zabrali, gdyż pragnąłbym zobaczyć to, czego jeszcze nigdy nie widziałem.
— Cóż takiego?
— A! żywą rybę morską.
— To pan musi być z prowincji?... — spytał jeden z rybaków.
— Ja jestem z Paryża.
Bretończyk wzruszył ramionami, a potem zapytał:
— Czy widziałeś pan pana Fouqueta w Paryżu?
— O! często — odrzekł Agnan.
— Często — zawołali rybacy, otaczając zbliska paryżanina. — Więc go pan znasz?
— Cokolwiek; żyje on w ścisłej przyjaźni z moim panem.
— Czy tak?... — zapytali wszyscy razem.
— I widziałem — dodał d‘Artagnan — wszystkie jego zamki, w Saint-Malo, w Vaux, i jego pałac w Paryżu.
— To muszą być piękne rzeczy?
— Wspaniałe.
— Ale to wszystko nie musi być tak piękne, jak Belle-Isle — odezwał się jeden z rybaków.
— Cóż znowu?... — odparł d‘Artagnan, parsknąwszy śmiechem pogardliwym, który oburzył przytomnych.
— Widać, że pan nie widziałeś Belle-Isle — zawołał jeden z rybaków. — Czy pan wiesz, że ma ona sześć mil rozległości i że tam są drzewa tak wielkie, iż niema takich wcale nawet na wałach w Nantes?
— Jakto? Drzewa na morzu! A to chciałbym widzieć!
— Nic łatwiejszego, będziemy łowili ryby przy wyspie Gredic, jedź pan z nami. Stamtąd będziesz pan widział jak gdyby raj, czarne drzewa wyspy Belle-Isle, rysujące się na niebie i mury zamku, które przecinają widnokrąg morza.
— A!... — rzekł d‘Artagnan — prawda, że musi to być piękne, ale czy wiecie, że na zamku pana Fouquet w Vaux jest sto wież.
Bretończyk podniósł głowę z głębokim podziwem, lecz nie był przekonany.
— Sto wież!... — podchwycił — a jednak Belle-Isle jest piękniejsza. Czy chcesz pan widzieć Belle-Isle?
— Alboż to można?... — zapytał pan Agnan.
— Można, za zezwoleniem gubernatora.
— Tak, ale ja nie znam gubernatora.
— Skoro pan znasz pana Fouqueta to dość panu będzie powiedzieć swoje nazwisko.
— Ależ, moi przyjaciele! nie bierzcie mnie za osobę znakomitą; ja nie jestem nawet szlachcicem.
— Wszyscy jeżdżą do Belle-Isle — ciągnął dalej rybak mocnym i czystym akcentem — byleby tylko nie chcieli szkodzić wyspie albo jej panu.
Muszkieter lekko wzdrygnął się:
— Gdybym się nie obawiał — rzekł — słabości morskiej.
— Na tej tu łodzi!... — zawołał rybak, wskazując dumnie swoją piękną łódź z okrągłym grzbietem.
— No, usłucham was i pojadę zobaczyć Belle-Isle, ale tylko zdaleka, bo do niej pewno mnie nie wpuszczą.
— Nas wpuszczają.
— Was, a to poco?
— Jakto poco?... Przecież sprzedajemy ryby korsarzom.
— Co, korsarzom, powiadasz?
— A tak, bo trzeba panu wiedzieć, że pan Fouquet każe budować dwa okręty korsarskie na ściganie Holendrów i Anglików, i że my dowozimy ryby dla osad tych okrętów.
— No, no — pomyślał d‘Artagnan — coraz to lepiej; drukarnia, bastjony i okręty korsarskie! To widzę nasz pan Fouquet nie jest pospolitym nieprzyjacielem, jak mi się to zrazu zdawało. Rzecz warta bliższego rozpatrzenia.
— Wyjeżdżamy punkt o wpół do szóstej — zapowiedział z powagą rybak.
— Jadę z wami.
