W walce z życiem/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł W walce z życiem
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Pan Adam pędził tymczasem życie, jeżeli nie monotonne, to przynajmniej systematyczne i spokojne. Wstawał późno, wyjeżdżał następnie do biura, około piątej wracał do domu na obiad, wieczory zaś przepędzał niekiedy w resursie, niekiedy w salonach prywatnych.
Z córką widywał się codzień, chociaż, bez względu na obustronne przywiązanie, stosunki ich nie odznaczały się tą serdecznością, jaka wśród innych rodzin ma miejsce. Pan Adam w domu był ciągle zamyślony, albo zajęty, wszelkie zaś objawy cieplejszych uczuć ze strony córki hamowało głębokie uszanowanie, połączone z bojaźnią. Nieszczęsna idea podniesienia rodu nietylko wypełniała wszystkie zakątki duszy, lecz i osobę pana Adama otaczała jakąś atmosferą chłodną, a nawet groźną.
Mieczysław od pewnego czasu do siostry nie pisywał wcale, do ojca rzadko i krótko. Listy jego zdradzały wielkie znużenie. Pan Adam przeczuwał z nich coś niedobrego, wszystko jednak składał na karb egzaminacyjnych zajęć i lekkiego zdenerwowania. Zresztą starał się o tym przedmiocie nie myśleć.
Na parę dni przed niedzielą kwietnią, prezes został zaproszony do jednego z członków spółki. Większość mężczyzn, jak zwykle, skupiła się w salonie oddzielnym: byli tam kupcy, przemysłowcy i artyści. Niektórzy rozmawiali o polityce, albo miejscowych ploteczkach; inni grali w karty, jeszcze inni — medytowali, otaczając się kłębami dymu.
W jednym kącie dwaj ochotnicy do pułku bankierów szeptali między sobą o cenie okowity. Gdy zaś Adam przeszedł około nich, jeden odezwał się głośno:
— Widziałem dziś księcia...
— Księcia Leona? — przerwał drugi. — Tańczył z moją żoną w ratuszu.
— Ale gdzież tam — odparł szybko pierwszy — księcia Wacława. Jadł ze mną śniadanie...
Adam uśmiechnął się. Znał on dobrze tych Brutusów dzisiejszej demokracji, którzy po kątach piorunują na wielkich panów, lecz miękną wnet, gdy wielki pan raczy przemówić do nich. Wleźliby mu nawet w kieszeń i siedzieli tam przez sześć dni w tygodniu, byle siódmego mogli wyjść na świat i opowiadać w swojem kółku:
— Jestem w bardzo bliskich stosunkach z tym poczciwym hrabią... To wcale miły człowiek!
W salonie damskim żona fabrykanta z córką kupca rozmawiały po francusku o barbarzyństwie naszego społeczeństwa, dwie zaś bankierowe recytowały, także po francusku, nazwiska wszystkich znajomych im baronów, hrabiów i książąt. O kasjerach, buchalterach i podobnych im śmiertelnikach, których znały nierównie lepiej, nie wspominała żadna.
W gronie dam wieku średniego dostrzegł prezes jedną, która zawsze robiła głębokie na nim wrażenie. Była to bowiem pierwsza jego narzeczona, z którą pomimo obustronnej miłości nie ożenił się, z powodu, że miała posag zbyt mały.
Adam przywitał ją, dama zarumieniła się i, po kilku zdaniach wstępnych, zapytała:
— Jakże się miewa obecnie panna Helena?
— Zawsze jednakowo — odparł smutnie prezes. — Kilka dni jest zdrowsza, kilka dni cierpiąca... A córeczka pani?...
— Oto jest moja córka, ta, która ma śpiewać w tej chwili.
— Prześliczna osoba! — rzekł Adam, patrząc na nią z zajęciem.
W oczach damy błysnął jakiś niedobry ogień, wnet też odpowiedziała:
— Dobre zdrowie i trochę wdzięków stanowią jedyny posag, jaki moja córka odziedziczyła po mnie.
Prezesowi, gdy to usłyszał, drgnęły usta. Cios był istotnie silny. Jego córka po swojej matce nie odziedziczyła zdrowia, ani majątku nawet, który on sam roztrwonił.
Gdy wrócił znowu do salonu mężczyzn, był rozmowny i dowcipny, ale duszę targał mu niepokój i wyrzuty sumienia.
— Co w tej chwili robi moja córka i syn... tacy wątli oboje?... — myślał.
Dla odegnania trapiących go przeczuć, począł znowu oglądać się po zebraniu, ale bezskutecznie. W piersiach jego toczył się teraz głuchy proces. Wewnętrzny głos zasypywał go pytaniami i oskarżeniami szyderczemi.
„Gdybyś się ożenił z pierwszą narzeczoną, dzieci twoje miałyby przynajmniej zdrowie, a ty spokojność. Spojrzyj dokoła i powiedz: kim jesteś wobec tych, którzy cię otaczają? Oni tworzą bogactwa, tyś je marnował. Oni dają utrzymanie setkom ludzi użytecznych, a ty sam dziś potrzebujesz cudzej łaski, egoisto! marzycielu!...
W tej chwili wszedł do salonu pan Rudolf. Przywitał się z gospodarzem, ledwie kiwnął głową kilku znajomym i wziąwszy pod ramię Adama, szybko wyprowadził go do samotnego pokoju.
— Chce się popisać... Przypomina obecnym, że będzie teściem mego syna — pomyślał Adam gniewnie. Wnet jednak spostrzegł, że Rudolf jest ogromnie zmieszany. Pulchna jego twarz była żółta, ręce mu drżały.
— Co ci jest? — zapytał zdziwiony prezes.
— Nieszczęście! — szepnął Rudolf. — Dlaczegom ja o ten majątek układy rozpoczął? — dodał jakby do siebie.
Zkolei Adam uczuł trwogę, Rudolf zaś mówił dalej:
— Nasz Miecio...
— Czy chory? — przerwał prezes, blednąc.
Rudolf upadł na krzesło i schwycił się obydwoma rękami za czoło.
— Mówże, co się stało! — krzyknął Adam głosem chrapliwym i targnął go za ramię.
Zamiast odpowiedzi, Rudolf wydobył dużą kopertę i oddał ją prezesowi; potem oparł łokcie na stole i ukrył twarz w dłoniach.
Do pokoju wbiegł gospodarz, nigdy nie odznaczający się wielkim taktem, i wesoło zawołał:
— Usuwacie się panowie od towarzystwa, to nieładnie... Aha! widzę jakieś depesze... Czy mogę powinszować dobrych nowin?...
— Syn mój nie żyje! — jęknął Adam i wybiegł bez pożegnania.
Gospodarz wrócił spiesznie z nowiną do gości, a Rudolf, zostawszy sam, mruczał:
— Szkoda chłopca, ale szkoda i tamtych dóbr. Węgiel i kamień litograficzny! A wszystko to jakbym za okno wyrzucił!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.