Wacława dzieje/Wacława młodość/Obcy człowiek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Garczyński
Tytuł Wacława dzieje
Rozdział V. Obcy człowiek
Wydawca Księgarnia Luxemburgska
Data wydania 1868
Druk bracia Dunon i Fresné Rouge
Miejsce wyd. Paryż
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

V.
OBCY CZŁOWIEK.

Za wioską stała karczma — przy karczmie trzy drogi
W różne ciągnęły strony — jedna szła ku miastu,
Druga w lewo — a trzecia pełna głogu, chwastu,
Dawno widać nie tknięta od człowieka nogi;
Do zamku pono wiodła za dawnego czasu
Rycerzów tych okolic — dziś bujna w pokrzywy,
Przerzynając wężykiem urodzajne niwy
W gęstwinę wchodzi leśną i ginie śród lasu.
Słup drewniany przy drodze, i krzyż nad mogiłą,
Oto wszystko co widzieć na rzut oka było.
Tylko gdy pies zaszczekał przeraźliwym głosem,
A na hasło zbudzone kądle wioski całej,
Długim, przeciągłych wrzaskiem nagle zaszczekały,
Z krzyża, wrony przelękłe rwały się ukosem,
I śladem drogi starej gdzieś lecąc na prawo,
Odciągały z łoskotem i szumem i wrzawą;

A ze wsi jakaś postać, niewyraźna z razu,
Coraz to prędszym krokiem, gwałtowniejszym bieży,
I im bliżej podchodzi, tem oddycha szerzej
Aż w końcu u starego staje drogoskazu.
I spoczywa — tu zmiana całego obrazu:
W karczmie jakby z pod ziemi śpiew, tańce, kapela,
Słychać: grzmią śmiechy, krzyki, hulanka, zabawa.
Wędrowiec okiem gniewu, na około strzela
I opuścił drogoskaz — idzie bliżej — stawa:
« Oni się bawią — słudzy — a pan wasz majętny!
« Napiętnowany pracy i rozpaczy godłem,
« Na świat cały — rozkosze — wszystko obojętny.
« Marzyłem — ach okropnie duszę mą zawiodłem!
« Oni się bawią — słyszę ich śpiewy, ich tańce,
« A pan wasz! — panu gdyby świat rozwiódł swe krańce,
« Ciasnoby jeszcze było! — gdyby Rzym, trzy Rzymy
« Dla niego ogniem buchnął, roztoczył się w dymy,
« Nudnoby jeszcze było! — gdyby nektar boski,
« Anieli w złotych czarach przynieśli mu z nieba,
« Gorzkoby jeszcze było — gdy oni — bez troski
« Mając zaledwie codzień kęs suchego chleba,
« Swiat w duszy ciasny jak ich codzienne potrzeby,
« Szczęśliwi i spokojni. — A nam — a mnie żeby
« Bóg się w płomiennym krzaku pokazał Mojżesza
« I morzem wszystkie świata wylały się skarby,
« Mnieby Bóg nie pocieszył — mnie jednego dar-by
« Żaden świata nie zajął — jak dziś nie pociesza!»

ŚPIEWY W KARCZMIE.

Hulajmy, hulajmy, póki w worku grosze!
I dziewczyna, jak malina
Młodości po trosze — młodości po trosze.

JEDEN Z MŁODZIEŃCÓW.

Pisz pałkę, krysek nie chcę — wódki tu! pół kwarty!

STARY ŻOŁNIERZ.

W marjasza? — kiksa! ćwika? — karty! kto chce w karty!
Śpiewa sobie:
Hej! tam na górze,
Stoją rycerze!
Puku, puku, w okieneczko
Otwórz, otwórz panieneczko,
Bo ułan jedzie!

MŁODZIENIEC.

Jakież nudy przeklęte! siedzicie jak mruki.
Bodaj was kaduk porwał! — lepiej zbijać bruki
Niż w takim żyć barłogu —

DRUGI NA PÓŁ PIJANY

A w jakim barłogu?
Ej z nami nie zaczynać!

PIERWSZY.

Patrzcie — daj go Bogu!
Zuch, frant, tego mi trzeba!

DRUGI.

Milcz, ty darmojedzie!

PIERWSZY, porywając się.

Co? mnie? ty kręciwąsie, moczymordo, trzpiocie,
Ja cię gwizdać nauczę!

JEDEN ZE STARYCH.

Sąsiedzie, sąsiedzie!
Po co te swarki głupie przy naszej ochocie?
Toć Cygan się obwiesił dla dobrej kompanji.
Hej wódki! czyż to od nas lepsi są cygani?
W ręce wasze!

