W walce z życiem/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł W walce z życiem
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
I.

Pan Adam był magnatem z magnatów, ale takich, że nawet zwierzętom w ich psiarniach i stajniach działo się nierównie lepiej niż innemu człowiekowi na świecie. Z baszty pałacu nie objąłeś okiem przestrzeni zasianej ich walącemi się coprawda wioskami, nie policzyłeś też pługów, które orały ich wyjałowione pola, aniś wypatrzył końca puszczy, hodowanej poto jedynie, aby mnożył się w niej gruby zwierz ku uciesze jaśnie pana i jego łaskawych sąsiadów.
I było tej puszczy, tych obszarów i wiosek zgórą przez kilka wieków. Wkońcu jednak, gdy tęgość rodu osłabła, — Żydki, koloniści, dorobkiewicze i im podobne robactwo poczęło toczyć majątek. Wszyscy oni kłaniali się do samej ziemi, pieniądze znosili chętnie, ale każdy za to coś z dziedzictwa urywał. Ten wziął ogłodzoną wioskę, inny — zamulony staw, trzeci rozwaloną gorzelnią, czwarty kawałek lasu, aż wreszcie, za czasów ojca pana Adama, wykłaniali i wyskubali prawie cały majątek. Nieboszczykowi chodziło o to najwięcej, aby piwnica zawsze była pełna, a w kuchni paru zdatnych kucharzy, z odpowiednią liczbą kuchtów. O resztę nie dbał wiele i patrząc z zamkowych okien na okolicę, wciąż powtarzał: moja puszcza, moje wsie, mój browar, — choć tytuł owej własności zapisany był tylko w księgach imaginacji dziedzica.
W czasie tej powolnej i stopniowej ruiny pan Adam podrastał. Widział on, że za każdą wioską sprzedaną, ubywa jeden przyjaciel i krewny, jeden sługa i jeden gość z liczby tych, którzy zjeżdżali się na polowania albo imieniny rodziców. Widział, że z każdym dniem niszczeją ściany pałacu, na pachołkach blaknie liberja, sadzawka zielskiem zarasta, Żydzi i koloniści kłaniają się nie tak nisko jak dawniej, a wszelkie dorobkiewiczostwo coraz hardziej kark podnosi. Z tych powodów w duszy jego wyrodził się nieopisany choć naturalny wstręt do ubóstwa i ruiny, a nienawiść do wszelkich ludzi niższych kondycyj, którzy, ile razy mogli, zatruwali życie potężnym niegdyś możnowładcom.
Na grunt tych nienawiści i wstrętów, siano w duszę Adama tęsknotę do przeszłej świetności rodu. Znał on na palcach wszystkich książąt i hrabiów, z którymi był spowinowacony, a którzy w epoce upadku usuwali się od niego. Rozpamiętywał świetne łowy, bale, ciągnące się po całych tygodniach, klejnoty, które zdobiły suknie jego prababek, służbę i cugi, po których dziś tylko puste miejsce zostało. „Żeby też te dobra i te czasy wróciły kiedy!“ — myślał Adam, a jego babka, sędziwa matrona, powtarzała mu codzień:
— Patrz, co się dzieje, i bierz do serca, co ci mówię, Adasiu!... Ród wasz mocny był i sławny, pokąd pilnował całości swego gniazda, ale dziadowie i ojciec twój nie dbali o to, a my dziś robimy się pośmiewiskiem dla ludzi. Pamiętaj więc, abyś ty i dzieci twoje odzyskał co stracone... Pamiętaj, że z grobu powstanę przekląć cię, gdybyś zawiódł moje nadzieje!...
Zmarła babka i matka, poszedł za nią i ojciec Adama, rozbiegli się kucharze, ale on nauki pamiętał i myślał o tem, aby znowu rozniecić dogorywający blask starego rodu. Los sprzyjał mu, niedługo bowiem, wbrew popędowi serca, ożenił się z kobietą chorowitą wprawdzie i brzydką, która mu jednak ogromny posag wniosła.
