Wacława dzieje/Wacława młodość/Nauki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Garczyński
Tytuł Wacława dzieje
Rozdział IV. Nauki
Wydawca Księgarnia Luxemburgska
Data wydania 1868
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.
NAUKI.

Przyjemną była wioska rodzinna Wacława.
Dworzec ojca mieszkalny, wspaniała wystawa;
Budową staroświecką przedrzeźniając wieki,
Stał na górze opodal wielkiej spławnej rzeki.
Dwa skrzydła i dwie wieże wyrastały z dworca,
Z obydwóch wiewał przez dzień biały znak proporca,
Godło bytności pańskiej — a gdy po zachodzie
Wiatr, chmury rozpędzając, zatlił blask wieczorny,
Z obydwóch widzieć było na obłoków spodzie
Meteorem błyszczący — krzyż wieży klasztornej.
Klasztor to był fundacji Wacława pradziada.
Grono ojców wielebnych świętego Bernarda
Liczne cele wypełnia i zakon ten składa:
Znane jest ich ubóstwo i świata pogarda.
Tam to w dziecinnych latach Wacława zamknięto;
Tam — choć kościół daleki — pobożna gromada
Ze wsi spieszy obchodzić każde wielkie święto.
 
Trzeci dzień Wielkanocy przemijał z wieczorem,
W tysiącznym osiemsetnym dziewiętnastym roku,
Chłopi drogą wracali w posuwistym kroku
Z nieszporów dnia świętego — a w rzece — za dworem
Prócz trzciny wiatrem kwietnia lekko kołysanej
Albo jaskółki rychłej co wodę przelata,
Cicho. — Inaczej w dworcu — krzyk wypadł z za ściany,
Przytłumiony lecz mocny — to jego komnata,
Jego głos — przecież nikt mu na pomoc nie bieży.
On pracuje — bo dawno światło w oknie mruga,
Słychać ilekroć nogą w posadzkę uderzy,
Widać przez okno — zdala — jakaś postać długa,
To cień Wacława — widny w szybach zwierciadlanych
Jak w przezroczystym niebie słup tumanów rannych.
Znów głos — woła służących — wierny wchodzi sługa:
«Ciemno! nie dosyć światła — czyż na ogniu zbywa?
«Zapalić drugą świecę, trzecią świecę, czwartą!»
Uciął — ale wzrok podniósł — ową broń wypartą
Z duszy — która jak gwiazda błyska nieszczęśliwa.
Zadrżał przelękły sługa, bo choć pan łaskawy,
Takiego coś ma w mowie, takiego coś w oku,

Że gdy spojrzy, nikt nie śmie dotrzymać mu kroku,
Że gdy mówi, drży sługa jako liść z obawy.

Już w trzech lichtarzach światła zabłysły na stole:
Jemu ciemno. — «Niech ogień zagrzmi całą siłą
Tam» — na komin pokazał — i w gardle komina
Świeci — dym się ulatnia w czarnych kłębów kole,
Ogień buchnął, skier tysiąc powietrze rozcina:
I w pokoju się wszystko razem wyiskrzyło.

Z rozwartych ksiąg na stole, czarnych liter pułki
Wyjrzały, jak spod śniegu pnie zgorzałych borów,
A z szaf liczne narzędzia, machiny, ampułki,
Służące do fizycznych, chemicznych rozbiorów,
Raz pierwszy z pleśni kurzu krwawą świecą łuną,
Dwa tylko twory inne — czaszka martwa trupa,
Blada, między księgami, jakby kawał słupa,
Który z marmuru cięty wznosi się nad truną,
I twarz blada Wacława — ona jak śnieg góry,
Światłem się nie maluje, dymem się nie plami:
I kiedy myśli czasem w kształt przechodniej chmury
Zawichrzone ze sobą w wewnętrznej niezgodzie,
Po twarzy się przesuną jako wiatr po lodzie,
Nikną na niej. — Dziś jednak — widać w jego chodzie
(Bo gwałtownymi mierzy komnatę krokami
I pot z czoła mu spada gwałtownymi łzami),
Że ta bladość jest czucia gwałtownego świadek.
Włos spadał mu na czoło w dzikim nieporządku,
A wzrok jego? — tak czasem okiem dziko strzeli,
Że gdybyś chciał aniołów malować upadek!
Owych przed światem jeszcze nieba wichrzycieli,
W jego oku szatańskich myśli badaj wątku.
«Ciemno jeszcze — daleko ciemniej niż z początku,
«Okna wszystkie otworzyć!» — i okna otwarte —
I chustkę z szyi zrywa — duszno — suknie zrywa,
Znów stanął — nagle księgę przed sobą rozłoży,
Ciekawie okiem śledzi rozpostartą kartę,
I jakby wyrok jego, na niej odpoczywa;
«Eritis sicut Deus» — przeczytał znów czyta —
Milczy — ale myśl jego jak magnes żelazem
Rozdrażniona słowami — jak strumień alpowy
Pędzi, gdy go raz wypchnie z góry moc ukryta;
Jak koń spięty ostrogą mknie na wiatr kopyta;

