W ludzkiej i leśnej kniei/Część trzecia/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część trzecia
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
NA DNIE WYSCHŁEGO MORZA.

Człowiek nigdy nie wie, co go czeka.
Tak było i ze mną, gdy siedziałem w Petersburgu w swoim pokoju i czytałem list dobrego znajomego, który zapraszał mię do siebie na wieś, aby tam spędzić lato. Czułem się zmęczony po ciężkiej zimie, ponieważ dużo i uporczywie pracowałem w laboratorjum chemicznem, przedsięwziąwszy szereg nowych studjów. Już miałem napisać podziękowanie i wyrazić zgodę na zaproszenie, gdy nagle niecierpliwie odezwał się telefon.
— Hallo! — posłyszałem dobrze mi znany głos starego mego nauczyciela, profesora Stanisława Zaleskiego. — Liczę na pana, że pan jutro pojedzie ze mną na wycieczkę. Dobrze?
— Ale dokąd? — zapytałem.
— Na wielki Ałtaj, mój drogi! — odpowiedział spokojnie. — Zwiedzimy mało znane stepy Kułundzińskie ze wspaniałemi jeziorami i góry Ałtajskie, piękniejsze od Alp.
— Ale...
Nie zwracając uwagi na moje „ale“, profesor ciągnął dalej.
— Dla pana, jako dla myśliwego i literata, jest to doskonała gratka!
— A co się tam strzela? — zapytałem.
— Niedźwiedzie, jelenie, cietrzewie, a nawet w górach są podobno jakieś „tury“. Są to olbrzymie byki górskie, coś w rodzaju żubrów czy bizonów! — odpowiedział.
— Jadę! — zawołałem w słuchawkę telefonu.
— Jutro o trzeciej po południu odchodzi ekspres syberyjski — zakończył rozmowę profesor. — Do widzenia!
Siadłem przy biurku i napisałem do swego znajomego, że przyjechać nie mogę, gdyż jadę na Syberję, na Ałtaj, o którym dawno marzyłem.
Nazajutrz wygodny ekspres syberyjski już wiózł mię na wschód, w stronę gór Uralskich; poza mną pozostały dymiące kominy fabryk petersburskich i zgiełk wspaniałych i szerokich ulic stolicy Rosji.
Doprawdy człowiek nigdy nie wie, co go czeka!
Na szósty dzień podróży przyjechaliśmy do naukowego środowiska Syberji, do Tomska, położonego nad rzeką Tom, dopływem rzeki Ob, która ma swe źródła w górach Ałtajskich, a ujście w oceanie Lodowatym.
Tu dostaliśmy od władz potrzebne dokumenty, a w bibljotece uniwersyteckiej zebraliśmy materjały z literatury naukowej, dotyczące kraju, który mieliśmy zwiedzić. Bardzo cennych wskazówek co do Ałtaju udzielił nam rektor uniwersytetu, prof. dr. W. W. Sapożnikow.
Po paru dniach pobytu w Tomsku, na małym parowcu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Z prądem Tomi dopłynęliśmy do Obi, i tu zaczęła się uciążliwa podróż pod prąd tej potężnej rzeki, walka z mieliznami piaszczystemi i z nagromadzonemi w wielu miejscach drzewami, wyrwanemi z nadbrzeżnych lasów przez powodzie wiosenne.
Płynęliśmy bardzo wolno, często zaczepialiśmy się o zatopione kłody, z łatwością osiadaliśmy na piaskach i z trudem z nich spływaliśmy. Majtek, stojący na dziobie statku, co chwila wykrzykiwał, mierząc głębokość:
— Baczność! 3 stopy... dwie... jedna... Siedzimy!
Nudna to była podróż, gdyż i krajobrazy oczu nie cieszyły! Płynęliśmy pomiędzy niskiemi wysepkami, porosłemi wikliną, lub blisko brzegów jednostajnych, zarośniętych krzakami albo laskami brzozowemi, mocno już wytrzebionemi. Jedyną naszą rozrywką było jedzenie. Boże wielki! Jakiż mieliśmy apetyt na tym statku, który, jak niezgrabny żółw, borykał się z prądem mętnej, żółtej Obi. Coprawda, jedzenie było niezwykłe. Rybacy nadbrzeżni dostarczali kucharzowi świeżych sterletów, nelm[1] i maksunów[1], a był to taki przysmak, że zapominaliśmy czasami o naszym żółwim statku.