Przez czas, pozostały do odjazdu, d‘Artagnan przypatrywał się, jak za pomocą kołowrotu ciągniono łodzie aż do wody.
Wreszcie nadszedł przypływ morza.
Pan Agnan pozwolił wsadzić się na szalupę, udając przestrach, czem wywołał śmiechy małych majtków, którzy go nie spuszczali z wielkich, przenikliwych oczu. Położył się na zwiniętym żaglu i szalupa po skończonych przygotowaniach wypłynęła na morze.
Rybacy zajęli się połowem i nie zważali bynajmniej na to, że ich podróżny nie pobladł, nie stękał i nie był cierpiący, i że pomimo silnego chwiania się statku, trącanego bałwanami, zachował zupełną przytomność umysłu i dobry apetyt.
Łowili ryby i połów był dosyć szczęśliwy.
Ryby różnego gatunku chwytały się na zastawione wędki. Wkrótce już trzy węgorze i stokfisze wiły się, wrzucone na spód szalupy.
Rybacy z uśmiechem zwracali się do d‘Artagnana, twierdząc, że im przyniósł szczęście.
A naszemu żołnierzowi tak się podobało łapanie ryb, że sam wzdął się do tego i okazywał głośno radość, ilekroć schwytana zdobycz wymagała natężenia całej siły jego potężnego ramienia.
Zabawa tak go zajęła, że na chwilę zapomniał o swem posłannictwie, właśnie gdy walczył z ogromnym stokfiszem i podparł się silnie jedną ręką, chcąc drugą przyciągnąć do siebie zdobycz, właściciel statku zawołał na niego.
— Strzeż się pan, aby nas nie zobaczono z wyspy Belle-Isle.
Te słowa takie uczyniły na d‘Artagnana wrażenie, jak pierwszy wystrzał artylerji na początku bitwy; puścił wędkę i rybę, które zniknęły w morzu.
D‘Artagnan o pół mili niespełna spostrzegł rysujące się na widnokręgu skały Belle-Isle, nad któremi panował wznoszący się dumnie zamek. Dalej nieco widać było zielone równiny pastwiska i pasące się trzody.
— Ho!... ho!... — rzekł d‘Artagnan, na widok tych ogromnych skał — zdaje mi się, że to są doskonale fortyfikacje naturalne, nie potrzebujące inżyniera, aby nie dopuścić do wyładowania. Ciekawy jestem, którędy możnaby dostać się na wyspę, kiedy ją sam Bóg tak doskonale obwarował.
— O to tedy — zawołał sternik, zmieniając kierunek szalupy, która też weszła wkrótce do zgrabnego porciku, zupełnie na nowo wyrestaurowanego.
— Cóż to ja widzę, u kata?... — rzekł d‘Artagnan.
— To jest Lokmarin — odpowiedział rybak.
— A to dalej?
— To Bangos.
— A to, w tej stronie?
— To pałac.
— Do stu katów! Co tu tego!... A! otóż i żołnierze.
— Jest ich tu tysiąc siedmiuset na wyspie Belle-Isle — rzekł rybak z dumą. — Czy wiesz pan, że tutejsza załoga składa się ni mniej ani więcej, jak z dwudziestu dwóch kompanij piechoty?
— Do licha!... Zawołał d‘Artagnan, uderzając nogą, i pomyślał, że Jego Królewska Mość może się nie omylił, podejrzewając Fouqueta o obwarowywanie wyspy Belle-Isle.
Wtem przybito do lądu. Podczas każdego wylądowania, chociażby to był najmniejszy statek, zawsze panuje pewna wrzawa i zamieszanie, które nie pozostawia umysłowi tej swobody, jakiej potrzebuje, chcąc na pierwszy rzut oka zbadać miejsce, do którego się przybywa. Most ruchomy, zwijający się, majtkowie, szum wody, odbijającej się o grunt kamienisty, wołania o pośpiech czekających na brzegu, oto są różnorodne szczegóły wylądowania. Dlatego też d‘Artagnan, po wylądowaniu, dopiero w kilka minut spostrzegł na wyspie mnóstwo zajętych robotników. Większe odłamy, nałożone na taczki, przewożono w tymże samym kierunku, to jest na miejsce prac, których rozmiaru d‘Artagnan nie mógł zrazu ocenić.
