Wiatronogi/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wiatronogi
Wydawca Księgarnia J. Czerneckiego
Data wydania 1919
Druk Drukarnia J. Czerneckiego
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Tłumacz Gustaw Daniłowski
Tytuł orygin. Холстомер
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

W pośrodku zalanego światłem księżyca widniała chuda i wyniosła postać wałacha w wysokiej kulbace z wystającym łękiem. Wokoło stały konie nieruchome w grobowem milczeniu, jakby rażone jakąś niezwykłą nowiną.
I rzeczywiście dowiedziały się one o rzeczach niezwykłych.
Opowiadanie wałacha brzmiało w następujący sposób...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


Noc pierwsza.

Tak! Ja jestem synem Miłego I. i Baby. Według wykazów metrycznych nazywam się Cham I-szy. Cham I-szy jestem podług papierów — ale tłum przezwał mnie Wiatronogim za mój chód szybki i zamaszysty, jakiego nie widziano w całym kraju. Trudno na świecie spotkać konia tak wysokiego rodu, jakim jest mój ród — takiej szlachetnej krwi. Nigdybym wam nie mówił o tem — bo i po co? Wybyście mnie nigdy nie poznały, tak jak nie mogła mnie poznać Zulema, z którą byliśmy razem w Chrzanowie i która dopiero teraz przyznała się do znajomości ze mną. Zresztą nie uwierzyłybyście mym słowom, gdyby nie jej świadectwo. Co do mnie milczałbym do końca, gdyż nie potrzebuję końskiej litości... Ale żądacie, bym mówił, więc oświadczam, żem jest ów Wiatronogi, którego koniarze poszukują i nigdzie znaleźć nie mogą — ten sam Wiatronogi, który się dał we znaki samemu hrabiemu: zwyciężyłem w wyścigu jego faworyta Łabędzia, za co mnie kazał wypędzić ze stada...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·