Była chwila, że Adam mógł cały majątek przodków odzyskać, lecz wówczas właśnie inne rzeczy odwróciły jego uwagę. W bogatym, młodym i przystojnym nowożeńcu ocknęła się żyłka ojcowska. Trzebaż było mieć przecie powozy i konie, psy i służbę, przyjaciół i kochanki; trzeba było hulać, w karty grać, zagranicę jeździć, — bo inaczej czemżeby się jasny pan od ciemnego pospólstwa wyróżnił? Paryż, Rzym, Wiedeń, podziwiały świetność i hojność magnata, a posag tymczasem topniał...
Gdy pan Adam wrócił z żoną do domu, poczuł, że już z jej fortuny resztki tylko zostały. Że zaś w owej epoce przemysł w kraju popłacał, Adam więc, dla odbicia strat, rzucił się na drogę przemysłową. Widział, że jedni robią interesa na gorzelniach, inni na młynach i tartakach; dalejże więc budować i tartaki, i młyny, i gorzelnie. Ta ochota trwała lat kilka i w rezultacie zjadła to, co od uciech zagranicznych ocalało.
Tymczasem przyszło na świat dwoje dzieci: syn Mieczysław i córka Helena. Piękne to były stworzenia, a syn zadziwiająco zdolny, lecz oboje nad wszelki wyraz wątli. Ponieważ pan Adam zajęty był przemysłem i dumaniami o podźwignięciu rodu, na matkę więc spadł ciężar wychowania. Prowadziła je starannie, ale w arcyszczególny sposób. Dzieci jej nie widziały nigdy śniegu pod nogami, bo ich przez zimę trzymano w obszernych, ale zamkniętych komnatach. Nie znały żadnych rozrywek, żadnych ćwiczeń fizycznych, bo to chłopska rzecz, ale zato mówiły trzema językami obcemi, umiały historją i literaturę powszechną, a rozmawiały tak, jak profesorowie albo księża.
Dziwny był widok tych chorowitych i pięknych, z oczami rozumnemi i poważnemi obliczami dzieci, które w kłopot wpędzały ludzi oświeconych i dojrzałych. Ciż sami ludzie nieraz do Adama mówili:
— Nie męczyłbyś tak dziecin, bo strasznie wątłe, i tak już mądre, że wkońcu może wam ich Pan Bóg pozazdrościć.
Ale Adam uśmiechał się na te uwagi. Dzieci wychować się muszą, bo przecież Pan Bóg, zabierając je, zniszczyłby na ziemi ród znakomity, a więc sobie samemu wyrządziłby krzywdę. Że zaś są nad wiek rozwinięte, cudowne prawie — tem lepiej, bo podniosą świetność rodu do nieznanej przedtem potęgi.
I znowu nadeszły złe czasy, znowu różni ludzie poczęli wyszarpywać po kawałku ziemi, ale Adam już nie dbał o to. Miał przecież syna, który spełni — niezawodnie spełni nadzieje swojej prababki. Oczekując na to, pan Adam chodził sobie tymczasem po obszernych salonach i myślał: to o rozrywkach w europejskich stolicach, to o tem, że ktoś z krewnych, umierając, zapisze mu majątek, to znowu — że gdzieś w piwnicach zamku leżą skarby, które synowi pomogą dziedzictwo odzyskać, to znowu, że córka wyjdzie za jakiegoś księcia, hrabiego, lub w najgorszym razie za członka zwykłej rodziny szlacheckiej, ale tak starej, żeby pochodziła przynajmniej od tych szczurów, które Popiela zjadły.
Tak myślał i wciąż chodził, a marmurowa posadzka i wysokie sklepienia obszernych komnat za każdym jego krokiem szeptały jękliwie:
— Pan!... pan!... pan!...