MŁODZIK DO DZIEWCZYNY.

Tam miejsce — u tamtego stołu
Przy miodu szklance sporej siądziemy pospołu.

NAUCZYCIEL SZKÓŁKI do mieszczanina.

Ależ ja wam tak mówię — Ksiądz dziś na ambonie
Nie o tem prawił — mówił o Chrystusa zgonie
O jego śmierci za nas.

JEDEN Z MŁODZIEŻY podając szklankę bakałarzowi.

W ręce panie kumie!

NAUCZYCIEL.

Dziękuję — człowiek niby czasem zarozumie.
Słówko jakieś, i zaraz chce kazanie prawić.

MŁODZIK pokazuje na szklankę.

To mi to jest kazanie, lepiej się zabawić!

MIESZCZANIN.

Ależ przecie jam myślił...

NAUCZYCIEL przerywając mu.

W waszej mózgownicy,
Wygląda jako w pustej odludnej dzwonnicy:
Jeśli człowiek nie przyjdzie, serca nie poruszy
Cicho — rozkołysz serce — brzęk ciebie zagłuszy.

GOSPODARZ.

Prawdę mówi pan Józef — co tam gadać o tem!
Mamci ja innym głowę nabitą kłopotem.
Pokupu nie ma w mieście — robotników mnóstwo,
Dzieci huk — żona krzyczy — wszyscy krzyczą chleba;
O tem to raczej myślić i mówić potrzeba,
Jakby powiększyć zakup a zmniejszyć ubóstwo,
Niźli bajać w około co tam ksiądz zapowie.
Nad wszystko panie bracie, milsze życie, zdrowie!

NAUCZYCIEL.

E, bo wy też znów tylko myślicie o grdyce.

MŁODZIK.

Cóż to znaczy, czy ducha nie ma już w muzyce?
Rżnąć od ucha — niech skrzypek odwrotnego utnie.

JEDEN ZE STARSZYCH.

Kościuszki!

DRUGI.

Dąbrowskiego!

WSZYSCY.

Kościuszki — hej, zgoda,
Tylko żwawo i ostro!»
— Rozmowy i kłótnie
Ustały jak deszcz, kiedy zaświeci pogoda,
Albo gdy kur zapieje, złych upiorów harce.
Na jednej stronie w myślach zatopione starce,
Słuchając znanej nóty w milczeniu głębokiem,
Spoglądali na młodzież smutnym, łzawem okiem.
Dalej chór śpiewał nótę — lecz w tej nócie słowo,
Tak dziwnie w ustach brzmiało młodzi śpiewającej,
Tak każdy ton był czuły, i wolny, i drżący,
Że wziąłbyś hymn wesela za pieśń pogrzebową,
Albo za pieśń rozstania i zimnej rozpaczy,
Wacławowi jednemu inaczej się zdało;
Wacławowi jednemu zabrzmiała inaczej:
Bo w myślach, w duszy jego, obudziła ciało,
Ciało z letargu, wspomnień wywołała znakiem,
Uczuł że ma ojczyznę — wspomniał że Polakiem.
Tak często tonącemu w bezdennej topieli,
Rzuć z brzegu nitkę słabą rwącej się kądzieli,
On za nić jak kotwica za grunt morski chwyci:
Ale patrz — ledwo sięgnie — wiotkie rwą się nici.
Tak słowo w dobrej ludziom powiedziane chwili,
Jak trąba archanioła, stworzy ich czem byli.