Wreszcie dogramolił się on do Nowo-Mikołajewska, wtedy jeszcze osady, obecnie zaś stolicy sowieckiej Syberji, miasta położonego na prawym brzegu Obi, przy kolei, gdzie zbudowano olbrzymi most przez rzekę. Miasto, połączone rzeką z żyznemi, rolniczemi obszarami na południu, koleją zaś ze wszystkiemi rynkami świata, rosło z dnia na dzień.
Zwiedziliśmy owo centrum handlu Syberyjskiego, ten punkt eksportowy, skąd wywożono zagranicę mąkę, zboże, masło, mięso, jaja i skóry i po całodziennym popasie ruszyliśmy dalej na południe, skazani znowu na wleczenie się bez końca, siadanie na mieliznach, stykanie się z płynącemi pod wodę drzewami i na objadanie się sterletami.
Parowiec miał nas dowieźć do Barnaułu, stolicy górniczego obwodu Ałtajskiego. Stamtąd końmi należało się dostać na stepy Kułundzińskie.
Brzegi Obi do Barnaułu nie posiadają wybitnej malowniczości, jaką widziałem i podziwiałem na przepięknym i potężnym Jeniseju, tym wymarzonym raju dla pejzażysty. Z tego powodu nasza podróż stała się nad wyraz nudna i jednostajna.
W jednem tylko miejscu, o jakie 80 kilometrów na północ od Barnaułu, wpobliżu nieznanej wioski, której pierwsze domki już dostrzegaliśmy, byliśmy świadkami niezwykłej sceny. Na niewielkiej polanie tuż przy brzegu, pasł się biały koń, uwiązany na długim sznurze do cienkiej brzozy. Nagle podniósł łeb i rzucił się wbok, usiłując zerwać sznur. Gdy mu się to nie udało, zaczął, rżąc trwożnie, biegać naokoło drzewa.
Myślałem narazie, że wystraszył go nasz boleśnie sapiący parowiec, lecz wnet zobaczyłem coś groźniejszego. Z lasu wynurzył się, kołysząc się z boku na bok, duży niedźwiedź brunatny i z niezwykłą szybkością rzucił się na konia, w okamgnieniu go dogonił, złapał jedną łapą za kark, a drugą usiłował się zaczepić za wystające pieńki zrąbanych drzew. Koń wlókł go za sobą. Lecz niedźwiedziowi udało się dosięgnąć pazurami jednego z pni, i w tej samej chwili koń już leżał na ziemi, brunatny zaś drapieżnik potężnem uderzeniem łapy przełamał mu grzbiet.
Dałem kilka strzałów do niedźwiedzia, który porzucił swą ofiarę i ukrył się w lesie.
Nazajutrz z rana, nasz statek ochrypłym gwizdkiem oznajmił swe przybycie do Barnaułu.
Naprędce załatwiliśmy wszystkie formalności w zarządzie górniczym i w biurze osobistych dóbr cesarskich, w granicach których mieliśmy dokonać części naszych badań, i nazajutrz już wyjeżdżaliśmy na zachód dwoma wozami, zaprzężonemi w trójkę dobrych koni stepowych.
Droga z początku biegła bardzo malowniczemi wzgórzami, stanowiącemi odnogi gór Ałtajskich. Prawie ciągle spotykaliśmy lasy brzozowe, pośród których rozrzucone były nieduże wsie rosyjskie.
Ponieważ wyprzedzał nas konno urzędnik policji z Barnaułu, więc wszędzie zastawaliśmy konie już przygotowane, że zaś drogi były wspaniałe, jechaliśmy bardzo szybko, robiąc po 20–22 kilometry na godzinę.
Dziwna to była podróż. Ze stada przyprowadzano silne, ale zupełnie nieujeżdżone konie, zaprzęgano je do naszych powozów, czyli „tarantasów“, przyczem chłopi mocno trzymali rwące się konie za uzdy. Stangret, którego tam nazywają „jamszczykiem“, siadał na kozioł, brał w ręce lejce rzemienne i długi bicz z surowej skóry spleciony, czyli po tatarsku „knut“ i, smagnąwszy konie z całej siły, krzyczał:
— Puszczaj!