A jeżeli niekiedy przystanął i wsłuchiwał się w ciszę, zardzewiałe chorągiewki na dachach zdawały się skrzypieć głosem starej gospodyni:
— Jaśnie pan!... jaśnie pan!...
I nie miałże uwierzyć w dostojność swojej krwi człowiek, któremu nawet martwe przedmioty hołd składały?
Wkrótce żona umarła, dzieci dobrze podrosły, a i pan Adam uczuł potrzebę wychylenia głowy na świat. Stary pałac męczył go. Za każdą sztukaterją, opadającą z sufitów albo cegłą z murów, przybywał mu jeden włos siwy i jedna zmarszczka na czole. Wkrótce pałac stał się ruiną: w basztach zamieszkały sowy i niedoperze, komnaty pajęczyna zasnuła, a twarz pana Adama zrobiła się podobną do oblicza posągu, które piorun we wszystkich kierunkach potrzaskał. Nadchodził straszny czas: trzeba było syna wysłać zagranicę, aby świat poznał, a tem samem trzeba było sprzedać majątek, który do tej pory nie wychodził z rąk ich rodziny, a z córką przenieść się na bruk miejski.
Aż zdziwił się pan Adam zmianom, jakie, po kilkunastoletniej nieobecności, znalazł w Warszawie. Dawni jego znajomi i krewni pomarli i została tylko pewna jenerałowa staruszka, dzieląca czas swój między pasjanse i kojarzenie małżeństw, obcinanie kuponów i modlitwę. Cała zaś klasa wyższa, do której tęsknił, cofnęła się z widowni publicznej gdzieś w kąt, ustępując miejsca ludziom nowym, niekiedy bardzo wątpliwego szlachectwa. Na ulicach karet wprawdzie było pełno, lecz napróżno upatrywałbyś na nich herbów. W teatrach loże jaśniały od pięknych kobiet i sukien strojnych, ale napróżno szukałbyś tam klasycznych a tak dobrze Adamowi znanych rysów. Same pojęcia o zasługach i wartości człowieka uległy niemniej radykalnym zmianom. Wyśmiewano już pytania: „Czem się pieczętujesz?“ i „Kto cię rodzi?“ a uwielbiano majątek i pracę. Słuchając tego, pan Adam z trwogą myślał, że jeżeli dłużej potrwa podobnie chorobliwy nastrój umysłów, to wkrótce przyjdzie mu walczyć o pierwszeństwo z własnymi propinatorami, którzy robią majątki, i cieślami, którzy przecież pracować umieją!
Narazie zdawało mu się, że wpadł w jakiś odmęt. W salonach towarzystwa spotykał dorobkiewiczów, którzy niebawem poczęli mu składać wizyty i których on sam rewizytować musiał. Nowokreowani baronowie i hrabiowie z pod wiedeńskiego stempla imponowali mu elegancją. Bankierzy i przemysłowcy usiłowali kłaść swoje miljony narówni z jego genealogją. Służba, którą przywiózł, zdawała się być nieokrzesaną, a kareta, w której przyjechał — niemodną. Trzeba było wynająć mieszkanie ogromne, kupować nowe i wykwintne meble, przyjąć kosztowną służbę, wdawać się z finansistami i rozmawiać o kwestjach ekonomicznych ze wszystkimi.
Jednocześnie uwiadomiono pana Adama, że jego syn zamiast zwiedzać teatra europejskich stolic i zawiązywać stosunki z tamtejszą arystokracją, uniesiony chorobliwym prądem czasu, wstąpił do szkoły politechnicznej w Zurychu. Zgryzł się Adam narazie, lecz gdy Mieczysław niepospolitemi zdolnościami zwrócił na siebie powszechną uwagę, gdy nawet bankierzy warszawscy poczęli zachwycać się jego naukowemi rozprawami, które znali ze słyszenia, ochłonął i ojciec, a zczasem na karjerze syna począł śmiałe budować projekta.