D‘Artagnan radby był posunąć dalej swój przegląd, lecz nie mógł tego uczynić bez wzburzenia podejrzeń o zbyteczną ciekawość; postępował przeto zwolna, nie przekraczając linji, wytkniętej przez rybaków, oglądając wszystko, nie mówiąc nic, i przygotowany odpowiadać na wszelkie pytania z miną obojętną i grzecznym ukłonem. Tymczasem zaś gdy jego towarzysze zachwalali swój towar i sprzedawali ryby robotnikom i mieszkańcom wyspy, on postępował coraz dalej, a widząc, że mało na niego zważają, zaczął pilniej okiem znawcy przypatrywać się robotnikom i pracom, nasuwającym mu się pod oczy. Jakoż zbadał wszystko okiem żołnierza, nie mogącem się omylić. Na dwóch krańcach portu spostrzegł wystawione baterje pod działa, któreby mogły w potrzebie utrzymywać ogień krzyżowy. Przy każdej z tych bateryj różni robotnicy ustawiali kosze, napełnione ziemią, mające osłaniać działa i ludzi. Przewodniczący tym pracom wołał ciągle na robotników i wskazywał im, jak mają za pomocą wici wiązać jedne z drugiemi pod różnemi kątami ponakładane gazony, chroniące otwory, w których miały być umieszczone działa. Widząc pośpiech, z jakim około tego wszystkiego pracowano, można było całą tę robotę uważać prawie za ukończoną. Nie było tam jeszcze dział, ale platformy i lawety już były ustawione. Ziemia ubita została starannie i w razie gdyby artylerja znajdowała się na wyspie, można ją było najdalej w ciągu dni trzech postawić w stanie zupełnie obronnym. Najbardziej zaś dziwiło to d’Artagnana, że, oglądając szyk bateryj, przekonał się, iż Belle-Isle została ufortyfikowana podług planu zupełnie nowego, o którym słyszał nieraz od hrabiego de La Fere, jako o ważnym wynalazku w sztuce wojennej. Fortyfikacje te nie były robione podług metody holenderskiej Maroliais, ani francuskiej kawalera Antoniego de Ville, lecz podług systemu Menesson Malleta, biegłego inżyniera, który przed sześciu czy ośmiu laty, opuściwszy służbę portugalską, wszedł do służby francuskiej. Prace te miały w sobie tę osobliwość, że przy nich, zamiast wyprowadzać wały w górę dla bronienia przystępu, jak to dawniej czyniono, kopano je w dół, i to stanowiło ich wyższość, że tworzyły wewnątrz głębokie fosy. D‘Artagnan w mgnieniu oka przekonał się, że taki system fortyfikacyj był nierównie korzystniejszym dla oblężonych, ponieważ strzały armatnie oblegających czynił bezskutecznemi. Fosy te, prócz tego, będąc niższe od poziomu morza, mogły z łatwością napełnione być wodą, za pomocą śluz podziemnych.
Zresztą, jak już powiedzieliśmy, prace te były na ukończeniu i robotnicy, wypełniając rozkazy inżyniera, już ostatnie układali kamienie. Most z desek rzucony był przez fosę dla przejazdu taczek. D‘Artagnan z naiwną ciekawością zapytał, czy wolno przejść przez ów most, na co mu odpowiedziano, iż żaden rozkaz się temu nie sprzeciwia. Przeszedł więc i zbliżył się do robotników, którym przewodził ów człowiek, którego d‘Artagnan już pierwej zauważył, a który wyglądał na naczelnego inżyniera. Plan leżał przed nim, rozłożony na wielkim kamieniu, służącym za stół, o kilka zaś kroków dalej stał szyldwach.