Chłopi trzymający konie, odskakiwali na bok, i powóz, jak wicher, mknął drogą do następnej wsi. Jeżeli w drodze słabszy koń zaczynał ustawać, stangret, nie zatrzymując zaprzęgu, schylał się i nożem przecinał postronki, zwalniając konia, który zostawał przy drodze i, wypocząwszy, dążył do swego stada.
Mknący przed nami policjant, chociaż dla nas wygodny, gdyż przez niego zawsze mieliśmy na czas konie, był też przyczyną kłopotów dla profesora.
Chłopi stałe brali nas za jakichś najwyższych urzędników, że zaś wyższego od gubernatora wyobrazić sobie nie mogli, przeto uważali uczonego za gubernatora i zwracali się do niego z mnóstwem próśb, podań i innych interesów. W pewnej wsi młoda wieśniaczka oskarżyła swego męża, że ją zbił po pijanemu, w drugiej — małżeństwo prosiło o rozwód, w innej znowu jakiś chłop twierdził, że jego zmarły ojciec był otruty przez nieprawych spadkobierców...
Z tego już można wnioskować, że biedny profesor powinien był być nietylko chemikiem i geologiem, lecz jeszcze sędzią, prokuratorem i biskupem! Bardzo było trudno wytłumaczyć chłopom, kim właściwie jesteśmy i jakie są nasze zamiary i plany.
Wkrótce skończyły się lasy i zaczęły szczere stepy, pokryte trawą. Stada owiec i bydła pasły się wszędzie na niezmierzonej przestrzeni stepu Kułundzińskiego. Przy stadach tkwili konni pastusi. Byli to Kirgizi-Teleuci, do których należały pastwiska stepowe.
Rząd jednak rzucił na te stepy fale emigrantów z Rosji europejskiej i osiedlił ich w kilku miejscach, odebrawszy część pastwisk prawym właścicielom-Kirgizom. To spowodowało spory i silną nienawiść pomiędzy tubylcami a przybyszami, oraz częste walki pomiędzy nimi. Kirgizi z bronią w ręku strzegli swych pastwisk i stad i, jak zawsze w Rosji z jej psychologją zaborczą, często lała się w stepach krew ludzka; następnie zaś zaczynały się dochodzenia i sądy, poczem więzienia i katorgi zaludniały się nowymi mieszkańcami; byli to skazani za obronę swoich praw Kirgizi.
Modląc się w więzieniach do swego proroka, napróżno starali się zrozumieć, za co ich wtrącono do więzienia i żyli wyłącznie nadzieją zemsty nad napastnikami, nad policją i sędziami.
Można sobie łatwo wyobrazić, jakie stosunki państwowe i społeczne panowały w tym kraju, tak niemoralnie przez rząd petersburski administrowanym. Kirgizi, z którymi, po odesłaniu do Barnaułu naszego policjanta, żyliśmy w dobrej komitywie, opowiadali nam o całym szeregu ciężkich przejść i przeżyć tego spokojnego, kulturalnego plemienia mongolskiego, a opowiadania tchnęły grozą, rozpaczą, a często gorącą nienawiścią.
Step Kułundziński pokryty jest siecią małych jezior, najczęściej słonych. Największe jest jezioro Kułundzińskie, oddzielone błotnistym pasem pól kilometra szerokości, od położonego na południe jeziora Kuczuk. Są to baseny wody słonej, pierwszy długości 70 kilometrów, drugi 25. Na zachód od tej grupy ciągnie się długie pasmo słonych jezior, dochodzących do rzeki Irtysza; dalej na zachód od Irtysza znajduje się znaczna ilość jezior na ziemiach Wielkiej i Małej Hordy Kirgiskiej.
Na południe od jeziora stepy Kułundzińskie przechodzą w stepy Bełjagag i kończą się dwoma olbrzymiemi jeziorami, Zajsan i Bałchasz, czyli Ak-Dengiz.