Tak myśl jego wzbudzona tym jednym wyrazem,
Na skrzydłach oka rwie się z zadumanej głowy,
Pewna swojego lotu, jak orlica z gniazda.
Zaiskrzyły się oczy — widzi ogrom świata,
Przeszłość — przyszłość! — z trzech liter wybija się gwiazda
Pędzi za nią — wzrok podniósł — do góry ulata —
Zadrżała — on ją okiem dogonił na niebie —
W niebie — w ziemi — on jeden — on Bóg — on zna siebie,
Wstaje — myśli że głową obłoków dostanie,
Że wielki!! — Kiedy nagle z rąk mu pada księga,
W duszy coraz to mniejsza przestrzeń widokręga,
Przed okiem znowu tylko pokój — księgi — banie!
Wszystko tak jak przed chwilą; sługa przy drzwiach czeka;
Na stole świece — ogień skry dokoła ciska —
A dusza! — dusza, która Boga była bliska,
Jako pielgrzym do domu, wraca w kraj człowieka!!
« Precz mi z oczu,» drzwi wskazał — sługa na znak idzie.
On nie zniesie ażeby człek go jaki w wstydzie,
I to przed sobą samym, przydybał z nienacka.
Gdy wyszedł, znów krokami zadrżała posadzka,
Wacław samotny chodzi: «Niechaj gmin zwyczajny
« Serce swoje jak papier na jaw pokazuje!»
Wacław inny — im większą boleść w sercu czuje,
Tym bardziej w słowach skąpy, w myślach swoich tajny:
Przejrzeć go jednak można! spojrzyj mu w oblicze,
W oczy, na usta jego — i choć świadkiem gardzi
Myśli swoich — wyśledzisz myśli tajemnicze;
Wyśledzisz, że od ludzi, cierpi, czuje, bardziej.
Oczy ma jasne — przecież jakaś mgła, powłoka,
Jakoby w żalu ciągłym wieczna łza stopiona,
Spojrzenie mu łagodzi, żar mu studzi oka.
Na usta śmiech nie zbłądzi — ale nieraz z łona
Dawniej może z potrzeby, dziś zwyczajem częstym,
Westchnienie się wyrywa i na ustach kona.
Czoło jego ściemnione spadkiem włosa gęstym,
Krok wolny — twarz bladawa — i zwyczajne szaty
Czarne i zaniedbane dodają żałoby.
A kto słyszał głos jego, gdy mówi — i ktoby
Ludzkie serce rozumiał, ten zrozumie postać.
Lecz myśli jego tajnię, daremnie kto bada;
Jak z przepaści nic z niego nie można wydostać;
Gdy kto mówi do niego, krótko odpowiada,
Sam nigdy nie zaczepi — dlaczego? — nikt nie wie.

