W więzieniu/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maksym Gorkij
Tytuł W więzieniu
Wydawca Administracja »Naprzodu«
Data powstania 1904
Data wydania 1910
Drukarz W. Teodorczuk
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Тюрьма
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Maksym Gorki - W więzieniu page07b.png


W

W głuchym bezwładzie ciszy pogrążony, w cichości, w której dźwięk każdy zabrzmiałby jaskrawo, rozgłośnie poczuł Misza, że rośnie duma jego.
...Pośród setek, on jeden miał odwagę zbuntować się — stawić opór i przeciw gwałtowi zaprotestować... Pamięta od łez wilgotne oczy dziewczynki... cóż się z nią stało? Może jej się udało uciec i oto teraz siedzi w swej izdebce i opowiada przyjaciółkom, jak jakiś smukły młodzieniec o jasnych włosach i niebieskich oczach, z których się sypały iskry gniewu, płomiennymi słowy wzywał do walki, z uciskiem niosąc zapał w tłumy ludzi i żądzę boju o swe prawa.
I blada twarzyczka dziewczyny promienieje zachwytem...
— Czy ją też kiedy spotkam? — pyta się siebie samego rozmarzony Misza i uśmiecha się. Wysoko, na czarnem niebie, strasznie, strasznie wysoko błyszczą gwiazdy — ledwie je widać przez straszliwie brudne szyby. Misza wsunął rękę między pręty kraty i otworzył kwaterę okna. Buchnęło mu na twarz zimne, nocne powietrze i równocześnie doszedł silny, miły odgłos miarowych kroków.
— Warta, — więzienie... — a jednak nie ciężkie to i nie straszne! — myślał Misza, wspominając straszne opowieści o więzieniach. I dodał z pogardliwym uśmiechem, odrzucając dumnie głowę w tył:
— Neurastenicy!
Było mu miło, iż nie odczuwa przygnębienia, że więzienie nań nie oddziaływa deprymująco, że serce jego tętni równo i spokojnie...
Gdyby wszyscy ludzie — myślał — razem, jak ja odważnie — rzucili się na to co im tamuje drogę, co im zacieśnia życie... i wydało mu się, że po jednym takim ataku, po jednym czynie, życie stałoby się zaraz miłe, pogodne, spokojne...
Przyszła mu na myśl jego gospodyni, od której odnajmywał stancyę. Lubiła go ona za pogodne, zawsze jednakie usposobienie i traktowała jak syna. Pewnie się bardzo zmartwi, gdy ją wieść dojdzie o aresztowaniu... ale niezawodnie nie omieszka przysłać mu pościel, bieliznę i obiad... zapłacił przecież za miesiąc z góry. — Przerazi się też i siostra. Ale mąż jej potrze sobie, jak zawsze, łysinę i powie z westchnieniem:
— Ha, trudno, niema rady! Tego można się było spodziewać...
Szkaradny człowiek ten szwagier... — ale co prawda dobrali się w korcu maku... mieszkają w tej zakazanej Kałudze, dostają 1000 rubli rocznej pensyi i nie pragną niczego więcej...
Czarne, rozwichrzone chmury przelatywały szybko. Kryły się za nie gwiazdy, i wybłyskiwały znowu po chwili na ciemno szafirowym skrawku nieba... Misza bez zmrużenia powiek wpatrywał się w nie, a myśli jego wirowały powoli, ciągle zmieniając się, ciągle wypierając wzajemnie.
Przyjemnie będzie opowiadać o więzieniu tam... — na wolności... niedługo może! — myślał... Może spotkam tę samą dziewczynkę. Ujrzał znowu bladą, czarnymi kędziorami otoczoną twarzyczkę, oczy z których wyzierała troska i gniew. I powstało w nim pragnienie napisania dla niej wiersza. Zamknął oczy, pomyślał i wyszeptał w kilka minut potem w podnieceniu:

Hen z nieba ku ziemi mrugają
Gwiazd roje rzucone w zaświaty.
Lecz w Rosyi wolności nie mają,
I błyszczyć tu muszą przez kraty.

Czterowiersz wydał mu się piękny i mądry. Ucieszony, zeskoczył z okna i począł chodzić po kaźni, śmiać się i powtarzać głośno:

Ach! w Rosyi wolności nie mają
I błyszczyć tu muszą przez kraty...