W pół roku po przyjeździe do Warszawy, był już Adam jak w domu. Z natury zdolny, łatwo wyrozumiał ducha czasu i gdy inni rozprawiali tylko o ekonomicznem odrodzeniu całego społeczeństwa, on postanowił na drodze ekonomicznej odrodzić świetność swego własnego imienia.
W salonach bankierów spotykał Adam dość mało jeszcze ogładzonego, ale sprytnego dorobkiewicza, który zrobił już duży majątek, a był na drodze do nierównie większej fortuny. Przy pierwszej rozmowie zubożały magnat Adam i dorobkiewicz pan Rudolf poczuli, że będą sobie bardzo użyteczni: jeden bowiem miał stosunki i nazwisko, lecz potrzebował pieniędzy; drugi miał pieniądze, ale potrzebował stosunków dla siebie, a nazwiska dla potomków. Najwyższem marzeniem Adama było to, aby dzieci jego syna Mieczysława wróciły do rodzinnego mienia i pałacu, a ideałem Rudolfa było znowu to, aby dzieci jego córki posiadały stary herb i jakieś dobra rodzinne.
Harmonja ideałów wyrodziła harmonją interesów. Niebawem Adam ostatnie jakie miał kilkanaście tysięcy rubli oddał Rudolfowi, a Rudolf począł mu od sumy tej płacić ogromne procenta. Pan Adam wprowadził Rudolfa na salony arystokratyczne, Rudolf zaś wyjednał mu w pewnej spółce tytuł prezesa i ogromną pensją. Wreszcie pan Adam zaręczył Mieczysława z córką Rudolfa, Rudolf zaś cały swój majątek oddał do dyspozycji Adamowi. Byli oni podobni do dwu ludzi, którzy wspólnemi siłami wchodzą na stromą wyniosłość, przyczem kolejno jeden staje drugiemu na ramionach. Interes krępował ich, lecz pożycie było niemiłe. Każdy z nich sądził, że robi drugiemu łaskę, każdy uważał się za lepszego, obaj mieli różne nałogi i tradycje, obaj nie lubili się i nie dowierzali sobie.
Gdy wieść o zaręczynach Mieczysława z dorobkiewiczówną gruchnęła po świecie, ludzie poczęli panu Adamowi kłaniać się znacznie niżej niż dotychczas, pojawili się też nowi krewni w dalszym lub bliższym stopniu. I tylko pani jenerałowa, nawskroś legitymistka, kiwając głową, mówiła do Adama ze smutkiem:
— Źle się dzieje, kuzynie! coraz więcej mezaljansów na świecie... To zaś najgorsze, że i twój syn padł ofiarą tej zarazy.
— Ród nasz — odpowiadał pan Adam — posiada zbyt wiele czystej krwi, ażeby się miał lękać związków z dorobkiewiczami raz na pięć wieków.
— Raz na dwa wieki, kuzynie, raz na dwa wieki!... Boć to przecie w roku 16... wojewoda... ożenił się z drążkową szlachcianką. No, a teraz jest gorzej, znacznie gorzej! — Ten Rudolf nawet podobno nie szlachcic... — I powiedziawszy to, ostrożnie pod stołem wydobyła ze złotej tabakierki odrobinkę tabaczki. Pani jenerałowa robiła tak zawsze, ilekroć zdarzyło się jej mówić o nieszlachcie.
— Moja kuzyno — odparł Adam — nasienie dębu upada niekiedy na mierzwę, nigdy jednak nie widziano, aby zrodziło mierzwę, tylko dąb.
Jenerałowa westchnęła, a po chwili milczenia mówiła znowu:
— Wydajże przynajmniej Helenkę za Zenona. Chłopak wprawdzie nie ma tak bystrego umysłu, jaki dziś w modzie, no — ale zato posiada piękne nazwisko, majątek własny a przytem i po mnie otrzyma spadek. Twoja Helenka zaś jest wprawdzie piękna i dobrze wychowana, ale posagu nie ma, a dziś każdy pyta przedewszystkiem o posag...