Po dwóch dniach podróży dotarliśmy wreszcie do jeziora Kułunda i zatrzymaliśmy się w osadzie rosyjskiej, położonej na południowo-wschodnim brzegu. Przepędziliśmy tam tylko tyle czasu, ile było potrzeba na zakupienie jurty kirgiskiej, baranów i chleba, na wynajęcie wierzchowców i łodzi, aby móc zamieszkać w stepie, jeździć po nim i pracować na jeziorze.
W tej wsi pożegnaliśmy usłużnego policjanta, który zmuszał nas przez swą obecność do wysłuchiwania spraw, zupełnie nie leżących w zakresie naszej kompetencji.
Dwa dni spędziliśmy bez tego przedstawiciela władzy najwyższej i najstraszniejszej dla chłopów i Kirgizów. Po odjeździe urzędnika, życie, skrępowane jego obecnością, popłynęło trybem zwykłym. Najpierw rozpoczęło się pijaństwo, prawdopodobnie na intencję tego, że policjant, obawiając się nas, podczas swej bytności nikogo nie zaaresztował, nie zbił i nie wziął łapówki. Po pijaństwie nastąpiły między chłopami bójki uliczne. Tłukli się zawzięcie i wściekle, puszczając w ruch nietylko tęgie pięści, ale drągi i kamienie. Tego samego wieczora, kiedy odjechał nasz obrońca-policjant, byliśmy zmuszeni sklejać kilka rozbitych łbów i przetrąconych szczęk.
Kilku młodszych, zupełnie pijanych chłopów uczyniło napad na stado kirgiskie, pasące się o 10 kilometrów od wsi. Pozabijali pastuchów i zabrali sporo owiec i baranów. Rozpoczęło się na nowo pijaństwo na cześć zwycięzców. Tej nocy wcale nie mogliśmy usnąć. Chłopi włóczyli się po całej wsi, krzyczeli i śpiewali głosami pijackiemi, wygrywali na harmonijkach skoczne melodje, wymyślali sobie wzajemnie najohydniejszemi wyrazami, jakie zna tylko język rosyjski, bili się i tłukli szyby w oknach.
Wreszcie wszystko się uspokoiło. Pijani chłopi rozpełzli się po swych chatach; część ich leżała i chrapała wprost na ulicy lub w rowach przydrożnych. Mieliśmy jednak nadzieję, że uda nam się nareszcie trochę wypoczął i zasnąć. Niestety! Ta noc była pełna wypadków i trwogi.
Zaledwieśmy się położyli, gdy rozległ się na ulicy przeraźliwy krzyk.
— Gore! Gore!...
Wypadłszy z domu, zobaczyliśmy, że na dwóch krańcach wsi dwa domy stały w płomieniach i sąsiednie już się zajmowały. Zorganizowaliśmy ratunek, a nie było to łatwą rzeczą z na wpół przytomnymi chłopami.
— Do djabła! — mruczał profesor, patrząc na zataczających się chłopów. — Taki osobnik, przesiąknięty alkoholem, przy ogniu sam się może zapalić, jak zepsuta lampka spirytusowa.
Dwie chaty się spaliły, reszta ocalała.
W spalonych chatach zginęły dwie rodziny. Gdy pożar się skończył, skierowaliśmy się ku swej kwaterze, aby wypocząć, lecz nagle rozległy się znowu hałasy i krzyki.
— Nowa awantura! — zawołał profesor Zaleski. — No, no, wesołe tu miejsce, nie znudzimy się!
Zobaczyliśmy wkrótce tłum chłopów, prowadzących jakiegoś człowieka. Co chwila wznosiły się nad nim pięści i kije.
Pośpieszyliśmy z pomocą. Okazało się, że był to podpalacz. Cała sprawa miała miejscowy etnograficzny koloryt: chłopi napadli na stada Kirgizów, Kirgizi przez zemstę podpalili wieś.
Podpalacza, który się ukrył za wsią, w trawie, schwytano i teraz musiał on zginął drogą samosądu.
Już nie wiele mu się coprawda należało, gdyż tłum zbił go tak, że twarzy i głowy Kirgiza już nie można było rozróżnić: zamieniły się w rozdęty kawał skrwawionego mięsa. Podpalacz nadto miał złamaną rękę w walce z chłopami i ledwie powłóczył jedną nogą.
Ujęliśmy się za Kirgizem, oświadczywszy, że należy go osadzić w areszcie do czasu przybycia władz, które go przesłuchają i odstawią do sądu.