— Mówić nie wolno! — rozległ się półgłośny niespokojny szept.
Misza przystanął i przez kilka sekund patrzył w połyskujące w okienku oko dozorcy.
— A czemu nie można? — spytał wreszcie zniżając mimowoli głos.
— Zakazane! — szepnął dozorca — uspokój się pan! — dodał równie cicho.
Miszy wydało się, że oko połyskuje teraz inaczej — jakieś ożywienie zeń patrzyło i komiczna trwoga.
— Ale czemu? — spytał Misza, zbliżając się do drzwi i śmiejąc się z cicha. — Prócz pana nikt przecież nie słyszy... czyż pana mój głos razi?
Pochylił się do okienka, poczuł na twarzy gorący oddech i posłyszał surowe słowa.
— I czemuż się pan śmiejesz, panie student? Czyż pana tu na śmiech wsadzono?
— Ale powiedz mi pan... począł Misza.
Oko dozorcy znikło, cisza zapadła na nowo. Misza wsadził głowę w okienko i zobaczył przed sobą w półcieniu kurytarza ścianę pomalowaną żółtą farbą, a na niej ciemną plamę, silnie żelazem okutych i na ogromny zamek zamkniętych drzwi. Pośrodku drzwi błyszczał okrągły, jasny otwór...
— Panie, panie! — wyszeptał Misza. Czekał na odpowiedzi daremnie. Co za dziwny człowiek, pomyślał i serce mu się ścisnęło boleśnie.
— Spokój! — pod oknem rozległ się głuchy, zachrypły obojętny głos. Szczęknął o ziemię karabin. Misza wyskoczył znowu na deskę pod oknem.
W ciemności żołnierz z warty mruczał pospiesznie, przyciszonym głosem.
— Dwanaście okien, dwie budki szyldwacha.
— Hej, Czuwacz! — rzekł ktoś chrapliwie. — Gdy zobaczysz, że z okna wychyla się głowa, albo ręka... uważaj, nie strzelaj!
— Tak toczno!
— Pamiętaj! — bo oberwiesz jak niedawno, — Bykow... wytłumacz mu dokładnie...
W ciszy słowo każde jest jak iskra jasne i wyraźne.
— Gdy zobaczysz, że ktoś wygląda przez okno... nie strzelaj... rozumiesz? — mówi głęboki bas.
— Tak toczno!...
Dwa te słowa wymówione łamanym rosyjskim językiem brzmią smutno, trwożnie...
— No, a jakby ktoś wylazł przez okno i biegał tu i tam... to co wtedy... — wiesz?
— Tak toczno!
— To wtedy zawołaj zaraz: Kto idzie?... i tak do trzeciego razu, a potem strzelaj, ale tylko w górę, by przestraszyć... rozumiesz... a potem strzelaj do uciekającego... — albo go bij kolbą, albo kłuj bagnetem... — jak ci będzie wygodniej... rozumiesz?
— Tak toczno!
— A teraz chodź stąd dotąd... i patrz po oknach... tak.. a nie poważ się zasnąć!
— Nie!
— No, naturalnie ty ośle jakiś! A teraz powiedz mi kiedy masz strzelać?...
— Gdy ktoś na czwo... czorakach będzie wyłaził...
— A jak przejdzie prosto przez ścianę?
Milczenie. Słychać czyjś ciężki oddech i jak czyjeś buty uderzają niecierpliwie w mokrą ziemię.
— No i cóż durniu jakiś, ha?
— Wtedy — wtedy bić — rozlega się lękliwy, cichy szept...
— A gdy głowa się pokaże w oknie... co wtedy?
Znowu milczenie. — Karabin brzęczy, ktoś spluwa ze złością.
— Co wtedy zakuta pało?... co wtedy ty...
Rozlega się obrzydliwe słowo, którego oddać niepodobna i odgłos, jakby ktoś dłonią uderzył w stół.
— Wtedy, wtedy... nic! — brzmi cicha, ledwie dosłyszalna odpowiedź.
— Kłamiesz! — ryczy bas, — wtedy masz powiedz: Precz od okna!... rozumiesz... ach ty bydle, ach ty głupie bydlę! marsz!
Misza przycisnął się do kraty i usiłował dojrzeć żołnierza, który tak trwożnie i smutnie odpowiadał. Wąski pas przestrzeni między ścianą budynku więziennego, a wysokim, kamiennym murem zalewała noc nieprzebita, a w tej czerni poruszała się zwolna, prawie bez szmeru, mała szara postać z głową do góry zadartą. Jasny języczek bagnetu błyskał w ciemności, jak ryba pływająca w wodzie.
— Precz! — rozległ się szybki, przerażonym głosem wyrzucony okrzyk.
Misza po cichu zlazł z deski okiennej i obejrzał się dokoła. W kaźni duszno było... na szarej ścianie widniało wypisane wielkiemi literami, ołówkiem wypisane, ordynarne, cyniczne przekleństwo... Przeczytał je, i nagle powtórzył głośno... potem spojrzał na okienko w drzwiach, położył się na pryczy i zamknął oczy.
W tej samej chwili błysło w otworze drzwi, ponure rybie oko dozorcy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maksim Gorki i tłumacza: Franciszek Mirandola.