Kiedym się urodził nie wiedziałem, co znaczy „srokacz“; byłem pewny że jestem koniem. Pamiętam jak pierwsza uwaga co do mej maści uderzyła mnie i moją matkę. Urodziłem się zapewne w nocy, gdyż nad ranem stałem już na nogach, a matka oblizywała mnie starannie. Pamiętam, że odczuwałem ciągle jakieś niewyraźne pożądania, wszystko wydawało mi się nadzwyczaj dziwne i proste zarazem. Klatki nasze znajdowały się na długim korytarzu i były zaopatrzone w zakratowane drzwi, przez które można było widzieć wszystko. Matka nadstawiła mi soskę, lecz byłem do tego stopnia naiwny, żem ją szturchał bezowocnie to pod przednie nogi to w wymiona. Nagle matka obejrzała się na drzwi, przerzuciła mi nogę nad głową i usunęła się na bok — stajenny parobek zaglądał przez kraty do klatki. „Patrzcie Baba się oźrebiła — rzekł odsuwając zasuwkę, poczem objął mnie w ramiona i zaczął krzyczeć: „Hej Taras — zobaczno jaki raby — zupełnie jak sroka“!
Chciałem się wyrwać i upadłem na kolana.
„Ho, ho — to ci szelma!“ — wyrzekł parobczak. Tymczasem matka moja zaczęła się niepokoić, nie broniła mnie jednak — tylko wzdychała głęboko i odsuwała się w głąb klatki.
Zbiegli się parobcy i oglądali mnie ciekawie, jeden z nich pospieszył zawiadomić koniuszego.
Wszyscy się śmiali, oglądając moje łaty i dawali mi rozmaite przezwiska, których nietylko ja ale nawet matka nie mogła zrozumieć. Dotychczas w całym stadzie nie było żadnego srokacza, przytem nie przypuszczaliśmy, że w tem ma być coś złego, zwłaszcza, że skład mój i siły wzbudzały podziw ogólny.
„Patrzcie, jaki zwinny — mówił parobczak, — trudno go utrzymać“.
Po chwili zjawił się koniuszy, był zdziwiony moją maścią i zdawało się, że ma strapioną minę. „Skąd taki wyrodek, wyrzekł w końcu, teraz generał nie zostawi go w stadzie. Oj Babo! Babo! spłatałać mi figla, żebyś choć łysego urodziła — a to niemożliwie srokate“.
Matka moja nic nie odpowiedziała, wzdychała tylko, jak zwykle w takich razach.
„I w kogo on się wdał u licha — ciągnął dalej koniuszy — myślałby kto, że chamskiego rodu, aż wstyd! niepodobna go trzymać w stadzie — a szkoda, bo tęgi koń, tęgi — ani słowa“ — dodał.
I każdy, co mnie zobaczył, tak mówił.
W parę dni zjawił się sam generał — obejrzał mnie — i znowu chwytali się wszyscy za głowy, łajali mnie, czynili wyrzuty matce za kolor mej maści i powtarzali chórem, że szkoda — bo dobry koń.
Do wiosny mieszkaliśmy w stajni, każdy przy swojej matce; czasem tylko, gdy śnieg zaczął już topnieć na dachach, wypuszczano nas i klacze na obszerny dziedziniec wysłany świeżą słomą. Tu po raz pierwszy poznałem wszystkich mych krewnych dalekich i blizkich. Tu widziałem, jak z rozmaitych klatek wysuwały się ze swojemi źrebiętami wszystkie znakomitości owego czasu. Była tu i stara holenderka, Muszka, — córka Śmietanki, Krasocha i wierzchowa Linda — wszystkie sławy współczesne zbierały się na tym dziedzińcu wraz ze źrebiętami, przechadzały się na słońcu, tarzały się po świeżej słomie i obwąchiwały się nawzajem, zupełnie jakby najzwyklejsze konie.
Dotychczas nie mogę zapomnieć widoku tej zagrody pełnej współczesnych piękności. Trudno wam zapewne uwierzyć, że i ja byłem kiedyś młody i rzeźki — a jednak tak było. Ta sama Zulema była tam wraz ze mną, jako roczna klaczka, miła, zgrabna i wesoła, a jednak sądzę, że się nie obrazi i zgodzi się ze mną, skoro powiem, że chociaż między wami ze względu na krew swoją uważana jest jako rzadkość, należała ona do gorszych koni owego wieku.
Moja maść srokata, która tak bardzo nie podobała się ludziom, wśród koni zyskała ogólne uznanie.
Zachwycały się mną wszystkie, otaczały opieką i obdarzały sympatyą, tak iż zaczynałem zapominać o ludzkich uwagach z powodu mej maści i czułem się szczęśliwy.
Wkrótce jednak doświadczyłem pierwszego smutku w mem życiu — spowodowała go matka. Jak tylko zaczęły się odwilże, pod strzechami zaświergotały wróble, a wiosnę coraz silniej czuć było w powietrzu — postępowanie matki w stosunku do mnie zaczęło ulegać pewnym zmianom. Zaczął się też zmieniać jej humor i całe usposobienie: chwilami bez najmniejszego powodu zaczynała brykać i biegać po podwórzu, co zupełnie nie licowało z jej wiekiem poważnym.
Czasem znów popadała w jakąś zadumę i zaczynała rżeć. To znów wierzgała i gryzła siostry własne, lub obwąchiwała mnie i prychała z widocznem niezadowoleniem. Nieraz też wychodziła na słońce, zakładała głowę na kark swej siostry ciotecznej Karolki i długo, jakby w zamyśleniu, tarła ją po karku, mnie zaś odpędzała od siebie.
Aż raz przyszedł koniuszy, kazał jej założyć kantarek i wyprowadzić ze stajni.
Matka zarżała; odezwałem się i rzuciłem się za nią, nawet się nie obejrzała; tymczasem parobek chwycił mnie w garść w tej chwili właśnie, gdy za matką wrota zamknięto.
Zacząłem się wyrywać, zwaliłem parobka w słomę, drzwi jednak okazały się zamknięte; posłyszałem więc tylko coraz bardziej oddalające się rżenie, ale w głosie matki nie słyszałem już wołania, brzmiały w nim natomiast zupełnie inne akcenty. Po chwili zabrzmiał z oddala potężny głos, jakem się później dowiedział, głos Elbedewiego 1-go, który w towarzystwie dwu parobków po obu stronach szedł na schadzkę z matką moją. Było mi tak smutno, żem nie zauważył nawet, kiedy parobek wyszedł z klatki. Czułem, żem stracił na zawsze serce matczyne.
„I to wszystko dlatego, żem srokaty“ — myślałem, przypominając sobie wszystkie gawędy ludzkie o mojej maści, przyczem ogarnął mnie taki gniew i żal, żem zaczął tłuc kopytami i głową o ściany klatki, aż spotniałem ze znużenia jak mysz i wyczerpałem się zupełnie.
Wkrótce wróciła matka; posłyszałem, jak biegła przez korytarz jakimś niezwykłym truchtem. Otworzono drzwi. W pierwszej chwili poprostu nie mogłem jej poznać, tak odmłodniała i wyprzystojniała. Powąchała mnie, prychnęła i zagrała piersiami. Poznałem ze wszystkiego, że już mnie nie kocha. Zaczęła mi opowiadać o urodzie Elbedeniego, o swojej miłości. Schadzki jej powtarzały się w dalszym ciągu, a w miarę tego nasze stosunki stawały się coraz więcej oziębłe. Z wiosną zaczęto mnie wypuszczać na trawę! Poznałem więc nowe przyjemności życia, które mi zastąpiły brak matczynej pieszczoty.
Pozyskałem sobie przyjaciół i przyjaciółki, uczyliśmy się razem szczypać trawę, rżeć jak dorośli i brykać, zadarłszy ogony wokoło naszych karmicielek. Szczęśliwe to były czasy! Miałem ogólną sympatyę, wszyscy się mną zachwycali; wybaczano mi moje figle i patrzano wyrozumiale na wszystko, com zmalował. Ale trwało to niedługo; wkrótce spotkało mnie coś wprost okropnego...
Ciężkie westchnienie wydarło się z piersi wałacha, umilkł i odstrychnął się nagle od słuchających go koni.
Tymczasem wschód zapalał się coraz silniej, skrzypnęły wrota i pokazał się Fedź; konie rozpierzchły się. Pastuch zaś poprawił kulbakę, dosiadł srokacza i popędził stadninę na paszę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lew Tołstoj i tłumacza: Gustaw Daniłowski.