Czasem słów kilka znanych z pism lub ojców świętych,
Z dumą rozumnym ludziom prędko rzeknie w gniewie,
I zamilknie — czasami nie skończy zaczętych,
Jakoby słów żałował — może być że z dumy
Albo że głupstwem mieni zwyczajne rozumy.
Był czas i on pracował — nieraz zorze ranne
Bezsennego zdybały przy książek czytaniu,
A gdy późno w noc usnął, wstawał o świtaniu.
Znękały go zapewne prace nieustanne,
Bo później długo w rękę żadnej książki nie brał.
Dziś znów szał przyszedł dawny — nad stołem od rana
Zasiadł i tysiąc książek prędką dłonią przebrał,
Czytał i składał znowu — do skąpca podobny,
Któremu choć na rozkaz skrzynia złotem tkana,
On się z tem złotem zamknie, jak pająk osobny,
I liczy i przelicza, lecz chleb suchy gryzie.
Jedna przecież w Wacławie wielka jest odmiana:
Dawniej — myśli powagą ksiąg trzymane w ryzie
Nie wznosiły rokoszu chociaż jarzmo czuły;
Dziś inaczej — sam siebie w odmiar nauk kładzie,
I jak śmiało rozdarłszy ornaty i stuły,
W serce, w czyny religji posłanników wgląda,
Tak dziś nauk zdarł formę, i w myśli osadzie
Nie sentencji, nie zabaw — prawdę znaleźć żąda.
Żąda, lecz nie dostrzeże, chyba cień za ciało,
Kreski planów za gmachu węgielne kamienie;
Osobno mur do niego — dach — ściany, sklepienie,
A gmach? — na powiązanie gmachu rąk nie stało.
 
Czuł to Wacław — czuł więcej — bo dumne nauki,
Jako w białość papieru nasadzone druki,
Splamiły mu niewinność — serce mu wykradły:
Tak mówią, że na ludzką krew upiór zajadły,
Gdy ofiarę wybierze z której soki pije,
Ofiara umrzeć musi — lecz zmarła, ożyje,
I mordercy swojego postępując torem,
Znów niewinnych krew chłepcąc, staje się upiorem.
Tym jest rozum nabyty, alboliteż raczej
Tym przez rozum z krwi dusza wyssana, człowieka;
Jaka śmierci opieka, taka jej opieka;
Komu serce drga w piersiach, temu nie przebaczy:
Czujesz świata cudowność i myśl w świecie bożą?
Nauki ci świat, Boga na części rozłożą;

I poznasz błąd twój dawny — kiedy niebo gromy
Ręką rzuca olbrzymią, błysk świeci po błysku,
To chmury trą się z sobą — a co chmury, niebo,
Fizycy wytłumaczą, wiedzą astronomy.
Kochasz się — patrz, czy miłość przyniesie co w zysku,
Gdy nie — miłość jest głupstwem bo pieniądz potrzebą.
Masz przyjacioł, ojczyznę? jeśli kraj cię wzywa,
Rozpatrz się, jakie cele, korzyści i skutki;
Czy co zaczną, dokończą, czy pora szczęśliwa,
Czy po nagłej rozkoszy nie nadejdą smutki;
Inaczej — niechaj inni krew swą marnie leją,
Tobie lepszej przyszłości cieszyć się nadzieją!
 
Wacław przecież za dumny, aby nakształt węża
Zatruwał jadem złego niewinności serce:
Toć on sam w pomoc książki nie wziął lekkomyślnie!
Kiedy blask wiary dawnej zciemnili mu księża,
Myślił tedy że z nauk iskrę po iskierce
Zsypując, znowu światłem jasnym duch zabłyśnie.
Oszukał się okropnie! — rozumowań słowa
Słyszał ciągle — w nich jakaś treść — ziarno — osnowa,
A duszy ani śladu. — Czasem, niecierpliwie
Rzucając książkę z ręki wołał na głos cały;
« Gdzież jest bóstwo, które ja w piersiach moich żywię?
« Przyjaźni zapał — miłość — wolności zapały,
« I myśl co człeka tworzy i różni od zwierza?
« Gdzie jest Bóg, stwórca świata?» — Książki nie wiedziały!
One jak taktyk stary, gdy wojnę zaczyna,
Zwycięztwo liczbą kreśli — ustawi żołnierza,
Ale mu wiara wyższa nie staje jedyna.
Wiedzą ile jest zwierząt, zkąd która roślina,
Tylko czem zwierze, kwiatek; czem człowiek — nie doszli,
Byli i tacy prawda, co innych przerośli
Myślą o rzeczach wyższych, lecz w ich nauk szkole,
Kto wytrzyma? gdy w słowa myśl — jak w nurt potoku
Ziarno zboża rzucone, tonie — a na dole,
Na dnie choćby i rosło — nie dojrzeć je oku!
 