« Ojczyzna! — krzyknął Wacław — o dzięki wam, dzięki
« Za znak życia nowego! — póki stanie ręki,
« Ręka do niej należy — póki myśli stanie,
« Myśli jej niechaj będą! — Zabłysło zaranie
« Świateł nowych — Bóg w nowej zabłysnął postaci.
« Nie w księgach go wynaleźć: On w żywocie braci
« Mieszka jak w swym kościele, jak w arce przymierza!
« Niebo rodzinne — oto świątyń jego wieża;
« Ziemia rodzinna — oto budowa kościoła;
« A w piersiach tron jest jego — w piersiach głos anioła!
« Posłyszałem — uczułem — rozumiem cię, Boże!
« Chcesz ofiar — ja mój żywot w ofierze położę,
« Przyszły i teraźniejszy — chcę jak lud na puszczy
« Łaknąć, byle ojczyźnie tem pomódz można;
« Każda myśl moja, będzie jako hymn pobożna,
« Język mój ustom, słowa samej czci poduszczy,
« W modłach noce przepłaczę, dni przemęczę w trudzie
« Tylko niech kraj mój wolnym — wolni będą ludzie!
Tak Wacław rzekł ze łzami i padł na kolana.
Lecz i śpiew nagle ustał — czyby okna ściana
Mowę jego w głąb wniosła? — i słuchacz ciekawy
Chciał śledzić jego myśli i mowy i sprawy!
Wacław z obawą, trwogą, porwał się z pośpiechem.
Inaczej przecież było — płacz się mija z śmiechem
Na tej ziemi, jak orszak weselny z pogrzebem,
Albo słońca blask czysty z zachmurzonem niebem,
W karczmie, kędy przed chwilą zadumani wszyscy
Śpiewając piosnkę dawną płaczu byli bliscy,
Zapomniano o smutku, śmiano się z kolei:
Bo jakiś nieznajomy, krzepki, rzeźwy, młody,
Wszedłszy nagle do karczmy, zażądał gospody,
I zdumionym młokosom plótł smalone duby.
To w dowcipnym słów zwrocie wspomniał o nadziei,
To śmiał się z zbytniej starcom właściwej rachuby.
I przepijał niezgorzej do gromady całej.
Z ubioru zdał się Polak — z wzrostu nie był mały,
Wytartą miał bekieszę, pas u niej wytarty,
Przecie śmiech wiecznie prawie do twarzy przyrosły,
Oczy bystre — włos rudy — nos w górę zadarty,
Nie najlepsze świadectwo duszy jego niosły.

W ręku kij i tłomoczek na plecach zwieszony,
Świadczyły podróżnego — jakoż gdy pytano,

Zkąd idzie, rzekł z uśmiechem, że dziś wyszedł rano
Z miasta o pięć mil drogi — że rodzinne strony
Chce zwiedzić, bo tam pieniądz ma do podniesienia,
Właściwie z Zgorzelskiego księztwa prosto idzie[1].
Dodał w końcu twarz niby zapuściwszy w wstydzie:
« Co się zaś tycze mego nazwiska, imienia,
« To ukrywam, bo z resztą komuż chodzi o to,
« Kto tam teraz ciekawy jak się kto nazywa?
« Jan, Paweł — Niemiec, Polak — czyż to daje złoto?
« Imię spasłym nie czyni — więc lepiej z ochotą
« Wypić jeszcze!»

(Śpiewając przytłumionym głosem jak gdyby dla siebie, tak jednak żeby go wszyscy słyszeli.)

« Gdzie dobrze urodzajna niwa,
« Pop ma litość, król z ludem przyjaźń zobopólną,
« Gdzie wszystko myśleć wolno, wszystko mówić wolno,
« A sędzia ubogiemu sprawiedliwość przyzna;
« Tam kraj mój — moje imię — rodzina — ojczyzna!»
A czyż jest kraj gdzie taki? zawołali młodzi,
Dziwnie kręcąc głowami — « czy jest? — odrzekł na to —
« Zapewne kiedy człowiek nigdzie nie wychodzi,
« I życie spędzi między stodołą i chatą,
« Trudno żeby go znalazł, i wy nie znajdziecie
« Ale świat jest obszerny, dziwy różne w świecie!
« Wódki tylko, hej wódki, cuda wam opowiem.
« Tylko pijcie, jakiemże rozpoczniemy zdrowiem?
« Dziewcząt ładnych! nie prawda? — niech żyją dziewczęta!
« Co mają piersi pulchne i lubieżne oczy.

(Piją wszyscy powtarzając zdrowia.)

« Drugie zdrowie! młodzieży ochoczej!
« Lepszy młodzik pijany, niż osoba święta.
« Niech żyje jak przystoi!

(Piją.)

« Hej — na trzecie wódki!
« Wesołości i śmiechom — niech przepadną smutki.
« Więc śpiewać! — kto zaśpiewa? — ha — pieśń na myśl wpada.
« Słuchajcie tylko pilnie» — to rzekłszy usiada
A cała koło niego kupi się gromada:

Na pewnego króla dworze[2]
Żyła wielka, piękna pchła
I kąsała, była zła.
A cóż pyszczkiem pchła nie może!

Król piękności każdej znawca,
Kochał ją jak dziecko swe,
Dla tego że dobrze ssie,
Toć dla niej zawołał krawca.

Krawcze, rzecze, weź mu miarę
Paniczowi zrobisz frak,
I wykroisz sukno tak,
Żeby miał i spodni parę.

Pchła się stroi w axamity,
Na ramieniu duży pęk,
Orderowych wiesza wstęg,
Na piersiach ma krzyż wyszyty.