Inżynier ów, który z powoda swego znaczenia ściągnął na siebie wyłącznie uwagę d‘Artagnana, miał na sobie ubiór za bogaty jak na taki stan i zatrudnienie. Był to człowiek wysokiego wzrostu, szerokich pleców, silnie zbudowany, i nosił kapelusz, ozdobiony piórem. Rozprawiał dumnie, stojąc tyłem do d‘Artagnana, łajał robotników, że są leniwi i mało dokładają siły. D‘Artagnan zbliżał się ciągle. W tej właśnie chwili inżynier przestał mówić i oparłszy ręce na kolanach, pochylony, patrzył, jak sześciu robotników wysilało się, aby podnieść ogromny kamień o tyle, iżby można pod niego podłożyć linę, którą miał być windowany. Ludzie ci natężali siły, aby go podnieść o osiem lub dziesięć cali od ziemi, pocili się i stękali, a siódmy oczekiwał pory sposobnej do podłożenia pod niego walca; ale już po raz drugi kamień wymykał się im z rąk, zanim go zdołali podnieść do potrzebnej wysokości. Ilekroć kamień upadał, robotnicy odskakiwali z obawy, aby im nóg nie przytłukł, a on tymczasem coraz głębiej zapuszczał się w ziemię. I po raz trzeci nie lepiej im się udało, pomimo że ów człowiek z piórem wołał na nich potężnym głosem, aby silnie trzymali. Gdy to jednak nie pomagało, inżynier wyprostował się.
— No!... cóż u licha?... — zawołał, — czy jesteście ze słomy!... Usuńcie się, ja wam pokażę, jak się to robi.
— Co u djabła!... — pomyślał d‘Artagnan, — miałżeby zamiar sam podnieść tę skałę?...
Robotnicy usunęli się znużeni, potrząsając głowa; pozostał tylko ten, który trzymał walec.
Nieznajomy nasz zbliżył się do kamienia, schylił się, wsunął pod niego ręce, natężył swoje herkulesowe muskuły i zwolna, jakby za pomocą machiny, podniósł odłam do wysokości jednej stopy.
Robotnik, trzymający walec, skorzystał z tej chwili i podsunął go.
— A widzicie!... — zawołał olbrzym, nie puszczając kamienia z rąk, lecz zwolna kładąc go na walec.
— Do kroćset szatanów!... krzyknął d‘Artagnan — jednego tylko znam człowieka na świecie z podobną siłą.
— Co?... — odezwał się inżynier, obracając się.
— Porthos! — zawołał d‘Artagnan osłupiały — Porthos na Belle-Isle!...
— D‘Artagnan... — krzyknął Porthos.
I rumieniec wystąpił mu na twarz.
— Ciszej!... rzekł do d‘Artagnana.
— Ciszej!... — powtórzył ze swej strony muszkieter.
Równie jak d‘Artagnan zdziwił się widokiem Porthosa, tenże oniemiał na widok d‘Artagnana.
Zrazu zobopólny interes osobisty zajął ich wyłącznie; lecz, w mgnieniu oka, obaj rzucili się w objęcia.
Nie mieli oni potrzeby ukrywać swojej przyjaźni, wszakże wobec ludzi obcych, starali się zataić swe nazwiska.
Ale po uściskach nastąpiła rozwaga.
— Co u licha Porthos robi w Belle-Isle i naco podnosi kamienie?... — pomyślał d‘Artagnan. lecz pomyślał tylko.
Mniej biegły w dyplomacji od swego przyjaciela, Porthos zapytał go głośno:
— Co u djabła sprowadza cię na Belle-Isle? Jaki tu możesz mieć interes?...
Wypadało odpowiedzieć bez wahania, gdyż wahać się na chwilę w rozmowie z Porthosem, tego miłość własna d‘Artagnana nigdyby sobie przebaczyć nie mogła.
— Jakto?... mój przyjacielu, ja przybywam do Belle-Isle, dlatego, że ty tu jesteś.
