W więzieniu/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maksym Gorkij
Tytuł W więzieniu
Wydawca Administracja »Naprzodu«
Data powstania 1904
Data wydania 1910
Drukarz W. Teodorczuk
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Тюрьма
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Maksym Gorki - W więzieniu page07b.png


W

W więzieniu także miejsca nie było i Miszę osadzono w małej celce, przeznaczonej dla przestępców kryminalnych. Siwowłosy, wysoki dozorca o bezbarwnych, nieruchomych oczach, z podłużną twarzą i spiczastą bródką, zatrzasnął za nim ciężkie drzwi i wsadziwszy głowę w wycięte w nich okienko, rzekł niby przez tubę, głuchym, jednostajnym jak deszcz głosem:
— Jeślibyś pan czego potrzebował, proszę zawołać. Jestem tutaj.
I znikł cicho, jak mysz.
Młodzieniec patrzył za nim chwilę ciekawie, potem pozując trochę sam przed sobą spokojem, począł obserwować celę. Był to mały, wąski pokoik. Po lewej stronie rysowała się gruba, przysadkowata sylweta pieca, zaraz koło niego poczynał się szereg skośnych, brudnych prycz. Było ich cztery. Ostatnia stała tuż pod wielkiem oknem zamkniętem mocną, pokrytą warstwą czerwonej rdzy, kratą żelazną. Między pryczami, a prawą ścianą był pas wolnej przestrzeni, mniej więcej półtora arszyna szeroki.
Oprócz prycz, nie było w brudnej, ponurej celi niczego. Pełne pęknięć sklepienie kamienne, ciężkim łukiem wznosiło się w górę i opadało po lewej stronie niemal aż do poziomu prycz. Łuk ten nadawał celi dziwny kształt, regularnie na dwie połowy podzielonej półkuli. W najwyższym punkcie sklepienia, na prawej ścianie paliła się lampka elektryczna pokryta kurzem, oświetlając okryte plamami rozgniecionych pluskiew i różnymi napisami ściany.
Obok pieca, ponad pryczami wydrapał ktoś gwoździem niezmiernie długie szeregi cyfr — ktoś dodawał, odejmował, mnożył, widocznie chcąc tem zajęciem zapełnić pustką spędzanych tu dni i walcząc ze straszną nudą samotności... Bliżej okna, na ciemnej plamie wyschniętej pleśni wypisane było wielkiemi literami:

Z Wiazmy kompany myśmy dwa
Oj zbiegliśmy świata kawał
Bralim, choć nikt nie dawał,
Bo kupić chleba tsza,
I łykać . . . . . . . . . . .