A że i wykręty w głowie,
Skoczne nogi koło łba,
Pieczęć państwa, władzę ma.
Pchłami wszyscy są panowie.

Była ich ogromna mszyca,
Cały był kąsany dwór,
Król, królowa, dwoje cór,
Babka, ciotka, siostrzenica.

I nikt nie mógł się podrapać
Bo nie drapał pan i król.
Co za męka, co za ból,
Kiedy pchły nie można złapać.

WSZYSCY ŚMIEJĄC SIĘ NA GŁOS.

Ha, ha, ha, to komedja!

MIESZCZANIN, poważnie do nieznajomego.

Ale gdzież podobna
Ażeby pchła tak mała, gadzina tak drobna,
Miała mieć frak i spodnie, pęk orderów przytem.
Toćby trzeba żeby frak był dla niej szytym

Chyba łapkami mrówki, i tkanką pajęczą,
Dla tego niech mi wszyscy ludzie za to ręczą
Ja wierzyć w to nie mogę.

WIELU.

Jaki on też głupi!

OBCY CZŁOWIEK.

Dobrze mówi — któż kota w worze ślepo kupi.
Na tym świecie wątpienie do mądrości drogą.
Lecz do rzeczy — widziałżeś drzewa liść co wiewa?
Nie prawda że ma szewki — a krawiec zkąd? z drzewa.
Gdy więc drzewo tak szyje, cóż ludzie nie mogą!

JEDEN Z MŁODZIEŻY do drugiego.

A to mu jak kotowi utarł z pyska mleko.

DRUGI.

Widać że się gdzieś w świecie wycierał daleko.

OBCY CZŁOWIEK, wciąż dalej mówiąc.

Wszak dziś już po powietrzu latają nad ptaki,
Owym worem dymami zkądsiś wydmuchanym,
Mierzą słońce i księżyc — wiedzą gwiazd przechody,
I jeszcze czas nadejdzie, dziwaczny czas jaki,
W którym człowiek nie kontent że jest ziemi panem.
Węborkiem czerpać zechce w chmurach czystej wody.

(Wszyscy milczą — Nieznajomy znowu po niejakim czasie dalej mówi.)

Wy prawda, biedni ludzie — wy nie wiecie o tem.
Dla panów waszych z czoła pracujecie potem,
Dla drugich! — a ci drudzy! — wściekłość mnie pożera!
Każdy z nich próżniak, skąpiec, obłudnik, kostera,
Robi z wami jak z młynkiem, co mu się podoba —
Ależ prawda — was święta uczyła osoba,
Choć świętość więcej grzeszy niż wy wszyscy razem,
Że panów słuchać — wiecznym religji rozkazem —
Że —

JEDEN Z MŁODYCH przerywając.

Co tam gadać o tem — nie zmienić wszelako.
Lepiej więc Waszmość powieść kredensuj nam jaką!

WIELU.

Powieść! coś o pchle znowu!

KILKU.

Nuże — wódki żwawo!

OBCY CZŁOWIEK.

Nie mogę — pilno mi jest — zbyt późna dziś pora
Gdzie jutro stanę ledwie — miałem już być wczora,

A i jutro uciecze z dzisiejszą zabawą.
No! — zresztą — jedną jeszcze — ale pod warunkiem
Że potem ni pytaniem, ni mocą, ni trunkiem,
Niczym mnie nie wstrzymacie.

KILKU.

Spiesznie mu za katy!

OBCY CZŁOWIEK.

Przed stu, dwustu może laty,
Kościelne wychudłe szczury,
Widząc co dzień msze — ornaty,
Wszystkie razem wyszły z dziury,
Bo im bardzo w gust przypadło,
Naprzód białe prześcieradło,
Dalej pasek a za paskiem,
Ornat ze złotym obrazkiem.
Lecz krom tego, co nie lada.
To, co ksiądz codziennie zjada.

Więc na radzie jeden rzecze:
Do pomysłu dobra pora,
Proboszcz gdzieś wyjechał wczora —
A zwodne zmysły człowiecze,
Jutro więc niech na dzwonicy
Kilku w spiż wali ogonem;
Ręczę, wszyscy katolicy
Na mszę przyjdą za tym dzwonem,
A ja w ornat się ubierę,
I zaśpiewam miserere.