Starosta potakiwał nam, odpędził chłopów i osobiście zaprowadził przestępcę do swego biura, gdzie go zamknął.
Rano, gdyśmy czekali na konie, profesor zapytał starostę, czy zawiadomił władze o nocnym wypadku.
— Nie, panie! — odparł zmieszany chłop. — Już nie potrzeba! Bo to, widzi pan, nie wiem, jak się stało, ale ktoś wdarł się do aresztowanego, wywlókł go na ulicę i zarąbał siekierą...
Tak biegło życie w stepie Kułundzińskim. Sieć słonych jezior i pokłady geologiczne wyraźnie świadczą, że niegdyś było tu olbrzymie środkowo-azjatyckie morze, potężne i spokojne, teraz zaś na jego dnie wrzało niezdrowe moralnie, pełne zbrodni, mordu i nienawiści życie ludzi, którzy przyszli z Zachodu poto tylko, aby jątrzyć i pobudzać do dzieła zemsty oddawna już zgasłe płomienie w duszach ludzi Wschodu.
Kulturalny i uczciwy uczony nie mógł się uspokoić, wygłosił całą mowę, w której oskarżał chłopów o demoralizowanie ludności, o zbrodnię, zagroził skargą przed gubernatorem, a nawet później przed władzami centralnemi, co też uczynił i za co miał sporo nieprzyjemności, gdyż wtrącił się... w nieswoje sprawy.
Jednak wiadomość o naszym stosunku do nocnego zdarzenia, nieznaną drogą doszła do Kirgizów i od tej chwili mieliśmy zawsze ich na swe usługi. Gdyśmy przybyli na południowy brzeg jeziora Kułunda i powili jurtę[2], zjawiło się kilku konnych Kirgizów, którzy pomagali nam w pracy, pływali z nami po jeziorze, przypędzali do nas co najtłustsze barany, doglądali koni, byli naszymi przewodnikami.
Jeden z nich, młody, przystojny, o śmiałych oczach drapieżnego ptaka, Suliman Awdżarow, był towarzyszem mych wycieczek dokoła jeziora Kułunda i Kuczuk.
Razem z nim zbadałem głębokość bardzo płytkich jezior, chemiczny skład wody i grubej warstwy błota na dnie; ustaliłem fakt, że Kułunda i Kuczuk rozdzieliły się niedawno, stanowiąc przedtem jeden basen.
Podczas zwiedzania jezior bardzo dużo polowałem. Nie było to polowanie zbyt pociągające, gdyż na zarośniętych sitowiem jeziorach znajdowałem wyłącznie kaczki i przeróżne gatunki kuligów; było ich takie mnóstwo, że nigdy nie zdarzyło mi się, aby zabić jednym wystrzałem jednego ptaka. Celowało się do jednego, a zabijało się kilka. Spotykałem też na jeziorach stepu Kułundzińskiego pelikany i bąki (Botavius stellaris).<b Wyjeżdżając w step, niedaleko od jezior zawsze widywałem ptaki drapieżne, a pośród nich olbrzymiego sępa „berkuta“, (Gyps fulvus). Jest to ptak o brunatnem opierzeniu, z gołą szyją i z kołnierzem o szarych, miękkich piórach.
Kilka razy strzelałem do berkutów, lecz bez powodzenia, gdyż są bardzo ostrożne i podejść je jest rzeczą niemożliwą, szczególniej na otwartym stepie.
Profesor poradził mi, abym położył na nie trutki. Wziąłem więc kilka zabitych kaczek i, zatruwszy je sublimatem i strychniną, rozrzuciłem w tych miejscowościach, gdzie widywałem berkuty. To poskutkowało, gdyż pierwszego zaraz dnia zdobyłem w ten sposób aż dwa okazy.
Jeden z nich miał od jednego końca skrzydeł do drugiego 2 metry 35 centymetrów, drugi był znacznie mniejszy. Ale rzecz dziwna: od tego czasu już żaden berkut, ani inny ptak drapieżny nie tknął zatrutych kaczek, chociaż dwa lisy i jeden tchórz spróbowały tego przysmaku i rozstały się z życiem.