Misza uśmiechnął się — cóż to może znaczyć »I łykać?«
— Pewnie: »jeść żarłocznie!« — zadecydował spoglądając na szeregi nieforemnych liter rozsianych po ścianie, w jakimś wesołym nieładzie. I oczom jego ukazali się kompany z Wiazmy. Dwa gałgany, zawsze weseli, obdarci, głodni, niczego się nie boją, przed niczem nie cofną, błąkają się bezustanku z jednego miasta do drugiego, jak padnie »biorą choć nikt nie daje« i żyją jak ptaki drapieżne pośród ludzi... Misza odczytał jeszcze raz wiersze, potem nagle uczuł dla tych pogryzmolonych ścian jakąś sympatyę, wesołość go ogarnęła i — roześmiał się.
Za drzwiami rozległy się kroki, ktoś szedł, suwając nogami, głos jakiś przytłumiony, wezbrany złością spytał:
— Czego pan chcesz?
Misza drgnął, obrócił się — przez wycięty w drzwiach otwór patrzyły oczy zimne, nieruchome.
— Wołałeś pan?
— Nie.
— No więc cóż? — pytał natarczywie dozorca wpijając weń wzrok.
— Nic, roześmiałem się... roześmiałem się tylko.
Oczy i głowa znikły gdzieś za górnym brzegiem otworu, a z kurytarza dobiegł głuchy i jak się zdawało obrażony głos...
— Tu śmiać się nie wolno... —
— Zakazane? — spytał dobrodusznie uśmiechnięty Misza.
Nie było odpowiedzi. Z podwórza więziennego dobiegł zgiełk licznych głosów, gdzieś w kurytarzu pluskała woda, w sąsiedniej celi zabrzękły czasem z cicha łańcuchy, a wszystkie te odgłosy zlewały się w jednostajne głuche warczenie, które nie budziło chęci słuchania. Chuda, długa twarz dozorcy, okrągłe jego bezbarwne oczy, szare, krzaczaste brwi, szerokie, pomarszczoną skórą okryte czoło zjawiły się przed Miszą nagle.
— Fedko, zielony potworze! — zgrzytnął ktoś w kurytarzu. Rozległ się śmiech, ktoś przebiegł tłukąc ciężkiem obuwiem pod drzwiami...
— Ciszej tam kozły jakieś! — rozległo się wołanie. Misza westchnął i począł odczytywać napisy. Na sklepieniu, w miejscu do którego sięgnąć można było ręką leżąc na pryczy, ktoś wypisał starannie literami drukarskimi:
»Tu siedział Ignacyef Usof, za zamortowanie żony i Szaszka Gryzłof za udrękę swej, w miesiącu sdyczniu, działo sie roku 1900 wypuściłem imbebehy.«
Misza zadrżał. Zdziwiła go treść napisu, ale więcej może jeszcze staranność, z jaką był wykonany. Czuło się, czytając go, że Ussow wierzył silnie, iż ma prawo mordować.
Misza chciał sobie wyobrazić tego Ussowa, ale nie mógł wymyśleć odpowiedniej dlań postaci... spokojny morderca, fantazyi jego przedstawiał się jako punkt bezkształtny a groźny, a po środku tego czarnego punktu błyszczał matowy, czerwony płomyk.
Za drzwiami rozległy ciężkie kroki. Ktoś krzyknął:
— Spokój!
Zazgrzytało żelazo, drzwi się otwarły i do celi weszli dwaj dozorcy i drugi pomocnik dyrektora więzienia — mały człowieczek, o ciemnej, szpiczastej twarzyczce z mysiemi przestraszonymi ciągle oczkami. Z pod oka spojrzał na Miszę, zmierzył wzrokiem całą jego postać i odwrócił się w milczeniu. Jeden z dozorców, ryży, gruby człowiek z wielkim brzuchem podszedł do okna i zbadał ręką kratę, drugi, którego Misza już znał, barczysty starzec stał nieruchomo w progu kaźni i oczy bez wyrazu utkwił w więźniu. Koło nóg starca prześliznął się i wpadł do celi, niby obłok zimnego powietrza podczas mrozu, aresztant-kryminalista, wepchnął szybko naczynie drewniane, grubo dziegciem wysmarowane pod pryczę i znikł. »Władza« też oddaliła się tupiąc głośno nogami i nie rzekłszy do Miszy ni słowa. Zgrzytnęła ogromna zasuwa, zatrzaśnięto z łoskotem drzwi i władza poszła dalej wzdłuż kurytarza, a za nią płynął szczęk kluczy, coraz cichszy, coraz dalszy.
— Spokój! — do kaźni Miszy doleciał przytłumiony rozkaz.
Gdzieś zaskrzypiał blok żelazny, drzwi jakieś zatrzaśnięto, powietrze drgnęło od wstrząśnienia, niby od strzału, znowu zazgrzytała zasuwa, rozległy się wyraźnie głośne miarowe kroki i Misza posłyszał raz jeszcze groźne:
— Spokój!
Potem zapadła głęboka cisza, jakby naraz całe więzienie owinął ktoś miękką, czarną, nieprzenikliwą dla dźwięków materyę.
Misza poczuł coś, jakby poczynający się ból zęba, ale zaraz zawstydził się tego bólu, potrząsnął głową, wsunął ręce głęboko w kieszenie spodni i poświstując głośno, począł chodzić po celi tam i napowrót.
Czerwone oko dozorcy ukazało się w okienku i suchy, starczy głos wyrzekł spokojnie:
— Nie wolno świstać!
— Nie wolno? — spytał zatrzymując się Misza.
— Rozumie się — odparł stanowczo dozorca.
— Dobrze, nie będę już! — powiedział Misza i wzruszył ramionami.
Przez kilka sekund tkwiło mętne oko w małym otworze w drzwiach, potem zwolna podniosło się w górę; za drzwiami, rozległy się miękkie ciche kroki — oddalały się — ucichły. Z celi sąsiedniej, gdzie siedzili skazani na katorgę, dochodził głuchy, jednostajny odgłos. Pewnie ktoś się modlił, albo opowiadał bajkę. Misza podszedł do okna, wylazł na deskę i z czołem opartem o zimne żelazo kraty zapatrzył się w czarną ciemń nocy jesiennej... Ale tak była głęboka i nieprzenikniona, iż wydało się, że ręka wyciągnięta za okno pokryje się wilgotną, czarną jak sadza warstwą... Gdzieś, w dali odważnie łyskał mały wesoły ognik, a w tej wielkiej, ciemnością zalanej przestrzeni ciasno było i samotnie jak w więzieniu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maksim Gorki i tłumacza: Franciszek Mirandola.