— Czy podobna!... — zawołał Porthos, zmieszawszy się widocznie, i starając się, o ile możności, zebrać naprędce myśli.
— A tak — ciągnął dalej d‘Artagnan, nie dając swemu przyjacielowi czasu do namysłu — byłem u ciebie w Pierrefonds.
— Ale jakimże sposobem dostałeś się do mnie?... przecież wyjeżdżając nie powiedziałem nikomu, dokąd jadę.
— Mój kochany!... wielki pan, jak ty, zawsze zostawia ślad za sobą, a ja bardzo złe miałbym o sobie pojęcie, gdybym nie umiał odnaleźć śladu mego przyjaciela.
Tłomaczenie to, jakkolwiek pochlebne, nie zadowoliło zupełnie Porthosa.
— Ależ ja nie mogłem zostawiać śladu po sobie, bo przybyłem tu przebrany — rzekł Porthos.
— Aha!... To przybyłeś tu przebrany?... — zawołał d‘Artagnan.
— Tak jest.
— A to jak?...
— Przebrałem się za młynarza.
— Alboż to wielki pan, jak ty, Porthosie, może udać człowieka pospolitego tak dalece, aby oszukać ludzi?...
— A widzisz!... przysięgam ci, mój przyjacielu, że tak dobrze odegrałem swą rolę, iż nikt niczego się nie domyślał.
— A jednakże ja ciebie odkryłem.
— No tak, ale jakże mnie znalazłeś?...
— Cierpliwości.... Zaraz ci opowiem. Wyobraź sobie, ze Mouston...
— A!... ten hultaj, Mouston — wtrącił Porthos, marszcząc brwi.
— Cierpliwości... cierpliwości... Mouston nic nie winien, bo o niczem nie wiedział.
— Zapewne... zapewne... ale właśnie dlatego chciałbym się wszystkiego dowiedzieć.
— A!... panie Porthosie, jakże jesteś niecierpliwy!..
— Kiedy czego pojąć nie mogę, to mnie aż coś dusi.
— Natychmiast to zrozumiesz... Aramis pisał do pana de Pierrefonds, wszak prawda?...
— Pisał.
— I pisał, abyś przybył przed zrównaniem dnia z nocą?
— Prawda.
— A więc masz wszystko — rzekł d‘Artagnan, sądząc, że ta okoliczność wszystko wyjaśniła.
Porthos zdawał się mocno pracować umysłem.
— Tak, tak — odpowiedział — teraz rozumiem. Ponieważ Aramis pisał, abym przybył przed zrównaniem dnia z nocą, domyśliłeś się, że mam się z nim widzieć. Dowiedziałeś się, gdzie jest Aramis i powiedziałeś sobie: Gdzie będzie Aramis, tam będzie i Porthos, że zaś Aramis był w Bretanji, wywnioskowałeś z łatwością, że również jest tam i Porthos.
— A tak, panie Porthos. Zdaje się, że teraz już wszystko pojąłeś. Przybywszy do Roche-Bernard, dowiedziałem się o pięknych pracach fortyfikacyjnych na Belle-Isle. Opowiadanie o nich obudziło moją ciekawość i zabrałem się na łódź rybacką, nie wiedząc nawet, gdzie się znajdujesz. Przybyłem i ujrzałem zucha, który toczył kamienie, jakichby i Ajax nie poruszył. Zawołałem więc wtedy: tylko baron de Bracieux może być tak silnym. Ty usłyszałeś to, obróciłeś się i poznałeś mnie; uścisnęliśmy się i, jeżeli pozwolisz, drogi przyjacielu, powtórzymy to jeszcze.
— Otóż tak to się wszystko wyjaśniło — rzekł Porthos.
I tak serdecznie uścisnął d‘Artagnana, że muszkieter przez pięć minut nie mógł oddychać.
Kiedy d‘Artagnan wciągał w siebie powietrze, poznał, że trudną, ma do odegrania rolę.
Chodziło o to, aby wciąż zapytywać, a nigdy nie odpowiadać.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.