Widząc mój zapał myśliwski, Suliman pewnej niedzieli, tajemniczo się uśmiechając, odjechał, obiecując mi wielką niespodziankę. Oczekiwałem jego powrotu z niecierpliwością. Wrócił wraz z pięciu innymi młodymi Kirgizami i z doskonałym wierzchowcem. Włożył na niego moje siodło i zaprosił mię na przejażdżkę po stepie. Nie chciał nic więcej powiedzieć, lecz czułem, że będzie to coś nadzwyczajnego.
Przejechaliśmy już około 20 kilometrów, gdy zobaczyliśmy przed sobą dość obszerne błoto, zarośnięte krzakami.
Kirgizi zatrzymali konie, Suliman zaś zwrócił się do mnie z powagą:
— Wilki coraz częściej napadają na nasze stada i porywają owce i jagnięta. W tych krzakach są wilcze legowiska. Chcemy zapolować!...
— Zdrajco!... — zawołałem. — Dlaczegóż nic mi o tem nie powiedziałeś? Wziąłbym był ze sobą strzelbę!
— To zbyteczne! — odparł. — Zapolujemy po naszemu!...
Mówiąc to, podał mi ciężki nahaj o długiej rękojeści i krótkim rzemieniu, zakończonym dużą kulą ołowianą.
— Kirgizi wypędzą z krzaków wilki, które pomkną w step. Konie są dobre, dogonią, a my będziemy zabijali wilki nahajami, kunaku[3]!
Trzech kirgizów istotnie okrążało błoto, my zaś we czterech wyciągnęliśmy się w jedną linję, oczekując zwierza.
Z krzykiem i hałasem kirgizi wpadli do krzaków, i po kilku minutach wilki zaczęły się z nich wymykać. Pędziły całym tchem, płaszcząc się po ziemi, z podwiniętymi ogonami i przytulonemi do głowy uszami.
— Ruszaj, kunaku! — krzyknął do mnie Suliman.
Wspiąłem konia. Tresowany do polowania tego rodzaju pomknął, jak strzała, i szybko zaczął doganiać dużego wilka, o jasnej, prawie białej skórze. Lecz zwierz rozumiał co się dzieje i zaczął wykonywać po stepie zygzaki, usiłując zmylić konia. Podziwiałem wtedy spryt mego wierzchowca, który, nie czekając na pobudkę z mej strony, sam czynił potrzebne zwroty, zmieniał kierunek i pędził coraz szybciej, stale trzymając się lewej strony ściganego wilka, aby jeździec mógł go wygodniej dosięgnąć.
Wreszcie wilk zaczął się męczyć, a odległość pomiędzy mną a nim stawała się coraz mniejsza. Jeszcze kilka minut szalonego pędu, i wilk znalazł się tuż obok mnie z prawej strony.
Podniosłem się w strzemionach i całym rozmachem ciąłem go nahajem. Jęknął, potknął się, lecz po chwili znów się odsadził ode mnie i mknął dalej.
Po chwili dogoniłem go i tym razem nie uderzyłem naoślep, lecz mierzyłem starannie w łeb. Po kilku nieudanych ciosach wilk wreszcie padł na przednie łapy, na chwilę się podniósł, zrobił skok naprzód, ale w tej chwili uderzyłem go ponownie z całej siły. Zwierz, głucho skowycząc, upadł i zaczął się wić na ziemi, krwawiąc silnie.
Gdy zataczałem koło na rumaku, rozhukanym od biegu i od mych cięć, nadbiegł jeden i kirgizów, zeskoczył z siodła i przeciął gardło drapieżnikowi.
— Jakszi, ok jakszi dżigit bet at![4] — wołali kirgizi, pędząc ku mnie i wlokąc za sobą na arkanach trzy upolowane wilki.
Po paru godzinach podjeżdżałem do naszej jurty, przed którą siedział profesor, zaniepokojony, jak mówił, moją nieobecnością.
Sądziłem wszakże, iż z wiernym i śmiałym Sulimanem nic mi grozić nie mogło. Profesor poprostu się znudził beze mnie, bo ten świetny uczony był człowiekiem bardzo towarzyskim i lubił pogadać... Dał się jednak przeprosić, gdy mu pokazaliśmy cztery duże wilki.