Adama aż ciarki przeszły, gdy to usłyszał. Cenił on wprawdzie majątek i nazwisko, ale ojcowskie serce wstrząsało się na myśl oddania jedynej córki Zenonowi, którego natura duchowemi skarbami obdarzyła nader oględnie. Mimowoli przypomniał sobie pan Adam tę twarz, którą miejscowa demagogja porównywała do owczej, to czoło niskie i wtył podane, oczy mętne i mocno przerzedzone włosy. Przyszło mu też na myśl, że ów Zencio mimo usilnej pracy nad sobą nie był w stanie prowadzić choćby najkrótszej, najłatwiejszej rozmowy, że umiał patrzeć tylko w tę stronę, w którą patrzyli inni, i że, gdy został na chwilę sam w pokoju, zapadał w stan zdenerwowania, bardzo do snu podobny.
— Zostawmy to czasowi, kuzyno — Helenka jeszcze za młoda! — odpowiadał pan Adam i zwykle potem żegnał się z jenerałową. Sama myśl o połączeniu Helenki z Zenonem odbierała mu humor. Zdarzały się jednak wypadki, bez porównania dokuczliwsze. Pewnego razu, na jakimś balu publicznym, Adam usłyszał niechcący rozmowę, prowadzoną przez dwu nieznanych mu mężczyzn.
— Ciekawym — mówił jeden — na jakiej zasadzie wybrano go na prezesa spółki. Przecież ani nudząc się na wsi, ani hulając zagranicą, nie miał sposobności obeznać się z operacjami handlowemi.
— Co chcesz — odparł drugi — on się zna lepiej na handlu niż nasi najsprytniejsi finansiści. Sprzedał przecież swoje przekonania, nazwisko i syna za kilka miljonów zgórą, no — a przyznasz, że to wcale ładny interes.
Uwag podobnych pan Adam nie brał nigdy do siebie, nie obrażały go też, choć boleśnie drażniły. Wierzył on w swoją ideę, a ludźmi, którzy nie mogli się wznieść do zrozumienia jej — pogardzał. Żałował też, że nie może dziś, jak ongi nieboszczyk ojciec, za pomocą hajduków nauczyć rozumu demagoga, który o jakimś nieznanym mu prezesie odzywał się w sposób, zdradzający zbyt małe uszanowanie dla jego tytułu, a może — i dla herbu.
Tymczasem zaś wypadki szły naprzód i plany Adama dojrzewały. W tym jeszcze roku Mieczysław miał ukończyć szkołę politechniczną, ożenić się z córką Rudolfa i jako inżynier objąć kierunek bardzo korzystnego interesu. Kapitalista chciał córce w posagu kupić dobra, posiadające nieobliczoną wartość, ze względu na bogactwa kopalne, znaleziono w nich bowiem węgiel i kamień litograficzny. Ale Adam ani słyszeć o tem nie chciał, kładąc za pierwszy warunek małżeńskiego związku młodej pary ten, aby Rudolf nabył dziedziczne dobra ich rodziny, które Adam przed kilkoma laty sam sprzedał, a które obecnie znowu na licytacją wystawiono. Majątek ten był zniszczony, pałac prawie w zwaliskach, lasy wycięte, gorzelnie i browary od wielu lat nieczynne. Rudolf też wszelkiemi siłami walczył przeciw kupowaniu go, ale Adam uparł się. Twierdził, że celem jego życia był powrót do gniazda ojców i że rody, pozbawione starodawnych siedzib swoich, marnieją. Gdy zaś wkońcu zagroził zerwaniem umowy o małżeństwo, Rudolf mimo gniewu i żalu ustąpił i polecił adwokatowi swemu rozpocząć starania o kupno.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.