« Rozbrat więc z niem wieczny,» — pomyślił — wykona.
Wacław czucia i myśli na frymarkę nie ma;
Raz jeszcze w świat ów martwy zatoczył oczyma
Dzisiaj — i nic nie znalazł — dusza przesilona,
Kurzem już żyć nie może, głupcom ku podziwie.

Z pogardą więc pchnął stolik ręką niecierpliwie,
Słowa na wpół ucięte, niewyraźne zrazu
Chwilowo usta miecą, aż w głosie pomału
Wyraz się coraz bardziej łączy do wyrazu,
Z dumań wypada mowa — jak deszcz śród upału:
« Niechaj mól życie nędzne w starych księgach pędzi,
« Niech się w kartę zbutwiałą z ciekawością wżera,
« Moja ręka na próżno tysiąc ksiąg otwiera,
« I warzy doświadczenia z tysiącznych narzędzi
« Któż jak ja, z potem czoła męczył się i czytał?
« Dziś gdym na równi z wami, gdybym się zapytał
« Czegoście nauczyli i co sami znacie,
« Wstydby wam czoło, serca i rozum wypalił,
« Jeśli wstyd znacie jeszcze — wam, gdybym się żalił!
« Zamknijcie księgi dumne, i w nauk warsztacie,
« Na każdej ścianie, każdej książkowej okładce,
« Zapiszcie jedną prawdę — wypadek zagadce;
« I ja z wami zapiszę: że człowiek zrodzony
« By wszystkiego dociekał, sam niedocieczony!

CHÓR MŁODZIEŃCÓW w oddaleniu.

Hulajmy, hulajmy — póki w worku grosze,
I dziewczyna jak malina,
Młodości po trosze — młodości po trosze.
Tańcujmy, tańcujmy — póki noga skoczy;
Toć jest śpiewka — toć jest dziewka,
I skrzypek ochoczy — i skrzypek ochoczy!
Dziś pijmy, — kiedy gardziel sucha;
Dobry miódek, i dzban wódek
U naszego drucha — u naszego drucha,
Bo potem, bo potem — starość nas opęta,
Młodość zniknie — człek odwyknie,
Odwykną dziewczęta, odwykną dziewczęta.

CHÓR STARCÓW.

Bodaj to czasy dawne — człowiek miał pieniążki,
Piękne śpiewki, choże dziewki,
Od nich cacka, wstążki — od nich cacka, wstążki.
Każda się uśmiechała — każda była rada,
Dziewka, wdówka — z mego słówka,
Dziś żartują z dziada — dziś żartują z dziada,
Nawet przyjaźń inną była — dobrzy przyjaciele
Wsparli ciebie w twej potrzebie,
Dziś nie warci wiele — dziś nie warci wiele.
Piję więc zdrowie dawnych — starcze w ręce twoje!

Choć w pamięci, niechaj święci
Człowiek szczęście swoje — człowiek szczęście swoje.

Śpiew ustał — przepadł drogą — w mętnym tonów zlewie;
Tylko echa dalekie zawrzasły po śpiewie
Coś o szczęściu i znikły — przy rozbiegłym chórze
Ciekawych gwiazd tysięcy, księżyc na lazurze
Twarz swoją bladą chyląc z błękitnego łoża,
Na którym zadumany żegluje w przestrzeni,
Włosy swe w kształcie srebrnych rozwiesił promieni;
Rzekłbyś, że czołem bije u niebios podnóża.
I z okna dworca widać — czy muru kobierce?
Nie, to postać Wacława po murze się łamie,
I ku ziemi roztacza coraz większe ramie,
I rośnie, jako płomień zawarty w iskierce,
Gdy wiatr zarzew rozdmucha, rozprzestrzeni gwałtem;
Aż w końcu cień olbrzymim ziemię dopadł kształtem,
I zniknął — słyszeć tylko, jak się okno zwarło;
Szyby brzękły z łoskotem, a ganek głęboki
Głucho odbił — znajome — prędkie — mocne kroki,
Cicho — tylko po chwili dozorcze psa garło,
Szczekaniem kilkakrotnym wiejskie strzegąc domy,
Dało znak, że ktoś po wsi przeszedł nieznajomy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Garczyński.