Po tem nadzwyczajnem polowaniu nadeszły dni pracy wycieczkowej. Robiłem rekonesanse naukowe na jeziorze i w stepach okolicznych, zbierając kolekcje i wykonywając polowe analizy wody ze spotykanych źródeł i studzien. Podczas jednej wycieczki zapuściliśmy się z Sulimanem daleko w stepy, gdyż powiedziano nam, że gdzieś tam jest jezioro saletrzane. Odnaleźliśmy je, okazało się ono jednak zwykłem słonem jeziorem z małą domieszką soli magnezjowych. Znajdowało się ono wpobliżu Irtysza. Podczas tej wyprawy jakaś wściekła tarantula ugryzła mego Kirgiza w wielki palec lewej ręki. Był to pierwszy i jedyny podobny wypadek, jaki się zdarzył podczas całej mej włóczęgi po stepach kirgiskich, tym kraju tarantul.
Suliman powiedział mi o ukąszeniu pająka dopiero po paru dniach, gdy palec spuchł mu przerażająco. Jodyna nie pomogła i wkrótce kirgiz dostał gorączki i wił się z bólu. Opatrzyłem mu raz jeszcze palec i przyszedłem do przekonania, że zaczęła się gangrena i że operacja jest konieczna. Oznajmiłem o tem Sulimanowi, nie ukrywając przed nim, że, jeżeli moja diagnoza jest dobra, grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. Do naszego obozu na Kułundzie było niemniej, niż 200 kilometrów, a upały panowały szalone.
— Odetnij mi ten palec! — prosił kirgiz.
— Nie mam z sobą nic koniecznego dla takiej operacji — odparłem — tylko scyzoryk.
— Scyzorykiem można nawet byka zarżnąć! — zauważył Suliman głosem stanowczym. — Dłużej nie mogę znosić tego bólu, kunaku!
Zgodziłem się. Suliman sam wyostrzył scyzoryk na kamieniu, a później, gdym mu obmył chory palec spirytusem, położył dłoń na tym samym kamieniu i przez zaciśnięte zęby rzucił:
— Tnij!
Odciąłem palec przy drugim stawie, zrobiłem opatrunek i bandaż, podziwiając przytem cierpliwość kirgiza; ani drgnął, żadnym jękiem lub westchnieniem nawet nie zdradził swego cierpienia. Wstał, podziękował i najspokojniej w świecie poszedł chwytać i siodłać konie. Obawiałem się jednak, że może niepotrzebnie odciąłem mu palec, więc włożyłem odjętą część do flaszki ze spirytusem, aby ją pokazać prof. Zaleskiemu. Gdyśmy powrócili na Kułundę, profesor obejrzał palec i oświadczył, że, gdyby operacja nie została wykonana natychmiast, gangrena poszłaby była wyżej i trzebaby było odjąć całą rękę. Usłyszawszy to Suliman podszedł do mnie, położył mi na piersi swą rękę, później sobie i uroczystym głosem rzekł:
— Ja — twój kunak, ty — mój kunak, dopóki dni moich na tej ziemi! Przysięgam na Proroka!
Suliman pod opieką profesora szybko przyszedł do zdrowia i już po paru dniach wraz ze mną pracował na odnodze jeziora Kuczuk. Nazywała się ona Sołonowka. Był to rów 20 metrów długości, napełniony słoną wodą, która płynęła do jeziora. Sołonowka przedstawiała ciekawe zjawisko geologiczne, gdyż w niej biły z dna zimne źródła o temperaturze +5°C., z brzegów zaś jedno ciepłe +29° C., drugie gorące +41° C. W ten sposób w Sołonowce jednocześnie istniały trzy warstwy wody o całkiem różnej temperaturze.
Gdyśmy zakończyli nasze badania w stepach kułundzińskich, pożegnaliśmy kirgiza, z którym mieliśmy się jeszcze spotkać za parę tygodni w stepie, przez który wypadało nam jechać wprost na północ do stacji kolei. Obecnie zaś pojechaliśmy do Barnaułu, skąd chcieliśmy udać się w góry.




Przypisy

  1. 1,0 1,1 Ryby w rodzaju łososi.
  2. Namiot z wojłoków.
  3. Kunak — przyjaciel
  4. Dobrze, bardzo dobrze i jeździec, i koń!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.