Jak uradził tak się stało:
By czym przykryć szczurze ciało,
Strzygli ornat przez noc całą.
Gdy się na niebie dzień bieli,
Był to właśnie dzień niedzieli,
Koło siódmej zadzwoniono.
Cóż? — zaledwie w dzwon urżnięto,
Katolików na mszę świętą,
Jedno, drugie wali grono.
Szczur na ołtarz wlazł w gałganie
Inni grali na organie.

Próżna praca — modlitw, płaczu,
I krząkania, dzieci krzyku,

Było wprawdzie aż bez liku,
Lecz któż myślił o kołaczu?
Próżno szczurek okiem strzyże,
Rychło która pani matka
Przyniesie choć kęs opłatka;
W ręku same książki, krzyże,
Więc z ołtarza prędkim szustem.
A i kościół stanął pustym.

Sród odludnej, chudej fary,
Szczury więc na radę znowu.
Wtenczas ojciec siwy, stary,
(Wszystkie były jego chowu)
Tak im rzecze: głodni, chudzi,
Cóż nam zwodzić ludzi potem;
Głupstwo prawda w sercu ludzi.
Ale w myślach człowiek kotem,
Nuż nas zdybie! — lepiej zatem
Będąc szczurem, przestać na tem!

Wacław z całej powieści nie stracił syllaby,
Odgadł ją — wyrozumiał — i zdradę ocenił,
Chciał wołać — lecz głos jego przesilony, słaby,
Skonał w ustach. — Wzniósł rękę — ręka mdła upadła;
Spojrzał — źreniczne oba ciemnią się zwierciadła,
A twarz jego żar jakiś rozpalał, rumienił,
To znowu jak z zapału ostudzona bladła.
I Wacław był podobnym do owych zbrodniarzy.
Którym sędzia gdy wyrok z dziejów czyta zbrodni,
Czucie winy, występku jako strach przechodni,
Siły zniszczy — wzrok stępi — i siądzie na twarzy.
Słuch jeden zimny został — słuch — ów świadek skryty
Tysiąca grzesznych myśli — jak Tantal niesyty,
Jako skąpiec łakomy, bystry jak sumienie,
Podobny do Charona co przewozi cienie,
Na powodzi zdań własnych, żeglarz myśli innych
Sto razy potępionych, raz może niewinnych!
On umie wszak i zdania dla wiecznej katuszy
Podobieństwem złowionem — śpiewem — słowem — rysem,
Wpędzać w duszę, lub raczej wywoływać z duszy,
Jak mistrz z księgi gdy karty obciążył zapisem.
On śpiew przejął — już ucichł — drzwi skrzypły w zawiasie
Szmer jakiś — i większy — coraz większy — głosy!

Byli to starcy, którzy krzyczeli po czasie
Językiem prawdy wiecznej: « Nieszczęsne młokosy!
« Miecz boskiej zemsty na was z nieba ciężko spada.
« Słuchacie głosów kłamstwa pożądliwem uchem,
« Opętani jesteście nieczystości duchem,
« Poprawcie się bo biada, stokroć na was biada!»
Ledwie zmilkli, ktoś przeszedł jak kłąb liści z szumem,
I w kształt ognia co z dymem wlecze się po ziemi
Zgniłym pniem lub drewnami wzbudzony mokremi,
Schylona jakaś długa przeciągła się postać.
« Stój nędzny» — krzyknął Wacław, jakby wspomnień tłumem,
Do życia przywołany. — « Stój!» krzyknął raz drugi,
« Choćbyś był i szatanem musisz kroku dostać!
« Kto ci dał moc kupczenia twym nędznym rozumem?
« Trujesz ludzi pod barwą zabawy, usługi;
« Plamisz im czystość duszy, obudzając chęci,
« Których nigdy dopędzić, uiścić nie mogą,
« Jak złodziej drzesz się w serca — wyrywasz z pamięci
« Wszystko co świętem mieli — świętość depczesz nogą!
« Szatanie czy człowieku! jeśliś twarz człowieka
« Oblekł, by zbrodnie szczepić, jeśli» — tu powieka
Odsłoniła źrenicę — nie było nikogo.
Wiatr tylko gałęź drzewa przeginał z daleka,
Słup głuchawo przy drodze skrzypił drogoskazu,
A cień do wytartego podobny obrazu,
Mknął się nagle przed okiem i przepadł gdzieś drogą,
Lecz wrażenie zostało — bo kiedy po chwili
Zamyślony do domu krok Wacław obrócił,
Pozór go jeszcze w myślach uwodzi i myli,
Stawał często i słuchał, jakby pieśń kto nucił.



Przypisy

  1. Kromer nazywa Zagorzelskiem Brandeburgją.
  2. Z Goethego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Garczyński.