W walce z życiem/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł W walce z życiem
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
II.

Pewnego dnia, jakoś po Nowym Roku, siedział pan Adam w swoim gabinecie i myślał o tem, w jakiby sposób przepędzić wieczór dzisiejszy. W chwili, gdy wybór wahał się między resursą i wieczorem u pewnego bankiera, skrzypnęły cicho drzwi i ukazał się lokaj z listem na srebrnej tacy.
— Od Mieczysława! — szepnął prezes z uśmiechem, zwolna przecinając kopertę. — Pewnie mi donosi o jakimś nowym pomyśle dla powszechnego dobra. Kochany marzyciel...
A potem dodał:
— Szczęściem — ja za niego myślę o tem, co dotyczy rodziny... Inaczej rozpłynęlibyśmy się w tej powszechności...

Mój ojcze! — pisał Mieczysław. — Pamiętasz, że wyłącznie z własnego popędu wstąpiłem do szkoły politechnicznej, o brak chęci zatem posądzać mnie nie będziesz. Do ukończenia wydziału brakuje mi obecnie tylko pół roku, ale... nie wiem doprawdy, jak dalej będzie. Czuję się okropnie znużonym. Niekiedy tracę pamięć tak, że nie mogę kilku liczb dodać, — niekiedy znowu bywam tak rozdrażniony, że obawiam się szaleństwa. Lekarze radzą mi przynajmniej rok odpocząć, lecz z drugiej strony sumienie przypomina mi, że kraj czeka na zdolnych pracowników, a ty, ojcze, i pan Rudolf na kierownika nowego przedsiębierstwa. Odpisz mi więc, co myślisz, gdyż jeżeli okaże się konieczna potrzeba, w takim razie zapomnę o moich przywidzeniach i jakoś przebieduję ten czas, dość zresztą krótki. Wyznać jednak muszę, że roczny wypoczynek byłby prawdziwą ulgą dla mnie, a może tylko dla mojego lenistwa.

Pan Adam w ciągu odczytywania tego listu bladł i rumienił się. Co za fatalny zbieg wypadków, co za niepojęty kaprys, aby chcieć odpoczywać cały rok wówczas, gdy byt rodziny wisi na włosku! Rok odpoczywać?... a cóż się w takim razie stanie z nowem przedsiębierstwem, które na niego tylko czeka?... Kiedy ożeni się z córką Rudolfa?... Kiedyż wreszcie cała rodzina powróci do dziedzicznego majątku?
A tu w dodatku Rudolf co tydzień prawie zapytuje, kiedy Mieczysław szkołę ukończy, jakby sam o tem nie wiedział. A tu, co gorsza, znaleźć się może dla córki kapitalisty inny konkurent! bo dziś jest bardzo wielu świetnych bankrutów, a bardzo mało posażnych panien, które o tytuł dbają.
— Energji! — szepnął Adam — tu przecież nie o mnie chodzi, tylko o ród...
Pan Adam, jak wszyscy ci, nad którymi ciąży wyrok zagłady, był marzycielem. W długiej bezczynności, trwającej przez kilka pokoleń, dziedzicznie a nadmiernie rozwinęła się w nim fantazja, tak, że bardzo często do halucynacyj dochodził. I teraz oto zdawało mu się, że samotny gabinet jego poczynają zapełniać ludzie znani i nieznani, dalecy i bliscy. Każdy z nich pytał go o coś, zarzucał mu coś, przedstawiał albo szydził, zupełnie jak ta gawiedź wielkomiejska, która się opinją publiczną nazywa.
— Więc mogę odpocząć? — pytał syn.
— Niepodobna! — odpowiedział Adam. — Jest to chwila, w której ród nasz może wszystko odzyskać, lub wszystko stracić — na zawsze.
— Co za ród? — wtrąciła jenerałowa z westchnieniem. — Jestem prawie pewna, że dzieci Mieczysława będą miały wypukłe oczy i tłuste podbródki. Zupełnie jak ten Rudolf! — i zażyła tabaczki.
— Przytem — tłomaczył się Adam — cóż będziemy robili, jeżeli Rudolf małżeństwo zerwie?
— Ja będę inżynierem — odparł syn — w każdym więc razie utrzymać was potrafię.
— Będzie rysował i rachował ten kochany chłopiec i za to mu zapłacą. Jakie okropne czasy! — odezwała się jenerałowa. — Jestem pewna, że Zencio nigdy się tak nie skompromituje.
— Mój synu — mówił Adam — mnie przecież nie o utrzymanie chodzi, ale o sławę rodu.
— Rody zarówno — odezwał się ktoś obcy — wznoszą się i odradzają przez pracę i zasługę. Przodkowie twoi pracą i zasługą dobili się majątków i rozgłosu. Wy więc myślcie o tem tylko, aby społeczeństwu służyć, a ono was samo uświetni.
— W imię Ojca i Syna! — zawołała jenerałowa — ależ to jakiś jakobin.
— To jeden z guwernerów mego syna — odpowiedział Adam, ze smutnym uśmiechem.
— Dajcie mu pokój — odezwał się inny głos — pracować to smutna rzecz, on woli syna sprzedać...
— Motłoch! — szepnął pan Adam. — Wy każde poświęcenie dla idei nazywacie sprzedaniem się.
— Dlaczegożeś ty się dla niej nie poświęcił? — zapytano.
Pan Adam wpadł w gniew.
— Alboż nie poświęciłem się?... Albożem się nie wyrzekł dla dobra rodu kobiety, którą kochałem?...
— Cóż z tego za korzyść? — pytał dalej ktoś z tłumu. — Gdzie posag żony?... jakiż ten ród, którego ona była matką i wychowawczynią? Twoja córka ma wadę w sercu, a twój syn, zmęczony bezużyteczną pracą w dzieciństwie, dziś nauk ukończyć nie może...
— Dajcie mi pokój!... dajcie mi pokój!... — mówił Adam, upadając na fotel i zasłaniając uszy.
— Szatan niekiedy przybiera rozmaite postacie, aby kusić wiernych. Kto wytrwa, ten zbawionym będzie! — uspakajano go.
— Kto wytrwa!... — powtórzył Adam. — Ja wytrwam!... Mamże jedną chwilą słabości zniszczyć pracę kilkunastu lat; wyrzec się tradycji, pozwolić na to, aby zdenerwowanie Mieczysława ród zabiło, narazić się na przekleństwo przodków i potomstwa? Jakiem czołem ośmielacie się wy, ludzie jednodniowi, sądzić postępki moje, na których ciąży przeszłość i przyszłość. Co mnie obchodzą wasze idee, wasze opinje i wasze prace, podejmowane w tym celu, aby tuczyć was i wam podobnych? Mówicie o społeczeństwie? Albo społeczeństwo nie jest podobne do rzeki, która dlatego tylko nie rozlewa się i nie wysycha, że stare rody stanowią dla niej łożysko i wybrzeża? Czy ja wam przeszkadzam, abyście sobie nawzajem wyrządzali drobne usługi, w ciągu waszej przemijającej egzystencji? Jakiem więc prawem wy dręczycie mnie swemi wrzaskami, jakiem prawem krytykujecie to, czego z was żaden ani pojąć ani odczuć nie może?
Pan Adam obudził się zmęczony nad wszelki wyraz: była to jedna z tych licznych walk, które od chwili przyjazdu do Warszawy staczał z niewidzialnymi wrogami. Od dzieciństwa wierzył najmocniej w to, że ród znakomity i tłum bezimienny są dwoma zupełnie różnemi rzeczami, które ulegają różnym prawom i różne mają obowiązki. Dopiero tu, w tem mieście zarozumiałem i ruchliwem, poczęto mu wykładać jakieś nowe teorje. Dopiero tu poczęto wmawiać, że on jest tylko jednostką z owego tłumu, którym dotychczas pogardzał, poczęto osłabiać wiarę w ideę, którą z mlekiem wyssał.
I otóż znowu uczuł w tej chwili tęsknotę do swego dziś samotnego pałacu, w którym jedna tylko wola i jedna wiara panowała; do tych obszernych komnat, wśród których nie dręczyły go tak głębokie i całą jego naturę wstrząsające wątpliwości. Ale pałac ten i te komnaty były dziś w rękach Rudolfa, a wrócić do nich można było pod tym tylko warunkiem, aby Mieczysław ożenił się z jego córką.
Pan Adam przestał się już wahać. Zapalił świece, usiadł przy biurku i pewną ręką, pięknym charakterem napisał do syna list następujący:

Kochany Mieczysławie! Na twoje pytanie odpowiem ci krótko: odpoczywać nie można, ponieważ honor i byt rodziny wymagają, abyś ukończył nauki nieodwołalnie w tym roku. Już i tak dosyć często wspomina mi Rudolf, że każdy dzień twej nieobecności w Warszawie przyprawia go o stratę kilkudziesięciu rubli, któreby na nowem przedsiębierstwie mógł zyskać. No — a zgodzisz się, że łatwiej przenieść chwilowe zmęczenie, aniżeli upokorzenia rzeczywiste i nieustanne. Co więcej: prędzej lub później ktoś inny może pochwycić plan tego samego przedsiębierstwa, a wówczas — domyślasz się, co nastąpi.
Zbierz zatem całą energją, o nerwach zapomnij i kończ — boć jesteś człowiekiem, na którym los naszego rodu spoczywa. Gdy cię zniechęcenie napada, myśl o czem chcesz, o naszem nazwisku, o mnie, o twej siostrze, o całem społeczeństwie wreszcie, ale pracuj i kończ.

List ten szorstki jak rozkaz dzienny wodza do żołnierzy, nieubłagany jak wyrok, Adam jeszcze raz odczytał i zapieczętowawszy go, kazał służącemu natychmiast wrzucić do skrzynki. Widocznie lękał się nowych walk i nowego wahania, które mu dzień jutrzejszy mógł przynieść.
— Spełniłem obowiązek! — szepnął, czując, że straszny ciężar ugniata mu serce. — Ci sami ludzie, którzy wykładają teorją solidarności społecznej, uczą jednocześnie, że miło jest pełnić obowiązki. Gdzie tu zgodność? To samo już wskazuje, że obowiązki tłumów są inne, a rodów inne, skoro pierwsze robią przyjemność, a drugie — zatruwają życie!
Noc już zapadła i pan Adam przeszedł do swej sypialni. Tam, wedle zwyczaju, wziął do rąk bogato oprawną książkę i zbliżył się z nią do klęcznika, nad którym wisiał bronzowy wizerunek Chrystusa.
Pan Adam ukląkł, podniósł oczy na krzyż, lecz nagle cofnął się. Opanował go jakiś straszny niepokój i począł się lękać, aby przy pierwszych słowach modlitwy nie odwrócił od niego głowy Ten, który kochał wszystkich. Zdawało mu się, że posąg otwiera śpiżowe usta i mówi:
— Jeżeli nie wierzysz we mnie, dlaczego się modlisz?... A jeżeli wierzysz, jak śmiesz się modlić, zły ojcze!...
— Poświęciłem mego syna! — jęknął Adam.
— Sprzedałeś...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.